Archiwa tagu: reportaż

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła”. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was”, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic” opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic” miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi” czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Tylko nie mów nikomu Sekielskiego.

Ledwo wczoraj coś wpisałam, a już znowu przyłażę z czymś do Ciebie … a niby taka zajęta 😉 No cóż, siedzę tu z umytymi włosami, po dziewięciu godzinach pracy, i czuję, że chcę to napisać jeszcze dzisiaj … nie będę się powstrzymywała, zagryzam to śledziem w occie i lecim z tematem.

Wczoraj miał swoją premierę film Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu”. Można obejrzeć go legalnie na YT, więc nie będę referowała od ofiary do ofiary o czym to idzie. Film trwa dwie godziny, obejrzyj, a ja napiszę moje przemyślenia pod spodem, tak, żebyś mógł sobie je pominąć, jeśli taka wola:

Film nie stawia więcej tez niż te, które poruszono w „Klerze”. Można nawet odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy byli na gorącej linii. Niektóre wydarzenia przedstawione w dokumencie zostały zarejestrowane po premierze filmu Smarzowskiego. Czy więc ten film zmienił coś w postępowaniu hierarchów polskiego Kościoła? Raczej nic. Czy ten dokument coś zmieni? Raczej nie sądzę. Ta gleba jest mocno nasiąknięta dulszczyzną i choć dziś wielu głosi, że los ofiar ich obchodzi, jutro ręka biskupia będzie całowana.

Reakcje księży na dochodzenie reżysera są ilustracją mechanizmów jakimi rządzą się sekty – uwodzenie, wymaganie podporządkowania się, dezinformacja. Osoba skarżąca na przesłuchanie kościelne musi pójść sama, bez wsparcia bliskich, bez wsparcia psychologa, musi przysięgać, że nic z tego o czym rozmawia (w swojej własnej sprawie!) nie wyjdzie za zamknięte drzwi … Księża złapani w drodze może i chcą rozmawiać, ale za chwilę grupka rozbiega się jak stado kuropatw (metoda: trzeba iść szybko i wyglądać na zajętego) … Nikt nie może prowadzić rekolekcji bez listu biskupiego. Ksiądz pedofil nie został skierowany na rekolekcje przez biskupa, ale czy ksiądz może prowadzić rekolekcje bez wiedzy biskupa? No nie może. Kto więc wydał pozwolenie? … ? … Czy pan Dziwisz jest teraz wolny? Nie ma go. Jest msza. Jest obiad. Ktoś wyjechał na rehabilitację. Będzie później. Teraz i tu go nie ma. Ale on jest w środku. Nie ma go tam. Ale on jest w środku. To jest miejsce prywatne i on ma prawo tam być. Zakonnice i klerycy kłamią tak łatwo jakby łykali cukierki, i … wierzę im. Oni naprawdę zapominają swoje kłamstwo po minucie. Zagadnęły ich przecież jakieś namolne wszy, wrogowie Kościoła. Kogokolwiek szukasz, tutaj go nie ma.

Jak wygląda reakcja hardkorowych wiernych … „Kler” był zły, nie oglądali, bo jest to atak na Kościół. Teraz pojawił się jednak dysonans poznawczy: na temat dokumentu wypowiedział się prymas, na dodatek z troską. Może trzeba zareagować, udać, że to ich cokolwiek obchodzi, więc … po krótkim odnotowaniu faktu, strony, profile, blogi wyznawców zamilkły … nie mów nikomu. Najczęściej stało się to po zacytowaniu w całości „zatroskanego” oświadczenie prymasa, zresztą po to ono zostało opublikowane – żeby np. onet wkleił je na pierwszą stronę. Jeśli obejrzysz film do końca, wiesz, że nic z tego nie wynika. Dlaczego tak późno sprawy są zgłaszane? To częste pytanie, szczególnie wśród grupy „zatroskanych”, ale nikt nie umie powiedzieć, kiedy byłby ten dobry moment … wyobraź sobie, że przychodzisz do takiego hardkorowego rodzica, który stręczy księdzu swoje dziecko, bo jest okazja kilkudniowego wyjazdu za granicę, i opowiadasz mu o sytuacji intymnej dziecko-ksiądz. Sądzisz, że to byłby ten dobry moment?

tylko nie mów nikomu sekielski
kadr z filmu

Kwestia świadków i dobrego momentu … ofiary wybierają ten jeden, gdy są już na tyle silne, żeby udźwignąć świadomość tego, że nikt się za nimi nie ujmie. Wielu nigdy tego stanu nie osiąga. Gdy bohaterka wraca na miejsce swoich tortur uświadamiam sobie, że w tej miejscowości mieszka kilka innych kobiet, jej koleżanek, które były gwałcone przez tego samego księdza. Zapewne żadna z nich swojej historii nie opowie. Zastanawiam się czy one chodzą na msze i biorą Eucharystię do ust prosto z rąk księdza, jak nakazuje Tradycja …

Moją ogromną sympatię wzbudziła jedna z postaci – prawnik, który pomaga ofiarom molestowań, ale jednocześnie sam jest jedną z ofiar. Widzę, że opakował swoje doświadczenie w humor i chłód. Uczynił ze swojej misji rodzaj sportu – straszenie rozbiegających się kuropatw sprawia mu chyba przyjemność, choć wydaje się to być akt pozbawiony złudzeń … każdy nie daje sobie rady na własny sposób … dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na półce leży i czeka na przeczytanie jego mocna książka, którą Kraciasty przywiózł za którymś razem z dolnośląskich wojaży – „Kroniki opętanej” wydana  przez Krytykę Polityczną.

Sprawa mediów … chwilowo media są dokumentem zachwycone – ktoś (Sekielski) z grupką znajomych zajął się śliskim tematem za pieniądze, które sam zebrał, i wystawił się osobiście na ewentualne strzały. Dlaczego żadne z opiniotwórczych mediów nie podjęło dochodzenia lata temu? Gdzie są wywiady w których zostałyby postawione jasno sformułowane pytania a rozmówca nie mógłby skręcić w stronę wyuczonej formułki o miłosierdziu oraz tym, że z grubsza zawdzięczamy mu w s z y s t k o? Media chętnie tropią i dręczą pytaniami ofiary, choć z kolei adres kurii można znaleźć za pomocą kilku klików. Polskie dziennikarstwo jest jak nasza moda uliczna w małych miasteczkach – bez jaj.

I ostatnie: oświadczenie prymasa. Metoda zdartej płyty. Poruszony, dziękuję, zrobię wszystko, dokument papieża, trzeba wyjaśnić, musimy chronić. Z dokumentu, który zawiera świeże wydarzenia, mające miejsce już po premierze „Kleru”, jasno wynika, że nic takiego jak naprawa tej sytuacji nie ma w Episkopacie miejsca. Schemat jest prosty: przeciągać sprawę tak długo, aż kat będzie za stary, by domagać się zadośćuczynienia. Można dojść do przekonania, że biskupi w Boga czy boską sprawiedliwość nie wierzą. W końcu tu na ziemi blokują działanie sprawiedliwości najwyraźniej w przekonaniu, że po śmierci nie zostaną za to pociągnięci do żadnej odpowiedzialności. Ma to mocne ugruntowanie w pontyfikacie Wojtyły: dopiero w 2001 roku przestało obowiązywać „Crimen sollicitationis”, wcześniej, czyli przez ponad 20 lat pontyfikatu JPII, sprawy pedofilii zgodnie z tym dokumentem były zamiatane pod dywan. Hierarchów polskiego kościoła oglądamy w filmie dzięki wstawkom z różnych programów – odmówili Sekielskiemu komentarza lub nie chciało im się nawet odmówiać. Odmówił także prymas Polak (bo mu się dokument nie podobał), ale za to wiesz, że udzielił komentarza poza dokumentem (gdyż obejrzał go z troską i już mu się podoba), aby sprzedać swoją narrację. Udzielni książęta, mówiąc swoim poddanym cokolwiek, nadal mają się dobrze w swoich pałacach.

W onetowskiej recenzji Węglarczyk dopatrzył się światełka nadziei. Nie powstrzymam się przed spoilerem: autorem listu czytanym pod koniec filmu przez Sekielskiego jest ksiądz, który jako dziecko sam był molestowany przez księdza. Że niby jest to zaskakujący i jakże fortunny zwrot akcji … a pamiętasz ten wątek w „Klerze”? Pamiętasz jakie to miało następstwa w fabule i jak ten wątek u Smarzowskiego się zakończył?  „Z pewnością także ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele”, oświadczył Gądecki, który wcześniej odmówił udziału w filmie. I nie wiem zupełnie dlaczego, gdy przeczytałam to jego zdanie, pomyślałam sobie „chrum chrum?”.

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejscowości i dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę z człowiekiem, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar) … wypas, zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Aa! Aa! Aa!

czekając na sobotę

Zachciało mi się.

Ptaszek śpiewa, dziewczę kwili, społeczeństwo przygotowuje się do zmartwychwstania myjąc okna, a mnie z moim miłym przypiliło wczoraj obejrzeć dwa dokumenty. Epos o wsi Zagórki, „Arizonę” Ewy Borzęckiej i „Czekając na sobotę” Morawskich o kulturowej roli dyskotek.

I tak Słońce wyszło, a mnie dalej chodzą po głowie obrazy beznadziei, nudy, specyficznego stanu umysłu i kresowego osadnictwa, przeszczepu spod strzech pod dachówki i papę.

Pracowałam przez 25 lat w klubie kultury przy PGR. Było tam 20 krzeseł, 4 stoliki, 2 fotele, jedna lada, jeden chodnik przez całą długość, eee…2 gazetki ścienne, 6 żarówek, stolik pod telewizor… ymm… uuu… tam ludzie przychodzili z obory, pili napoje chłodzące typu oranżada, czytali prasę… więcej już nic było.

Myślę o tej Pani co zjadła Burka, czy jeszcze żyje. I o chłopaku, synu nauczycielki, który do połowy filmu wydaje się nie mieć ojca, a potem okazuje się, że właśnie na tym lepiej by wyszedł. Nigdy nie nudził się aż tak, aby po „Łysku z pokładu Idy” przeczytać jakąś książkę i wprawdzie na dysce zalicza dziewczyny, ale za żonę chciałby jakąś inną, chociaż dokładnie nie wiadomo, gdzie miałby ją poznać (już wiemy, że biblioteka odpada). Myślę o Pani, która pamięta imiona krów sprzedanych po rozpadzie PGR-u. O panu, co wyprowadzał konia na spacer. I o pałacu, czy jeszcze stoi.

Masłowskiej tekst niech sobie poleci w związku z tym:

Mister D. – Społeczeństwo jest niemiłe

Mój pradziadek Ignac obrządkiem koni zaczynał swój dzień. Chodził w wypolerowanych oficerkach. To była inna wieś, w której tacy z „czekając na sobotę” uświerkliby na mrozie przy lepszej zimie i do wiosny przegnili w rowie.

Recepty żadnej nie wysnuję, bo tu trudno być mądrym. Tzn. łatwo być mądrym. Dlatego trudno. Jest cała rzesza mądrych z korwinistami na czele i z obecnym populistycznym rządem, a ja uważam, że lepiej nie być w ich szeregach, bo to nigdy nie przestał być obciach. Nie wiem jak naprawić intelektualną biedę. Ale wiem, że nie jest metodą promowanie w tv publicznej disco polo. Od tego nie robi się mądrzej. Tylko intelektualnej biedzie jeszcze trudniej jest zauważyć własną ubogość, nie mówiąc już o próbie wyciągnięcia się z niej.

A teraz, bardzo proszę, wczesna Siekiera:

Naprzód poszli, sierściotłuki
karły, burki, kurze łapki
aaa…. aaa…. aaaa …. aaaa!

trupie główki, mysie trutki
samce wrony, stare sromy
aaa…. aaa…. aaaa…. aaaa!

dalej poszli gdzieś
wronie serca nieść
dalej poszli gdzieś
kurze łapki jeść.

Usłyszeć utwór „Sierściotłuki” w wykonaniu Zenona Martyniuka byłoby bezcenne. Albo „Marysię” vel „Burek dobry pies”:

Zabij ubij kiedy chcę,
I Marysia i ty Burek
meee…. meee… meee…. meee!
Helu Krzysiu utnij mi
Szczurek Burek gryź i ty
tyyy…. tyyy…. tyyy…. tyyy!

Dokumenty mają już swój wiek, a telewizja uraczyła nas w międzyczasie tyloma obrzydlistwami, że może już pewne rzeczy tak nie szokują. Niemniej te dwa filmy obejrzeć warto, bo łapią one pewien fragment rzeczywistości, który tłumaczy, dlaczego w telewizji dużą oglądalność ma pseudodokument „Szkoła” i jubileusz disco polo, a koncerty bachowskie nie schodzą.

* * *

Myślę o tych filmach i myślę, więc znajduję zwieńczenie historii Zagórek, Sagerke, w tekście „Tak się kończy Arizona” w Gazecie Wyborczej. A właśnie rozmawialiśmy z Kraciastym wczoraj, czyli dzisiaj, bo po północy, jak to jest być dzieciakiem w takim miejscu. Jeśli Ci dobrze w życiu, spójrz na ten świat, oczu nie zamykaj.

Jutro jadę na klify, a za kilka dni do Polski. Będzie ładniej.

Wspomnienie o Shoah.

27 stycznia –  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu – ustanowiono go w rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Dla mnie osobiście przypomnienie, że do 1945 roku Polska była krajem multikulti, z wieloma religiami i wieloma językami zupełnie naturalnie obecnymi w przestrzeni publicznej.

Od jakiegoś czasu jestem zainteresowana historią i kulturą polskich Żydów i pewnie znajdzie to odzwierciedlenie na tym blogu. A dzisiaj chciałam Ci polecić książkę Jerzego Majewskiego stworzoną z prasowego cyklu „Warszawa nieodbudowana” i wydaną przez Agorę:

DSC01834
DSC01835

Dwa lata temu wybrałam się z nią do stolicy, gdzie zwiedziłyśmy z przyjaciółkami m.in. muzeum Polin„Żydowski Muranów i okolice” – tak już będzie, że podlinkuję Ci zawsze  miejsce, gdzie można książki kupić, bo przecież one nie spadają z nieba – to dość nietypowy przewodnik po mieście, pozycja dwujęzyczna, więc może zainteresuje osoby uczące się języków. A samo muzeum niezwykłe, wymaga dłuższego czasu, namysłu, zdecydowanie nie jest na dzień, w którym zaplanowałyśmy oblecieć jeszcze pół miasta.

DSC01387

Krótki  film zrobiony przez dr Benjamina Gasula pokazuje okolicę Nalewki, głównej handlowej ulicy żydowskiej Warszawy, tuż przed wojną, latem 1939:

Tak było. Tego świata już nie ma. Zgadzam się z tym, że życie jest ciągłą zmianą oraz wiem, że świat mojej zgody do tego nie potrzebuje, ale przeraża i smuci mnie myśl, że nie mamy tej historii w naszej zbiorowej pamięci. Jest za to watolinowy, jednorodny, zafałszowany obraz wynoszony ze szkoły. Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili przed wojną ok. 10% naszego społeczeństwa, w tym w Warszawie licząc ostrożnie ponad 1/4 mieszkańców. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że jesteśmy wymieszani i część z nas, jak bohater „Cudu purymowego” Cywińskiej, ma bezpośrednio żydowskich przodków nawet o tym nie wiedząc. Tymczasem rośnie nam pod bokiem wyjęta z dupy (bo powiedzieć wyssana z palca byłoby zbytnią uprzejmością) wizja Polski jednorodnej narodowo i religijnie jako rzekomej wielowiekowej tradycji. Brzmi to niemiło? No cóż mogę poradzić. Educate yourself and embrace the reality 🙂