Archiwa tagu: reportaż

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła”. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was”, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic” opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic” miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi” czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Reklamy

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejsc, dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę i człowiek, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog jeszcze bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar), po prostu wypas. Prawdziwe zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Aa! Aa! Aa!

czekając na sobotę

Zachciało mi się.

Ptaszek śpiewa, dziewczę kwili, społeczeństwo przygotowuje się do zmartwychwstania myjąc okna, a mnie z moim miłym przypiliło wczoraj obejrzeć dwa dokumenty. Epos o wsi Zagórki, „Arizonę” Ewy Borzęckiej i „Czekając na sobotę” Morawskich o kulturowej roli dyskotek.

I tak Słońce wyszło, a mnie dalej chodzą po głowie obrazy beznadziei, nudy, specyficznego stanu umysłu i kresowego osadnictwa, przeszczepu spod strzech pod dachówki i papę.

Pracowałam przez 25 lat w klubie kultury przy PGR. Było tam 20 krzeseł, 4 stoliki, 2 fotele, jedna lada, jeden chodnik przez całą długość, eee…2 gazetki ścienne, 6 żarówek, stolik pod telewizor… ymm… uuu… tam ludzie przychodzili z obory, pili napoje chłodzące typu oranżada, czytali prasę… więcej już nic było.

Myślę o tej Pani co zjadła Burka, czy jeszcze żyje. I o chłopaku, synu nauczycielki, który do połowy filmu wydaje się nie mieć ojca, a potem okazuje się, że właśnie na tym lepiej by wyszedł. Nigdy nie nudził się aż tak, aby po „Łysku z pokładu Idy” przeczytać jakąś książkę i wprawdzie na dysce zalicza dziewczyny, ale za żonę chciałby jakąś inną, chociaż dokładnie nie wiadomo, gdzie miałby ją poznać (już wiemy, że biblioteka odpada). Myślę o Pani, która pamięta imiona krów sprzedanych po rozpadzie PGR-u. O panu, co wyprowadzał konia na spacer. I o pałacu, czy jeszcze stoi.

Masłowskiej tekst niech sobie poleci w związku z tym:

Mister D. – Społeczeństwo jest niemiłe

Mój pradziadek Ignac obrządkiem koni zaczynał swój dzień. Chodził w wypolerowanych oficerkach. To była inna wieś, w której tacy z „czekając na sobotę” uświerkliby na mrozie przy lepszej zimie i do wiosny przegnili w rowie.

Recepty żadnej nie wysnuję, bo tu trudno być mądrym. Tzn. łatwo być mądrym. Dlatego trudno. Jest cała rzesza mądrych z korwinistami na czele i z obecnym populistycznym rządem, a ja uważam, że lepiej nie być w ich szeregach, bo to nigdy nie przestał być obciach. Nie wiem jak naprawić intelektualną biedę. Ale wiem, że nie jest metodą promowanie w tv publicznej disco polo. Od tego nie robi się mądrzej. Tylko intelektualnej biedzie jeszcze trudniej jest zauważyć własną ubogość, nie mówiąc już o próbie wyciągnięcia się z niej.

A teraz, bardzo proszę, wczesna Siekiera:

Naprzód poszli, sierściotłuki
karły, burki, kurze łapki
aaa…. aaa…. aaaa …. aaaa!

trupie główki, mysie trutki
samce wrony, stare sromy
aaa…. aaa…. aaaa…. aaaa!

dalej poszli gdzieś
wronie serca nieść
dalej poszli gdzieś
kurze łapki jeść.

Usłyszeć utwór „Sierściotłuki” w wykonaniu Zenona Martyniuka byłoby bezcenne. Albo „Marysię” vel „Burek dobry pies”:

Zabij ubij kiedy chcę,
I Marysia i ty Burek
meee…. meee… meee…. meee!
Helu Krzysiu utnij mi
Szczurek Burek gryź i ty
tyyy…. tyyy…. tyyy…. tyyy!

Dokumenty mają już swój wiek, a telewizja uraczyła nas w międzyczasie tyloma obrzydlistwami, że może już pewne rzeczy tak nie szokują. Niemniej te dwa filmy obejrzeć warto, bo łapią one pewien fragment rzeczywistości, który tłumaczy, dlaczego w telewizji dużą oglądalność ma pseudodokument „Szkoła” i jubileusz disco polo, a koncerty bachowskie nie schodzą.

* * *

Myślę o tych filmach i myślę, więc znajduję zwieńczenie historii Zagórek, Sagerke, w tekście „Tak się kończy Arizona” w Gazecie Wyborczej. A właśnie rozmawialiśmy z Kraciastym wczoraj, czyli dzisiaj, bo po północy, jak to jest być dzieciakiem w takim miejscu. Jeśli Ci dobrze w życiu, spójrz na ten świat, oczu nie zamykaj.

Jutro jadę na klify, a za kilka dni do Polski. Będzie ładniej.

Wspomnienie o Shoah.

27 stycznia –  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu – ustanowiony w rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Dla mnie osobiście przypomnienie, że do 1945 roku Polska była krajem multikulti, z wieloma religiami i wieloma językami zupełnie naturalnie obecnymi w przestrzeni publicznej.

Od jakiegoś czasu jestem zainteresowana historią i kulturą polskich Żydów i pewnie znajdzie to odzwierciedlenie na tym blogu. A dzisiaj chciałam Ci polecić książkę Jerzego Majewskiego stworzoną z prasowego cyklu „Warszawa nieodbudowana” i wydaną przez Agorę:

DSC01834
DSC01835

Dwa lata temu wybrałam się z nią do stolicy, gdzie zwiedziłyśmy z przyjaciółkami m.in. muzeum Polin„Żydowski Muranów i okolice” – tak już będzie, że podlinkuję Ci zawsze  miejsce, gdzie można książki kupić, bo przecież one nie spadają z nieba – to dość nietypowy przewodnik po mieście, pozycja dwujęzyczna, więc może zainteresuje osoby uczące się języków. A samo muzeum niezwykłe, wymaga dłuższego czasu, namysłu, zdecydowanie nie jest na dzień, w którym zaplanowaliśmy oblecieć jeszcze pół miasta.

DSC01387

Krótki  film zrobiony przez dr Benjamina Gasula pokazuje okolicę Nalewki, głównej handlowej ulicy żydowskiej Warszawy, tuż przed wojną, latem 1939:

Tak było. Tego świata już nie ma. Zgadzam się z tym, że życie jest ciągłą zmianą oraz wiem, że świat mojej zgody do tego nie potrzebuje, ale przeraża i smuci mnie myśl, że nie mamy tej historii w naszej zbiorowej pamięci. Jest za to watolinowy, jednorodny, zafałszowany obraz wynoszony ze szkoły. Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili przed wojną ok. 10% naszego społeczeństwa, w tym w Warszawie licząc ostrożnie ponad 1/4 mieszkańców. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że jesteśmy wymieszani i część z nas, jak bohater „Cudu purymowego” Cywińskiej, ma bezpośrednio żydowskich przodków nawet o tym nie wiedząc. Tymczasem rośnie nam pod bokiem wyjęta z dupy (bo powiedzieć wyssana z palca byłoby zbytnią uprzejmością) wizja Polski jednorodnej narodowo i religijnie jako rzekomej wielowiekowej tradycji. Brzmi to niemiło? No cóż mogę poradzić. Educate yourself and embrace the reality 🙂