Archiwa tagu: rodzina

Honeymoon (1). Podróż na wschód.

To pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że zastanawiałam się czy nie zostawić wszystkiego bez komentarza 🙂 Pójdę na łatwiznę, myślę sobie, bo tyle słów trzeba napisać na klawiaturze bez liter „e” i „w”. Zbiorę się w sobie …

W zeszłą niedzielę rozpoczęliśmy naszą podróż na wschód z niemałym poślizgiem. Poślizg był związany z problemami dnia poprzedniego, musieliśmy zrobić co musieliśmy zrobić i dopiero późnym popołudniem zjechaliśmy z Dolnego Śląska na obiad kilka km od Praszki. Praschkau, prawie na granicy opolskiego i łódzkiego, miasteczko leży nad Prosną płynącą w kierunku Kalisza i ziem z których pochodzi rodzina mojej mamy. U cioci zastaliśmy teściów, którzy towarzyszyli nam chwilę przed własną podróżą. Posiłek i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia … nigdy do tej pory nie widziałam Kraciastego w wydaniu małoletnim … nie wierzę w parapsychologiczne pierdy i wiem, że to tylko wzruszenie, ale czułam, że znałam tego chłopaka od dawna, że był moim niewidzialnym przyjacielem, gdy miałam 5 lat 😉 Chłopak z moich snów. Dzisiaj nad ranem nasza wieś jak w bajce, cała w morskiej mgle, a mój chłopak ze snów zakłada coś na siebie i idzie szukać kota, który nie wrócił do domu na noc. Nie wybrałabym nikogo innego …

Wracając do podróży … następnego dnia było śniadanie, rozmawialiśmy o ateizmie i dziadku – francuskim komuniście, po czym pora nam było jechać. Poniedziałek. Za oknem deszcz aż do Krakowa. Przejeżdżamy przez Konopiska, gdzie mieszka Kamila, S1 na Myslovitz, potem A4 do Jarosławia. Tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek …

Jesteśmy już na tym naszym wschodzie, pogoda bardziej niż piękna, a ja nie mam ani jednej sukienki. Rynek po południu wymarły, a my kręcimy się w kółko i zachwycamy się … ja robię zdjęcia telefonem, Kraciasty robi swoje aparatem, czasem wchodzę mu w kadr:

Widoki psują zaparkowane w Rynku samochody. Prawie nikt tu nie spaceruje o tej porze (przechodzenie to jeszcze nie spacer), za to samochodów zaparkowanych jest mnóstwo, jakby miasto było pełne ludzi z obłożnie chorymi nogami.

Zupełnie nie szukając znaleźliśmy dawną Dużą Synagogę. Przed wojną Żydzi stanowili tutaj ok. 20% ludności. Jarosław to pierwsze miejsce, gdzie wyraźnie widzę, że po ludziach zostały głównie domy i jakby mniej pamięci … ten wybudowano w 1811 roku.

Pijemy kawę we Fragoli na Rynku i jedziemy dalej (przed tą kawiarnią siedzi siwowłosa pani i delektuje się jakimś napojem, patrzy przed siebie w zadumie – zgaduję w głowie, że nie jest stąd. Nie mylę się, słyszę potem, że mówi po niemiecku). W drodze do pierwszego noclegu minęliśmy Wiązownicę i Majdan Sieniawski. Drewniane domy, trochę ich jest, ale znikają. W którymś mieszkała moja prababcia, w innym może babcia Kraciastego. Gdy robię zdjęcia jednego, zgłasza do mnie pretensje starsza pani. Przepraszam, powinnam była zapytać. Ale w głowie myśli mi się: pewnie ukradłaś. Mówię jedno nazwisko. Niby miejscowa, a nie zna. Inni świadkowie tamtych czasów już nie za bardzo wiedzą kto gdzie mieszkał, tam albo tam. Zapominamy, że zmrok zapada szybko, inaczej niż w Irlandii.

Ostatnie kilometry w kierunku Guciowa pokonujemy w zupełnej ciemności … gdy dojeżdżamy dezorientacja. Są jakieś domy, jest pies, ale jest i latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. Mroczny dom z podwórka wygląda tak:

W przedsionku czai się wielki boiler. Mamy pokój na poddaszu, z ciepłym prysznicem, ręcznikami, czajnikiem … jest wspaniale. Na dobranoc Kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych 😀 O tylu rzeczach nie mam bladego pojęcia.

Sypialnia jest adekwatnie nazwana pokojem wschodnim (jak widzisz, wszystko się nam układa w całość 😉 ). I o poranku mamy z okna taki widok:

Wtorek. Kraciasty wypatruje przez obiektyw aparatu miejscowych, zajętych swoimi sprawami:

Zagroda Guciów prowadzona przez Jachymków to agroturystyka i prywatny skansen, znajduje się na Roztoczu Środkowym, w drodze pomiędzy Zwierzyńcem i Kransobrodem. Na wzgórzu przy wiosce wg badań archeologicznych znajdował się jeden z wielu grodów czerwieńskich z X-XI wieku. Gdy rano wychodzimy przed dom w którym wykupiliśmy dwa noclegi jest pięknie, zielono, cicho.

W zasadzie mieliśmy, przynajmniej ja miałam, plany pomknięcia od razu do jakiegoś większego miejsca, ale po śniadaniu okazało się, że w cenie noclegu mamy też zwiedzanie skansenu i była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyłam trochę rzeczy, które są mi znane z życia mojej prababci, usłyszałam ciekawe historie, inne spojrzenie na świat, od tej wschodniej strony.

W skansenie zobaczyć można również kolekcję meteorytów, tropy dinozaurów, które żyły na terenie Roztocza czy największy amonit w Polsce. Oprowadzał nas lokalny patriota, który może trochę koloryzował, było to jednak oprowadzanie z miłością do zamojszczyzny.

Dopiero po godzinnym spacerze w obrębie skansenu udaliśmy się w kierunku Zamościa. To fragment starej Bramy Lwowskiej (bo jest i nowa) z przedstawieniem Jezusa i niewiernego Tomasza, z których nic sobie nie robią zamojskie gołębie. W kazamacie tej bramy był więziony jakiś czas Walerian Łukasiński:

Stare miasto trochę rozprute, bo od strony z której nadeszliśmy akurat odbudowuje się Kościół Zwiastowania, który przez większość XX wieku pełnił inne funkcje (magazyn, kino, szkoła plastyczna). Coś tam grzebią, jest przy tym dużo hałasu, więc doceniliśmy też inne, spokojniejsze spotkania:

Zamość jest oczywiście piękny, choć w Rynku parasole z nazwami piw zasłaniają nazwy restauracji, co jest dość irytujące. Nazwy piw mnie nie interesują 🙂 Zajrzeliśmy do Padwy na Staszica, żeby się posilić i stamtąd zagadałam do Stacha, czy ma ochotę spotkać się wieczorem gdzieś w drodze. Obok kupujemy dla jednej z naszych cat sitterek małego, czerwonego kota, wiemy, że zbiera.

Miasto zachwyciło mnie wieloma miejscami, jak te ormiańskie kamienice z XVII wieku (od lewej Bartoszewiczów, Pod Małżeństwem i Sołtanowska):

Jaskrawe, każda z własną historią, jeszcze w latach 70-tych wyglądały zwyczajniej, wyraźnie widać było ich dachy i dopiero projekt konserwacyjny przywrócił im attyki (te postrzępione fryzurki na górze), choć nie są one odbudowane na podstawie archiwaliów, a stanowią raczej wariację „na temat”. Pamiętasz pana Wiktora Zina i jego „Piórkiem i węglem”? On ci to był autorem projektu.

Przez Rynek Solny doszliśmy też do najlepiej zachowanej późnorenesansowej synagogi w Polsce. Zbudowali ją w początkach XVII wieku Żydzi sefardyjscy (wypędzeni z Hiszpanii – Polskę zamieszkiwali głównie Żydzi aszkenazyjscy, posługujący się jidysz). Byliśmy tylko na zewnątrz, przyjrzałam się temu drzewu … rajska jabłoń, najprawdopodobniej.

Pod synagogą była też instalacja dotycząca urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg, przypominająca tę postać i fakt świadomego zacierania pamięci i niej.

Krążąc po mieście dotarliśmy do Rynku Wodnego przy którym mieści się trzypiętrowa kamienica nazywana Centralką. Przed II wojną mieszkał w niej i tworzył Bolesław Leśmian. W wybudowanym w 1911 gmachu mieścił się także hotel, który był pierwszym budynkiem w Zamościu oświetlanym żarówkami elektrycznymi 🙂 Współczesnemu rynkowi pan Leśmian przygląda się z drzewa w parku:

Na rogu Centralki jest teraz księgarnia „Dom książki”, kupiliśmy w niej spore tomisko „Sodomy. Hipokryzja i władza w Watykanie” F. Martela wydane przez Agorę. Może uzbiera się kilka książek na post antyklerykalny, kto wie 😉

Tak jak przewidywaliśmy, Stachu nie miał czasu, pomimo to chcieliśmy wieczorem napić się gdzieś kawy „na mieście” i zamiast wracać na nocleg, pojechaliśmy na spacer do Krasnobrodu. Okazało się, że jesteśmy trochę późno jak na standardy miasteczka, zamiast na kawę poszliśmy więc na spacer nad pustoszejący zalew. Kafejki i fastfoodownie były już zamykane … na molu towarzyszyły nam osy na które tym razem reagowałam dość nerwowo. Zmęczenie podróżnicze dawało o sobie znać, widoki wynagradzały jednak wiele …

Przed zmierzchem zajrzeliśmy na chwilę do barokowego kościoła Nawiedzenia, msza chyba się kończyła, ale prowadzący ciągnął temat i nie chcieliśmy mu przeszkadzać. Budowlę ufundowała Marysieńska, znajduje się w niej podobizna Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, malutki metaloryt, który wygląda jak kartka wyrwana z książki. Jego historia sięga powstania Chmielnickiego.

W podróży będzie nam towarzyszył pełniejący księżyc, na tym zdjęciu powyżej też się wepchnął. Tak minął nam wtorek. Jeszcze tylko wizyta w Biedronce, żeby kupić chipsy i możemy wracać pod gont. Rano ponownie budzi nas światło ze wschodu … wstaje dobry dzień. Dobra środa, śniadanie jemy powoli …

Reklamy

Poślubne refleksje.

Jak było? Jeszcze w piątek spacerowaliśmy po mieście w przyjemnym słońcu. W sobotę lało (mam na myśli sobotę siódmego września). Pomimo tego spotkaliśmy się z naszą znajomą i po herbacie na mieście, od czasu do czasu grzęznąc w błocie, zrobiliśmy pod parasolką dwa plenery, dzięki czemu brokatowe słupki w moich butach były do końca dnia uwalane w glinie. W takim stanie zaprezentowałam się jako mężatka dwojga nazwisk. Czy można załatwić przed ślubem wszystko na telefon? W naszym przypadku tak. Tydzień „przed” zamówiłam jesienny bukiet do sukienki z zielonego szyfonu:

Instagram: @świechna

Obrączki to był z kolei zakup online u Savickiego z Lublina. Zamówiłam pewnej lipcowej niedzieli, a we wtorek w południe już przyjechały na Dolny Śląsk. Wybrałam zwykłe, półokrągłe z 14-karatowego złota. Moja ma 3 mm, Kraciastemu kupiłam o milimetr szerszą na jego wielką, kochaną łapę. Dobierane „na oko” okazały się pasować jak ulał. Kraciasty miał na sobie szary gang od Aquascutum i karmelkowe Barkery. Pierwsze sprzed epoki Świechny, drugie to prezent „na ślub” ode mnie, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy co i jak.

Dzień był więc bardzo nasz, zaczynając od parasolki, gliny na butach i koleżanki z pracy, która dostrzegła mnie przez okno, gdy szliśmy do urzędu sc i zaczęła wrzeszczeć „szczęścia!”, poprzez kilku niezapowiedzianych gości, którzy przybyli tylko po to, aby się upewnić, że nie robimy sobie jaj, aż po bezalkoholowy obiad, zawirowanie rodzinne i oczekiwanie wieczorem na męża załatwiającego sprawę nie cierpiącą zwłoki. O zawirowaniu więcej nie napiszę, bo nie dotyczy to nas bezpośrednio, wspominam o tym jedynie, aby zasygnalizować, że życie to nie tylko miód i orzeszki, i ja też, wbrew pozorom, o tym wiem 🙂

Ślub wzięliśmy w tym samym miejscu co moi rodzice w grudniu 45 lat temu (eklektyczna budowla ratusza jest z 1868 roku). Zdjęcia „przedślubne” zaś zostały zrobione przed tą kaplicą:

Stąd też wiem na pewno, że drzewa naokoło to nie wierzby, tylko lipy 🙂

Poza tym w końcu poznałam osobiście świekrów, a dzięki naszym przyjaciołom wzbogaciliśmy się od dwa obrazy, grafikę Mleczki i chodzieski serwis do herbaty (to dzisiaj). Faktycznie natomiast nic się nie zmieniło, tyle tylko, że po ponad tygodniu od rzeczonych wydarzeń nadal mnie bawi tytułowanie Kraciastego mężem. Pierwszy Mąż. Ja i Pierwszy Mąż mieliśmy dzisiaj miłe posiedzenie z moimi koleżankami z poprzedniej pracy. Przyjaciółce dałam na koniec dnia flaszkę listkowiaka, którą przywieźliśmy z tatarskiej ziemi. Bo w międzyczasie był miesiąc miodowy, podróżniczo-chodzony. Ale o tym innym razem. Będzie to relacja w odcinkach 😉

Dobranoc, mały piesku.

Kraciasty w piątek zjechał do domu w Polsce, a dzisiaj przed południem przekazał mi smutną wiadomość. Umarła nam Bobisia, ostatnia z Koszykarek. Miała 14 lat, od dłuższego czasu była bardziej niż bardzo schorowanym psem, przetrwała jednak wiosnę i miałam nadzieję, że zobaczę ją raz jeszcze. Była już głucha, prawie ślepa i było jej na tym świecie trochę samotnie bez innych Małych Psów z którymi w młodości bawiła się na podwórku. My ludzie też tak mamy, starzejemy się i mijamy podobnie. Kraciasty tego nie pamięta, ale kiedyś, gdy wracało się do domu, Bobisia, choć chorowała większość swojego życia, była najweselszym z psów – kręciła kikutkiem ogonka na wszystkie strony i robiła rundy honorowe naokoło mieszkania aż do palpitacji serca. Kiedy jeszcze nie bolały jej zęby i słyszała odgłosy gryzionego jabłka, pędziła do jabłkożercy i domagała się ogryzka jakby to był najprzedniejszy stek wołowy. Najbardziej kochała swoją ciocię Wacławę (psa, który gustował raczej w surowej marchewce i kiszonej kapuście) i babcię Marysię (człowieka pod którego nogami Bobisia lubiła wylegiwać się w kuchni) – z nimi spędzała najwięcej czasu. Nie wiem, co tam układała sobie w swojej psiej głowie, ale mam nadzieję, że byliśmy dla niej dobrą rodziną i że w większości sprawowaliśmy się jak trzeba. W końcu urodziła się w domu pod lasem i to on, to my byliśmy jej całym światem. Teraz leży w swoim koszyku niedaleko cioci Wacławy, Muszki II i czarnego Grahamka, a ja popłakuję jak głupia pisząc to wszystko … dobranoc, mały piesku.

Małżeństwo – po co to komu?

Zastanawiałeś się kiedyś? Żeby było lepiej, czy żeby było gorzej?

W życiu czasami pada deszcz i lepiej jest wtedy iść z kimś za rękę. Ale wlec go, poganiać, biec za nim – to nie jest dobra sytuacja w której sam się ustawiasz.

Instagram: @świechna

Myślę sobie, że związek dwojga ludzi jest dla radości, dlatego, że dobrze mi z tą osobą i czuję, że do siebie pasujemy. Ktoś jest zawsze po mojej stronie, ktoś mnie inspiruje do stawania się lepszym, ciekawszym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie, że jest z definicji pracą domową, którą sama sobie zadaję, znojem i trudem, zmianą do której zakasuję rękawy i zaciskam zęby z myślą, że jak sobie wypracuję, to kiedyś będę miała miód i orzeszki.

No dobrze, powiesz – mieszasz trochę, związek to jeszcze nie małżeństwo. Dlaczego małżeństwo? Ma status prawny, który ułatwia kontakt ze światem biurokracji. Niesie ze sobą udogodnienia związane z podatkami, kwestią dziedziczenia i prawem własności, podejmowaniem decyzji w zastępstwie i przywilejami w sądzie. Przez małżeństwo nabywamy nowych uprawnień i choć faktycznie niektóre przywileje z niego wynikające możemy załatwić sobie w inny sposób, tak jest prościej. Znam osoby, które mówią, że ich związkowi nie jest potrzebny papierek. Znam też osoby, które tak mówiły w starym związku, dopóki nie stworzyły nowego, który natychmiast chciały przypieczętować małżeństwem 🙂 Każdy może poczuć niespodzianie taką potrzebę 😀 I dlatego zawsze będę wspierała ideę małżeństw jednopłciowych – nie widzę najmniejszego powodu, aby ktoś był pozbawiony możliwości zalegalizowania związku tylko i wyłącznie ze względu na swoje preferencje seksualne.

Czytam też, że gdy małżeństwo przetrwało 40-50 lat, to jest to wartość sama w sobie. Sądzę tymczasem, że jeśli przez te lata bilans dobrych chwil jest na oczywisty minus, to nie było warto. Jeśli ktoś w tej parze musiał porzucić swoje marzenia, miłości, rozwój, jeśli czasem myśli teraz o tym z rezygnacją, bo powiedzieć nie ma komu – nie było warto. Niektórzy patrzą na rozwód jak na porażkę. Umęczeni czują się moralnie lepsi od wolnych. Niesłusznie. Liczy się tylko ilość życia w naszym życiu. W końcu, pobieramy się, aby było nam lepiej.

Takie moje szkolne wypracowanie przedmałżeńskie, zachęcam Cię do napisania w którym punkcie się mylę, do dodania własnego spojrzenia na sprawę. A tymczasem u nas …

wymachując miotłą odegnaliśmy siły, które nęcąc nas orzeszkami próbowały przejąć nasz własny ślub. Chcemy zapłacić za obiad, rozważcie zaproszenie również X i Y. Przepraszamy, ale decyzje zostały podjęte i jesteśmy z nich oboje zadowoleni, podanie zostaje odrzucone. Przyjeżdżajcie, czekamy …

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Wesoły Wojtuś.

A jak już jesteśmy przy ochronie, to ja dam ci podarek. Kotka. Będziesz go karmił, czesał i codziennie głaskał, bo kotek to bardzo lubi. Za to jak ktoś przyjdzie ciemną nocką, żeby ci poderżnąć gardło, to kotek go zeżre.
– Ewa Białołęcka

No może niekoniecznie, żeby poderżnąć, ale, na ten przykład, użreć? Jak taki wielki włochaty pająk, albo nawet całkiem mały, ale z dużą ilością nóg, taki co to się gapi setkami oczu i nie wiadomo w zasadzie w które spojrzeć, żeby się zmierzyć wewzrokiem. Wojtuś Wesoły, pogromca wszystkiego latająco-tupiącego, co mieści się pod łapką, tak właśnie odwdzięcza się za miłość.

W zeszłym roku swoje notki biograficzne mieli Maciej, Niunia i Rózia. Teraz chcę Ci opowiedzieć prostą historię o tym, jak doszło do mania przez moich rodziców kota numer cztery. Bardzo długo z nią zwlekałam, może dlatego, że nie mam naprawdę dobrych zdjęć Przydymionego. Jest to piękny kot o rzymskim profilu.

Wojtuś 2

Powyżej fotografia sprzed dni kilku.
Wojtuś wszedł w posiadanie nas jako swojej rodziny około sierpnia 2015 roku. W owym to czasie Tajemnicze Zwierzątko podjadało chrupki, które tata zostawiał Maciusiowi w ogrodzie (tata już jest takim człowiekiem, że zostawia kotom chrupki w ogrodzie, gdyż uwielbia swoim zwierzakom ułatwiać życie). Podjadanie odbywało się najpierw cichcem, anonimowo, skrytożernie, aż się rozbeszczelniło i uaktywniło w świetle dnia. Tajemnicze Zwierzątko okazało się milutkim, głośnym kociakiem, który bardzo chciał, żeby ktoś się nim zajął. Tata odwiózł go rowerem na jakąś tam odległość w nadziei, że poprzedni właściciele zaskoczą jak zajmować się kotkiem z brzuchem bez dna. „Weźcie mnie, weźcie”, nalegał jednak Chudziak, który dzielnie przybiegł do ogródka dnia następnego (musiał pokonać przynajmniej jedną ulicę) i tym razem łakomie zapchał brzuszek resztkami kaszy dla Dziewczynek. Takoż i się stało, gdyż serca mamy cokolwiek miękkie, uczynione prawie w całości z różowej waty cukrowej.

wojtuś i łasiczka

Od tego czasu wojtusiowe uszy często wystają w naszym oknie, gdyż jest to kot niewychodzący-wylegujący. Zainteresowania główne: hydraulika, ceramika i lizanie masła. Gdy jeszcze w domu była wanna, lubił siadać na jej krawędzi i obserwować gdzie znika woda. Zajmuje go również cieknący kran i pralka nastawiona na wyżymanie. Zestaw kubków w które wlewaliśmy wigilijny barszcz wytłukł za jednym zamachem, pierwszej swojej zimy u nas, na dobry Nowy Rok. Wojtuś ma swoje własne chrupki (wynika to z tego, że gdy zaczął dorastać zepsuło mu się sikanie) oraz własne zwyczaje. Np. to dla niego tata nalewa do pełna kubeczek świeżej wody i stawia na wieczór przy kuchennym zlewie. Jeśli zaś chodzi o lizanie masła, śpieszę nadmienić, że z zawodu jest Wojtuś inspektorem d/s nieschowanej żywności.

Instagram: @świechna

Wspomniałam, że jest to kot niewychodzący. Przez dłuższy czas sądziliśmy, że jego udręczenie zamknięciem wynika wyłącznie z tego, iż jesteśmy źli-i-niedobrzy, ale światło na tę sprawę zostało rzucone w zeszłym roku, gdy kot, korzystając z otwartego nocą okna, wyszedł na ogród. Szukaliśmy go dwa dni, żeby odkryć, że cały ten czas siedział w wysokim żywopłocie przed domem, głodny i przerażony. Zatroskana Rózia wpadała tam do niego, siadała na przeciwko i próbowała mu wytłumaczyć, że z siedzenia w żywopłocie nie wynikają dobre rzeczy. Trudno powiedzieć, czy psychoterapia (zdecydowania, moim zdaniem, w ujęciu freudowskim) pomogła, ale w każdym razie mamie udało się w końcu wyciągnąć Przydymionego z kłujących krzaczysk metodą na chrupki. Te kilka dni na zewnątrz były dla niego ogromnie stresujące, miało nawet miejsce coś na kształt błyskawicznego wyparcia. „Nigdy tam nie byłem i to się nie wydarzyło”. I tak Pasjonat Jedzenia i Tropiciel Robactwa kolejny rok spędza w domu, po którym najchętniej biega o trzeciej nad ranem.

* * *

W piątek pożegnaliśmy koty moich rodziców, a w sobotę rano przywitałam się z naszym rezydentem, Ryszardem. Rytm dobowy się nam uregulował, w nocy śpimy, potem Ryś leżakuje w promieniach wschodzącego słońca żeby po południu wyruszyć na eksplorację osiedla. Nawet jeśli tylko drzemie w sypialni, tak jak teraz, dobrze, że tutaj jest. Bez niego czekanie na powrót Kraciastego byłoby o wiele bardziej uciążliwe, a tak od rana przenika mnie kocia mądrość – trzeba tak długo paczać, aż ukochana osoba otworzy drzwi.

Jedno zdjęcie. Odpoczynek.

Patrzę w tę blogową dziurę bez zaniepokojenia. W końcu przecież planuję ją zapełnić – będzie coś o spacerze po Trzebnicy, zapewne coś o kotach (zobaczymy, co napisze się jako pierwsze). Chcę jedynie donieść, że zacne były powody milczenia. Poprzedni tydzień, od piątku do piątku, spędziliśmy z Kraciastym w Polsce oglądając kolejne odcinki „Co ludzie powiedzą” i „Poirota”, spacerując, gadając, robiąc zdjęcia i stroniąc z obrzydzeniem od jakiejkolwiek pracy. Jedyną chmurką na tym rozkosznym niebie była dla mnie myśl, że w Irlandii Ryszard zamartwia się patrząc w okno naszej sypialni.

Dom rodzinny, poprzednia sobota w Polsce.

dom

Polska niemiło zaskoczyła nas chłodną, wietrzną pogodą. Od tego wszystkiego Kraciasty musi teraz łykać tabletki, a to mi się bardzo niepodoba, szczególnie, że łyka je 1600 kilometrów z dala ode mnie, na co sobie absolutnie nie zasłużyłam. Jestem już w naszym domu, z Rysiem, który przespał ze mną całą noc, a po śniadaniu drzemie w promieniach słońca. Odpoczynek niedzielny nie dla mnie, dopiero w środę mam jeden dzień wolny, ale tak jest dobrze. Nie będę sobie głowy i serca łamała zbytnio czekaniem.

Na zdjęciu z Kraciastym jest Mruczysław. Solenizancie (po lewo), kocham Cię ❤ A Ciebie, Czytelniku, pozdrawiam. Napisz mi jak się masz 🙂

Pierwszy tydzień.

Uniosłam się w powietrze nad zielonymi polami, podeszłam do lądowania nad białym miastem, cały czas z katarem, który złapałam w pierwszy dzień roku na plaży. Teraz jestem daleko od wybrzeża, za to kilka metrów od lasu. W domu pomimo to taka sztuczna choinka:

20190105_013851

… która wywróciła się po raz kolejny, akurat gdy przyjechałam. Choinka jest ze skłonnością do upadku, dlatego ma plastikowe bombki. Od wczoraj siedzę w domu rodzinnym, wygrzewam się, objadam maminą kuchnią (dzisiaj była wątróbka), chodzę na bosaka po łazience z podgrzewaną podłogą, oglądam brytyjskie adaptacje Christie, które uwielbiam i prowadzę zdalne konferencje z Kraciastym chorującym na Ursynowie. Sama czuję się na tyle słabo, że i jutro raczej nie planuję wychodzić na świat. Wyjechaliśmy z naszej Irlandii chorzy, dom zastałam ciepły, z kotami okupującymi każdy swoje miejsce (Mruczuś bezceremonialnie włazi mi do łóżka), z tatą uczącym się obsługiwać glukometr, z jednym psem bardzo chorym, zasmarkującym podłogę (ale może to nie rak), z drugim bez apetytu, z mamą po chorobie i babcią, która ma lepsze i gorsze chwile. Być może dżentelmen, który przesypia noce w kartonie przy mojej głowie, ma coś wspólnego z cykliczną wywracalnością choinki:

wojtuś

To jest Wojtuś (przypomina mi, że w tym roku muszę zamknąć serię o włosach w kawie). O pnączu znów zapomniano i tata leczy je z przesuszenia. Tak oto ma się stan na pierwszy tydzień roku … który zazwyczaj pełen jest postanowień. Ja zamiast tego wolę drobne zmiany. Na blogu zauważysz może z czasem dwie nowe kategorie, psychologia i filozofia – dziedziny, które mnie interesują … pojawią się, gdy poczuję, że pora napisać o pomocowości, plenieniu się psychologii pozytywnej czy pseudonaukowości. Takie tematy kuszą mnie, gdy na blogowisku czytam frazesy 🙂 Ale nie zacznę tego roku z kopyta,  następne będą wieści z Ursynowa do którego najpierw muszę jakoś dojechać … może będziemy w stolicy patrzeć przez okno we troje, ja Kraciasty i kot-gospodarz.

Jak spędziłeś/aś te ostatnie dni? Jakieś oczekiwania na nowy rok, realistyczne plany, spodziewane radości? Trzymasz się postanowień, czy ciasteczka już się kruszą?

swiechna-instagram 2018

O wodzie, o trawie, o lesie …

wspomnienia 1

I jak tam, pieróg już sklejony?

Gdy zakładałam tego bloga był styczeń, zrobił się grudzień … nie wiem kiedy, śniegu ani widu ani słychu, śpimy przy otwartym oknie z deszczem do wtóru – w pokoju duszno, jak polskie przedwiośnie ta irlandzka zima. Żeby zobaczyć śnieg wchodzę na żubry online (zawsze mnie zastanawia liczba oglądajacych live. 38 mln Polaków, a nas 150-200 … kim jesteśmy? z jakiej niszy intelektualnej przychodzimy? jakieś punkty styczne? wyczuwam świetny materiał do badań socjologicznych) albo do archiwum fotografii. Dawaj więc przebijać się przez zdjęcia zimowe, żeby wyłumaczyć Ci, że ja tam lubię zimę i spędzam święta tak a nie siak z określonego powodu… zdjęcia rodziny, choinek, smażonej kapusty, rąk mamy, psich mord uwalanych śniegiem, babci siedzącej przy stole i wpatrującej się w dal, kocich tyłków wypiętych na kocach, fruwającej dziczyzny, szarych dni okraszonych śniegiem … tych szarych zdjęć jest sporo – to spacery z tatą …

wspomnienia 2

W trakcie pojawiła mi się jednak refleksja, że ja tego wszystkiego wytłumaczyć nie umiem. Nasze doświadczenia są jednostkowe, każdy z nas jest jaki jest, spędza święta jak umi, każdy nosi ze sobą swoje oczekiwania i niepokoje, doświadczenia i marzenia – za dużo tego, by złożyć to w całość w jednym poście. Czym innym jest gdy „coś się w taką w czapkę wystroiła” powiedziała nam kiedyś mama, a co innego, gdy powiedział to kot. Masz kota, który do Ciebie mówi? Prosz bardzo:

wspomniena 3

Takie rzeczy kształtują nas jako ludzi, nie jakieś tam pierdele o wartościach. Ile masz np. wspomnień ze spacerów z tatą, ile masz zdjęć butów, gdy idziecie razem … albo nieistotnych widoczków, rozmazanych, które normalnie powinno się wykasować, bo przedstawiają nic? Ile masz taki obrazów w swoich zwojach? Teraz sobie przypominam siebie na sankach w jakimś przeogromniastym futrze, dziadek ciągnie sanki, ma na głowie beret i śmieje się do aparatu. Zamykam oczy i widzę, że błyska do mnie złotym zębem. I dźwięk płóz, gdy trafiały pod płytkim śniegiem na kamień. Pamiętam płynny klej, który wychodził poza ramki i brudził papier wycinankowy z którego robiłam łańcuch na choinkę. O jak mnie to wkurzało! Cała ja. Jeśli Ty masz inne obrazy, jakiekolwiek by one nie były, to właśnie one składają się po ziarenku na Ciebie.

wspomniena 4

Nasze prezenty, nasze plamy na obrusie, zapach domu, wszystko to przyczynia się do tego, że dzisiaj ja potrzebuję święta spędzać tak, a Ty być może inaczej, albo wcale. I nie ma co do tego dorabiać ideologii – z lubieniem świąt jest jak z lubieniem ludzi … są tacy, którzy nie lubią i tu też nie ma czego tłumaczyć.  Rób albo nie rób, strzeż się jedynie najgorszego rodzaju istnienia: robienia tego, co nam się zdaje, że oczekują od nas inni. Nikt nie zwróci nam czasu spędzonego na takim gównie.

Do archiwum zdjęć zimowych właśnie dodaję kolejne, sprzed północy. To jest Kraciasty. Kraciasty jest niewierzący i robi bigos na nasze pierwsze wspólne boże narodzenie w tym domu:

22 grudnia 2018

Akurat w odtwarzaczu leciał Nohavica … spatřil jsem kometu, chtěl jsem jí zazpívat / o vodě, o trávě, o lese / o smrti se kterou smířit nejde se … zobaczyłem kometę, chciałem jej zaśpiewać / o wodzie, o trawie, o lesie / o śmierci z którą trudno się pogodzić … 

No i się porobiło melancholijnie … ten obraz  i dźwięk już zostanie, dorzuca we mnie dobre ziarenko. Jeszcze deliberujemy nad rodzajem ryby na wigilię, choinki nie będzie, może jakieś światełka … gdzieś … takie, które można świecić cały rok (jestem zwolenniczką całorocznych światełek bożonarodzeniowych!). W pracy nucę pod nosem, gdy lecą te dwa kawałki, może chcesz posłuchać ze mną:

The Pogues – Fairytale of New York

The Darkness – Christmas Time

Wiem, że u Ciebie może być różnie. Trudno udawać radość, gdy jej brak, może Twoje ziarenka są gorzkie, wkurwiające i jest ich za dużo. To całkiem możliwe i umiem to sobie wyobrazić. Przechodząc do życzeń … kilka lat temu dostałam na facebooku życzenia następujące:

Kochani, a że jak co roku słyszę oburzenie, że ja nieKatoliczka śmiem obchodzić święta, więc jako i w tamtym roku…
Z okazji owego pogańskiego święta przesilenia/urodzin Mitry (i wielu innych bogów), który to czas przywódcy chrześcijańskiego kościoła przejęli jako datę urodzin domniemanego założyciela ich kościoła, który – o ile istniał – powstydziłby się dziś tego co powstało (i jak powstawało) na jego naukach…
ale o czym to ja…aaaa 🙂

Z całego serca życzę udanej kolacji przy
12 potrawach – rodem ze wschodnich pogańskich religii- symbolizujących 12 miesięcy,
z siankiem pod obrusem – zapowiadającym udane zbiory,
z daniami (groch z kapustą, faworki, bliny, matwiełki, kutia) będącymi – w przeszłości- pokarmami jedzonymi właśnie na grobach bliskich (Kościół walczył z owymi praktykami i stąd wzięła się wielkanocna święconka, która zastąpiła ofiarne kosze z jedzeniem),
z wolnym miejscem przy wigilijnej wieczerzy nie dla niespodziewanego gościa, a dla duszy z obrzędów wschodnich (które to dusze mogły sie kryć pod stołem, stad zwyczaj pukania w niemalowane),
przy jemiole – tradycji z antycznego Rzymu,
przy choince – świętym drzewku druidów, które to kościół – zniszczywszy pogańskie religie – przejął, twierdząc, że to symbol tego niby Twórcy chrześcijańskiego kościoła, niby urodzonego w czasie przesilenia, z niby dziewicy. 🙂

I zdrowia na następny rok życzę, coby lekarze nie musieli ingerować w boży plan ratując człowieka.
Buźki

Sporo treści tu się mieści i mój ulubiony walor edukacyjny jest. Od siebie dodam dwie rzeczy. Każdy czas jest odpowiedni na dobre życzenia i posiłek z ukochanymi, więc dzisiaj czy 24-go nie jest gorsze od innych dni. Po drugie, życzę Ci tego samego, co Ty mnie – jeśli to są dla Ciebie radosne święta, mniejsza o ich nominację, cieszę się razem z Tobą, jeśli jest Ci ciężko, trzymaj się tam, nie rezygnuj.
Wesołych świąt.

________________________
Pierwsze 4 zdjęcia zrobione 28.XII.2009, 1.I.2014, 16.I.2015.

Jedno zdjęcie. Weihnachtsmarkt.

jarmark bożonarodzeniowy wrocław

Wrocławski Rynek, 20 grudnia 2014.

Moje pierwsze pieczone kasztany jadłam właśnie w tym miejscu. Zresztą początkowo to kasztany miały się pojawić jako wspomnienie jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu. Niewyraźne „kasztany w półmroku”, otoczone wspomnieniem ciepła, chociaż zdjęcie było uwiecznieniem momentu pracowniczego AD 2012 – miałam wówczas pod nadzorem kilka latorośli, które wczesnym wieczorem biegały od straganu do straganu jak kot z pęcherzem. Śniegu było brak, ale chłód dawał się we znaki. I wtedy uśmiechnęła się do mnie skromna pani ze straganu kultowego baru Vega, która zastrzegła sobie, żeby jej zdjęć nie publikować, więc nigdy nie opublikowałam. Naokoło niej wszystko parowało dobrocią, rozgrzałam się jej najlepszą na świecie zupą dyniową podawaną exclusive w plastikowej miseczce. Naokoło mrugały światełka, dymiły stragany z jedzeniem i napitkiem, rękodzieło mieszało się z plastikową tandetą. Tak jest co roku, tak było i cztery lata temu, gdy namówiłam na jarmark moich rodziców. Wiał porywisty wiatr, śniegu ponownie brak, rozkładano już scenę na koncert noworoczny … niestety straganiku z zupą dyniową nie znalazłam, były za to drogowskazy w rodzaju „czy próbowałeś już starej kurwicy?”, ten sam kowal, co zawsze rozłożony ze swoim biznesem kowalskim, grillowane oscypki, których spróbowaliśmy z tatą i inne pierogowo-kiełbaskowe konsumpcje uskutecznione przez naszą trójkę w metafizycznym skupieniu podszytym słuszną radością. Ciągnie się wtedy nosem z zadowoleniem, puszcza ustami kłęby pary … ktoś by mógł powiedzieć dusza, ale w takim razie ma go i kubek grzańca, który tłumaczy sens rękawiczek bez palców … policzki nam czerwieniały i oczy wilgły.  Chłód jest obowiązkowym uczestnikiem jarmarcznego wydarzenia, bez niego skupiska ludzkie wokół straganów z jedzeniem byłyby pozbawione elementu pierwotności … jeszcze jeden hipermarket, tyle, że pod chmurką. Pomiędzy straganami na szczudłach przeszli kolędnicy, były i diabły, była kostucha z którą zmierzyłam się wzrokiem. Nasz dzielny, mały samochód czekał pod archiwum państwowym, zajrzeliśmy na moment na Stare Jatki, tam gdzie stoi jeden z niewielu pomników, które się należały, pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych … zazwyczaj tak robimy, gdy jest nam po drodze: zaglądamy za winkiel, żeby dotknąć świńskiego ucha lub koziego rogu. Miasto wracając do tradycji jarmarcznych dostarczyło mi przeżyć obecności tu i teraz, które teraz mogę przywołać. Nie ma nic lepszego niż być razem, jeść, pić, rozglądać się, uczestniczyć w życiu …

Gdy to piszę przyszedł do nas list z Polski z opłatkiem, życzeniami i skromną książką Szczepaniaka o Wleniu. Autora już kiedyś na blogu cytowałam, a niespodziewany prezent oznacza pewnie, że do tematów poruszanych przez niego powrócę. Jarmark wrocławski zaczęty, więc jeśli przechodziłeś obok, napisz mi jak tam się wszyscy mają. A może byłeś w równie przyjemnym miejscu gdzieś bliżej Twojego u siebie? U mnie w środku nastrój świąteczny w pełni, aż czuję potrzebę pogadania z Kraciastym i wyjaśnienia społeczeństwu czy/jak ateiści świętują. Będzie dyjalog. A Ty, co myślisz? Powinnam być miła, gdy złożysz mi życzenia? 😀

Czasem tęsknię. Ale tak to już jest … gdy ma się dobre życie tęskni się za określonymi rzeczami, nie za wydumanymi sprawami, które nigdy się nie zdarzyły. I to jest zasadnicza różnica, to jest właśnie szczęście.