Księgi Jakubowe.

Wieszczyłam jeszcze w sierpniu, że będzie to lektura jesienno-zimowa. Nie przypuszczałam wówczas, że stanie się książka Tokarczuk osłodą na czasy zarazy (potraktuj ten zgrabny zwrot z przymrużeniem oka, bo prawdziwej zarazy to my z pewnością jeszcze nie zobaczyliśmy i raczej jej nie zobaczymy w najbliższych miesiącach). Zaczęłam ją podczytywać pod koniec lutego, z wdzięcznością zauważając, że jej układ jest bardzo mi przyjazny. Tomiszcze podzielone na siedem ksiąg, które z kolei zawierają 904 rozdziały, każdy zatytułowany drobiazgowo, tak, że moja pamięć nie ma większego kłopotu z odnalezieniem fragmentu, który szczególnie zachwycił mnie swoim pięknem. Domyślam się, że to był także patent na jej pisanie. Widzę Cię Olgo, jak archiwizujesz w swoim komputerze pomysły na obrazy malowane słowem, numerujesz je i nazywasz. Później poruszasz się w tym gąszczu, dopieszczając i dopisując szczegóły, poprawiając po zasięgnięciu języka błędy merytoryczne.

Ryszard przedstawia

Księgi są powieścią historyczną. Z tego gatunku powszechnie czytaną lekturą jest Trylogia Sienkiewicza, dzieło równie imponujące objętościowo, które zajmuje się okresem 1647-73 w dziejach Rzeczypospolitej. Księgi rozpoczynają się w roku 1752, a więc sto lat później, ale nie dlatego diametralnie różnią się od opowieści sienkiewiczowskich. Różni je przede wszystkim przyjęta optyka. Sienkiewicz idealizując Historię, opisując czyny i romanse tyleż chwalebne, co mało prawdopodobne, opowiadał bajkę krzepiącą rodaków żyjących państwem, którego nie było. Tokarczuk sięgając do faktów historycznych snuje czasem ładną, a czasem brzydką, prawdę o ludziach. Kanwa na której osnuta jest prawda pozostawała zupełnie nam nieznana, bo nikt nie poruszał tych tematów na lekcjach. Mam na myśli frankizm, heretycką sektę w łonie judaizmu, ale też ruch asymilacyjny w czasie którego wielu Żydów na terenie Rzeczypospolitej idąc za przykładem swojego guru, Jakuba Lejbowicza vel Jakuba Franka, ochrzciło się i przyjęło polskobrzmiące nazwiska – przyznasz, że tematyka może się kojarzyć raczej z blogami prowadzonymi przez osoby ziejące nienawiścią do żydostwa, a nie z faktami.

Akcja powieści rozgrywa się w wielu miejscach, jest więc i podolska Korolówka w której urodził się Frank, jest Rohatyn, Kamieniec Podolski, Lwów, tak bliska mojemu sercu ziemia lubelska, ale i Smyrna, Stambuł, ziemia bułgarska i krainy niemieckojęzyczne. Jak uprzedza podtytuł, historia bazuje na wielokulturowości, wielojęzyczności i trzech dużych religiach, judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Dziesiątki wątków pozwalają poruszyć i przewietrzyć skrystalizowany, zaskorupiały świat sienkiewiczowski, co to się nam zdaje, że doskonale go znamy – to już nie tylko pańskie dwory i forty zasiedlone przez żołnierzy w czapkach z piórkiem, ale i żydowskie domostwa, katolickie plebanie, biedne ulice małych miast, szopy w których chowają się zbiegli chłopi i biskupie pałace, w których śnią się rzeczy takie jak ta:

Widzi też płonące księgi, które puchną od ognia i pękają. Ale zanim ogień liźnie biel kartek, litery, podobne mrówkom lub innym małym, ruchliwym owadom, uciekają sznureczkami z kartek i przepadają w ciemnościach. Dembowski widzi je bardzo wyraźnie i właściwie wcale się temu nie dziwi, że litery są żywe: jedne przebierają maluchnymi nóżkami, inne zaś, te które są ich pozbawione, te najprostsze, z konieczności skaczą albo pełzną. Biskup nie ma pojęcia, jak się nazywają, ale ta ich ucieczka go wzrusza, nachyla się ku nim prawie z czułością i po chwili widzi, że żadna nie została, że płoną czyste, białe stronnice.

Bohaterzy, których śladami idzie Tokarczuk, to przede wszystkim postacie historyczne: obok Lejbowicza-Franka, pisarka portretuje z sympatią autora pierwszej polskiej encyklopedii, księdza Benedykta Chmielowskiego i poprzez jego listy do poetki, Elżbiety Drużbackiej, czyni go jednym z narratorów swojej historii. Mówią do nas Nachman z Buska, Moliwda vel Kossakowski, ksiądz Pikulski … Nazwiska i twarze autentycznych osób bez wrażenia sztuczności przeplatają się w fabule z postaciami fikcyjnymi, a sama opowieść jest tak wielowarstwowa, że próżno mi teraz próbować streścić ją na potrzeby tego jednego tekstu. Bo jest to sprawa o Europie i o tożsamości, opowiedziana poprzez historię plemienia Jakubowego, ludu wędrownego, który oblekał różne stroje i nazwiska, porzucał jedne języki by przyswoić nowe i tkając własny los brał udział w Historii. Nad wszystkim frunie zaś Jenta, której ciało leży w jaskinii – Olga nie byłaby sobą, żeby nie okrasić tych rozważań o narodzinach i zgubie sekty mistycyzmem własnym.

Jeśli napiszę, że nie jest to książka dla wszystkich, nie odbierz tego jako przejawu snobizmu. Znam po prostu wiele osób, które sięgnęły po Tokarczuk już po jej noblowskiej nobilitacji, i doznały rozczarowania. Jeśli nie lubisz opowieści dwuznacznych moralnie, Żydów, myślenia podczas czytania, które wymusza odłożenie książki, opisów detali, to nie będzie książka dla Ciebie. Jeśli nie cieszysz się ze sprawdzania przeczytanych rzeczy w innych źródłach, ominie Cię sporo okazji do radości, które ta książka stwarza czytelnikowi. To nie jest lektura bardzo łatwa, ani dramatycznie trudna – wymaga tylko odpowiedniego nastawienia. Jestem w trakcie czytania, gdzieś w drugiej połowie, więc nadal w aurze, i nie dla zakończenia ją czytam. Bo zakończenie znam … czyż oni wszyscy nie pomarli? W czasach łatwego dostępu do informacji wiem jak, gdzie i kiedy. Powód dla którego czytam jest zupełnie inny. To język jakim posługuje się autorka. Boginii, móc tak pisać! Lekkość z jaką Tokarczuk przechodzi od opisów wymagających wiedzy historycznej do opisów zachowań ludzkich wymagających wiedzy psychologicznej jest rzadko spotykana. Przy tym autorka pochyla się nad drobinami z których powstają fragmenty takie, jak ten zacytowany kilka akapitów wyżej. Domyślam się, że stoi za tym mrówcza praca. Czytanie może być ucztą, dlatego tak bardzo się irytuję, gdy nie jest, co zdarzyło mi się ostatnio podczas lektury „Tatuażysty z Auschwitz”.

Grudniowy Rysiu i random folk.

Jutro wylatam i już się cieszę na pieczenie z babcią ciasta drożdżowego, spacery po okolicy i kawę na mieście z tatą oraz pogadanki naukowe z mamą przy telewizorze włączonym na jakimś głupowatym serialu.

Martwi mnie natomiast pozostawienie Ryszarda samego na gospodarce. Kocilla od kilku wieczorów wygniata skrytę przed nieczynnym kominkiem – Kraciasty położył tam stare posłanie Ryśka, które ten konsekwentnie ignorował i do którego powrócił, gdy upewnił się, że przestaliśmy mu je zachwalać. Od zamartwiania się nic nie jest lepiej … zostawię w sypialni uchylone okno, żeby kot mógł w każdej chwili się ewakuować oraz sąsiadkę uzbrojoną w klucz i saszetki z kocimi przysmakami. Zobaczymy jak zaradny nastolatek zareaguje na puste mieszkanie. To baza, jego dom. Mam nadzieję, że już wie, że zawsze wracamy.

Takie miny Rysiu robił rano, gdy obserwował jak Kraciasty pakuje torbę na kółkach, która potem zawsze znika razem z właścicielem i nigdy nie wiadomo kiedy ponownie się pokaże. Chyba jej nie lubi, chociaż dzisiaj pachniała glazurowanymi czikenłingsami.

Kot swoją godność ma. Gdy Kraciasty wyszedł, odpalił samochód i pomachał mi na pożegnanie, Rysiu obkręcił się na lewą stronę i śpi teraz brzuchem do góry. Całe życie jest czekaniem, na obiad, na skrzypnięcie okna, na kółka walizki na chodniku przed domem …

Szarówka przez cały dzień, więc sprawdzam jak będzie w Polsce. Chłodno, ale u nas w tym tygodniu raczej słonecznie. Puławy też zapowiadają się optymistycznie, byle tylko mój kochany nie złapał jakiegoś przeziębienia. Już jutro …

Tymczasem obiad czas zrobić. Może posłuchasz ze mną bluegrass? The Dead South, zespół z Saskatchewan, znalazłam wczoraj wcale nie szukając. Poza muzyką bardzo podoba mi się ich styl ubierania … chociaż Kraciasty ma lepsze szelki 😉 jak ktoś nosi szelki codziennie, to wie, że zapinane na guziki są bardziej wytrzymałe.

In Hell I’ll Be In Good Company.

Podzielę się z Tobą jeszcze moim drugim znaleziskiem – niesamowita Abby the Spoon Lady z Wichita, Kansas … to ta pani grająca na łyżkach do starego gospel:

Nie wiem jaki algorytm youtube’a mnie na nią naprowadził, ale tym razem się nie pomylił. Abby Roach z kobiety jak wyjętej ze zbioru opowiadań Alice Munro „Uciekinierka” stała się artystką zdolną utrzymać się ze swojej sztuki, wartościową członkinią społeczeństwa, która nie przestaje być sobą. Bardzo inspirujący mnie przekaz. Poniżej krótki wgląd w codzienność Abby w dokumencie Justina Johnsona:

Mam nadzieję, że sprawy mają się tak dobrze jak przedstawiają się na pierwszy rzut oka. Każdy ma swoje ciemne chwile, ważne, żeby pozostawiać je za sobą.

Idę do garów zapowiadając buńczucznie, że następny post będzie o Polsce 😄 Tobie również dobrego weekendu …

Za oknem wiatr, w środku ciepło.

Przed południem wpadła nam do domu przez otwór w drzwiach przesyłka z Polski. Teściowie dbają o analogową tradycję, nadal wysyłają myśli na papierze. Dostaliśmy pocztówkę przedstawiającą piekarnię Sarzyńskiego w Kazimierzu i starannie zapakowany, nowy tomik Cz.M. Szczepaniaka. Na pierwszej stronie precyzyjnie doklejono wiersz o Michale, który już tutaj publikowałam.

Rysiu przedstawia więc tomik wierszy, który dzisiaj wieczorem przeczytam, „Zabrałem milczenie, słowo daję”, niszowy nakład mamiko.pl:

Oprócz wklejki, na pierwszej stronie jeszcze kilka słów skreślonych ręką teścia. Ładny prezent na taki dzień jak dzisiaj. Wieje straszliwie, krzew po drugiej stronie drogi gnie się do ziemi i walczy. Gniewa mnie bardzo, że w taką pogodę Kraciasty musiał jechać na zachodnie wybrzeże. Jest już w drodze, zabrał ze soba ciepłą kurtkę i śpiwór, tak na wszelki wypadek. Może go jeszcze zawrócą.

Przyglądam się ostrzeżeniom pogodowym. Hrabstwo Sligo ma do godziny szóstej ogłoszony alarm żółty (podobnie jest u nas), ale już w sąsiadującym z nim Mayo jest alarm pomarańczowy ogłoszony na całą najbliższą noc. Prognozy dla wybrzeża przestrzegają przed dziesiątką. Rysio wcale nie śpi, zakopał się w kołdrę, tylko czasami podnosi głowę i łypie na mnie okiem. Dobrze, że mam dom mamo, bez domu co by ze mną było? Wiatr bawi się jakimiś metalowymi wihajstrami, czasami z całą siłą próbuje staranować drzwi wejściowe. Znajduję na półce jeszcze jeden tomik Szczepaniaka, „Zapisz jako Wleń”, przysłany nam przez teściów w grudniu zeszłego roku, wydany w nakładzie 30 (!) egzemplarzy. W środku jest kilka rodzinnych zdjęć i nadryziony opłatek. Kawa, poczytam, poczekam.

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.

Książka Tuska, książka Ani.

dwie książki (2)

Ewidentnie można nazwać to zdjęcie: Rysiu przedstawia …

A sytuacja jest taka, że za każdym razem, gdy latamy, w walizkach przewozimy różne rzeczy. Nigdy nie są to butelki wódki. Tak mi się teraz przypomniało, że gdy siedziałam na lotnisku we Wro, nieznana kobieta uraczyła mnie półgodzinnym rozważaniem na temat tego jak to nie wiedziała, że w podręcznym nie można przewozić flaszek, więc musiała dokupić dodatkowy bagaż, gdyż się jej irlandzcy znajomi nie mogli wprost doczekać smaku polskiej wódki (wiadomo, że ta w polskich sklepach jest nieprawdziwa … może wiadomo, może nie, ja tam nie wiedziałam) … anyway … nigdy nie są to butelki wódki, książki natomiast i owszem. Pokażę Ci dwie spore książki z kilku, które Kraciasty przytaszczył w zeszły piątek. Coś starego i coś nowego. Jedną, którą kupiłam przez allegro, napisał … Tusk Donald.

dwie książki (3)

Album „Pojezierze Kaszubskie” zilustrował Jerzy Baranowski, tekstem opatrzył Doland Tusk, były premier RP i obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Książkę opublikowało wydawnictwo „Sport i Turystyka” w roku … 1985. Wydawnictwo to istniało od 1953 roku, po ogłoszeniu upadłości w latach 90-tych jego majątek przejęło wydawnictwo „Muza”.

dwie książki (4)

Nigdy świadomie nie byłam na Pojezierzu Kaszubskim, tzn. nigdy nie pojechałam nad polskie morze, żeby akurat kaszubskiej kultury tam poszukiwać. Album w jakiś sposób rekompensuje mi moje niedouczenie w temacie. Jest to rekompensata nieco spóźniona, bo zdjęcia przedstawiają stan pojezierza sprzed ponad trzydziestu lat. Gdzieś w tamtych latach miała miejsce moja pierwsza wyprawa z rodzicami nad morze. Przypominam sobie, że mam z niej czarno-białe zdjęcia, ze mną w sztruksowych spodniach, z krótkimi włosami, stojącą na falochronie.

Jestem zaskoczona stanem albumu – prawdopodobnie brakuje mu obwoluty, natomiast sama książka jest niemalże nietknięta zębem czasu, zażółcenia są minimalne, w zasadzie niewidoczne na pierwszy rzut oka.

dwie książki (5)

Ponieważ to głos z przeszłości, zapewne będę sprawdzała wiele informacji z drżącym sercem … czy te miejsca jeszcze trwają, czy nie zostały zaorane, nie rozsypały się w pył …

dwie książki (6)

Rysiu przedstawia:
książka Ani Komsty „Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód” wydana przez jeleniogórskie AD REM.

A to już inny kraniec Polski, na dodatek historia „rozjechana” od Wschodu na Zachód. Rok temu pisałam na blogu, że Ania zbiera fundusze na wydanie książki kucharskiej. Zostało zebrane i jest. W takich sprawach kompletnie nie mam wyobraźni i nie wiedziałam czego oczekiwać, uważałam po prostu, że będzie to coś ładnego …

dwie książki (7)

„Opowieści stołu” nie są zwykłą książką kucharską. Pisana w okolicach wleńskich (Pilchowice), opowiada o smakach przywiezionych z Kresów, ale jest także spisem wspomnień kilkunastu kresowych rodzin, albumem rodzinnych zdjęć … książka kilka dni temu wyszła z drukarni, dziko i ostro pachnie nowością … Kraciasty dostał ją wczesnym porankiem, dzień przed oficjalną premierą, która miała miejsce w tę sobotę.

dwie książki (1)

Płynie z niej nauka za którą autorce dziękuję. Nauka ta brzmi: jeśli masz coś do opowiedzenia, pisz; jeśli chcesz, żeby przeczytali to ludzie, wydawaj. Ania Komsta zebrała wokół siebie osoby, które potrafią pięknie opowiadać słowem i obrazem, zebrała również fundusze i pokazała światu historie, które leżały jej na sercu. Nie jest to świat przedrukowany (zjawisko tak powszechne wśród albumów kulinarnych), który w kawałkach możesz znaleźć gdzie indziej. Ja z kolei nie mając wiele wspólnego z terenami kresowymi, lub też nic o tym nie wiedząc, a umiejscawiając swoje geny z dziada pradziada gdzieś pomiędzy Kaliszem, Sieradzem i Wieluniem, ciekawa jestem świata i ludzi, ich historii i smaków. Cieszę się więc na tę podróż jak dziecko 🙂

Takie moje dwie książki na wiosnę. Jest jeszcze opasła biografia Ciechowskiego i zaczęte tomiszcze Simony o puszczy, nietknięte Księgi Jakubowe, a przedwielkanocnie zostały mi dwa rozdziały z rozważań Eilstein o micie ukrzyżowania. Fju, fju, powiedziałby Ćwirek.

Pierwszy tydzień lutego.

Raczej nie zrobię z tego reguły na początek każdego miesiąca – zwyczajnie nie umiem znaleźć innego tytułu …

Dzisiaj wolne po czterech dniach pracy, a ponieważ nic się nie dzieje wszystko Ci o tym opowiem. Myślałam, że pojedziemy do Beaumont, ale się okazało, że dzisiaj było wczoraj. Faktycznie więc w deszczowy poranek wczoraj wybraliśmy się do szpitala. Pomimo tego, że przed wjazdem napotkaliśmy strajkujących, wszystko, co miało się odbyć, odbyło się ekspresowo. Rachu ciachu i nawet zdążyliśmy wrócić z Dublina, zjeść na mieście i kupić kuwetę (dwie ostatnie rzeczy w odwrotnej kolejności … a mieliśmy na co zdążać, bo każde z nas udawało się do pracy).

20190205_123301
jedzenie i ziaziu. za oknem deszcz.

Albowiem Rysiu z nami od dwóch nocy śpi i doszliśmy do wniosku, że wywalanie go za każdym razem, gdy chcemy wyjść jest nieludzkie. Jeszcze słowo wyjaśnienia kim jest Rysiu. Jest to kot, którego poznałam pod koniec lipca zeszłego roku. Nakarmiłam i wypchnęłam za drzwi. Tak się obraził, że kolejny raz przyszedł do nas … 17 stycznia. Dostał saszetkę, która czekała na niego od poprzednich wakacji, i od tego czasu jesteśmy rodziną. Wracając do wczoraj … przy wywalaniu nieomal doszło do łapoczynów, po których z okien samochodu obserwowałam jak smutno kuśtykający kot, po chwilowym fochu, potuptał nazad pod drzwi. Pogoda była wstrętna, a my mieliśmy wyrzuty sumienia. Tak więc na 2.30 ja do roboty, a Kraciasty z kuwetą w bagażniku do Omagh, również nie na wczasy. Przed pracą tłumacząc sobie, że to będzie fujowy dzień kupiłam na pocieszkę dwie koszule w TK maxie, granatową w białe papierowe samoloty (tom tailor denim) i białą w granatowe dmuchawce (kew 159).

20190206_121010

Tymczasem dzień był robotniczo spokojny, w pracy zastałam Elaine, która wszędzie widzi jedzenie i nie omieszka się nim poczęstować (gdy mówi: I see food, wszyscy wiedzą, że przyszedł kres dla cudzych makaronów, mięsiw, ciasteczek i gorącej czekolady z bitą śmietaną) oraz inną miłą dziewczynę, dzięki której nie musiałam wieczorem po pracy łapać taksówki. Przed domem kota brak – ze smuteczkiem przelewałam gulasz zrobiony przez Kraciastego do pojemników i robiłam to bardzo zamaszyście, tak żeby zapachy kraciastych efektów kulinarnych rozeszły się po całej wsi i sprowadziły małego żebraka do domu. Nawet napisałam esemesa, że kota nadal nie ma. Ale czy kot może zrezygnować z darmowej saszetki? Akurat! Wrócił chwilę po 21-ej, opylił rybki w galarecie w minutę i zasnął, menda jedna, w swoim ortopedycznym łóżeczku dla kotów, które Kraciasty kupił mu z marszu kilka dni temu …

collage koci
Rysiu dzienny i Rysiu wieczorny.

Ponieważ we wtorek byliśmy tam, gdzie mieliśmy być w środę, dzisiaj był czas na bardzo powolne, poranno-południowe zwlekanie się z wyra i obiad w ramach śniadania. Jęczałam miłemu żebyśmy wyszli na słońce, więc Kraciasty wpadł na pomysł wyjazdu do Carlingford (miasta, nie na górę). Tak też uczyniliśmy, oczywiście dłuższą drogą, z widoczkami, przez Omeath i tak dali, gdyż tacy już jesteśmy. W zasadzie zawsze, gdy tam zajeżdżamy, robię zdjęcie temu widokowi po drugiej stronie Carlingford Lough:

20190206_163544

Akurat był odpływ. Spotkaliśmy się też ze znajomą i zjedliśmy z nią obiad w pubie na Newry St. Był to dzień bez śniadania, za to z dwoma obiadami. Spokojny, dobry dzień z widokami.

Poranki coraz częściej mówią o wiośnie, wieczory bywają zasnute zimnym deszczem, jak teraz. Spanie z nowym kotem jest bardzo niewygodne, bo się człowiek nie chce za wcześnie ujawniać ze swoim nocnym syndromem niespokojnych nóg. Naokoło nas życie przynosi nowe sprawy. Po paznokciach widzę, że dokucza mi anemia, znajoma twierdzi, że po prostu przystosowuję się do klimatu. Może być – trzeba w każdym razie zapaćkać paznokcie farbką, bo mnie ich widok denerwuje. W poniedziałek wieczorem rozmawiałam z mam. Umarł wujek z podkręconym wąsem. I Bobisia coraz słabsza, nadal zasmarkuje podłogę, nie wiadomo, czy dotrzyma do wiosny. Tak to u nas jest. Może jeszcze przed snem obejrzymy kolejny odcinek „Mistrza i Małgorzaty”, bo na gitarze w czasie Tunnel of Love już zagrałam: