Archiwa tagu: science no fiction

Jedno zdjęcie. Parhelion.

Długa plaża w Clogher, wczoraj po godzinie 20-tej.

Słońca poboczne powstają na przecięciu kręgu parhelicznego i łuków Lowitza, gdy promienie światła załamują się na kryształkach lodu w wyższych, chłodnych częściach atmosfery. Te, które sfotografowałam wczoraj, przypominały na żywo małe fragmenty tęczy. Ciekawa jest nazwa tego zjawiska w języku angielskim – sun dog. Słoneczny pies. Jego etymologia (pochodzenie) jest niezbyt jasna. Dog jako czasownik może oznaczać podążanie za czymś. Ale jest również hipoteza łącząca to słowo ze skandynawską mitologią z którą świat wyspiarzy stykał się wielokrotnie (inwazje Wikingów na wyspy Brytyjskie powtarzały się od VIII wieku aż do roku 1066 i podboju w wykonaniu Wilhelma, francuskojęzycznego potomka wielkiego Rollo, najeźcy z północy). Podobne zjawisko w językach skandynawskich to: solhunde (duński), solhund (norweski), solvarg (szwedzki) … wilk, który goni za słońcem, aby je zjeść?

Wilkowi i tym razem się nie udało, bo wstał kolejny, letni dzień. Próbujemy sprzątać … próbujemy, jest po czwartej, a ja nie czuję, żebym zrobiła coś pożytecznego, poza obiadem, a w tym przypadku kaczka upiekła się prawie sama. Myśl o odkurzaczu nie nastraja mnie romantycznie. Za oknem absolutny spokój, czas przetacza się leniwie, tak sierpniowo jak to tylko możliwe. Kraciasty ma na sobie flanelową koszulę, bardzo podobną do tej Michała.

Reklamy

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, lot, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Instagram: @świechna

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Patrzę w niebo, więc nie czytam książek o wyciszeniu.

Kilkakrotnie zabierałam się do pisania o naszym pobycie w Polsce, ale za każdym razem zarzucałam temat.

Czas bardzo udany, spokojny, wypełniony spacerami, przejazdem do i z Wlenia, ale tekst o tym zwyczajnie nie chce się przelać na monitor (i tylko na zdjęciu pokażę Ci nasze nogi z Bobrem pod butami). W międzyczasie dopadła mnie niedorobiona infekcja, która wieczorami daje się we znaki. Jeszcze tu jesteśmy, a ja mam ochotę napisać Ci o chmurach. Kroi się kolejny wpis dla bezsennych.

20180406_182615

Chmury …

Chmury soczewkowate, altocumulus lenticularis, szczególnie pamiętam z czerwcowej wycieczki w kierunku Karpacza trzy lata temu. Wypiętrzały się nad wzniesieniami w czasie marszu z leśnej huty do Wodospadu Szklarki. Podobno towarzyszą im wiatry pionowe cenione przez pilotów szybowców. Chmury soczewkowate kojarzą mi się ze spokojnym spacerem, dobrą pogodą, górami, chodzeniem. Łatwiej jest być szczęśliwym w ich obecności.

Arcus, wał szkwałowy, chociaż ja wolę tłumaczenie z języka angielskiego: chmura szelfowa; niesamowite zjawisko. Sama raz tylko miałam okazję szybciej przebierać nogami, gdy mroczna półka zaczęła gonić za mną po niebie z jakąś szaleńczą prędkością – po lampce wina i na wysokich obcasach wcale nie było to łatwe. Wszystko się zadziwiło, miałam wrażenie, że koty przyległy nosami do szyb i zamilkły kury sąsiada, gdy wał przetoczył się nad lasem w kierunku północnym, przynosząc szarość, poryw wiatru i gwałtowny deszcz. Ale piękny był, fascynująco groźny.

Poza tym podobają mi się różne odmiany cirrusów, chmur górnej troposfery, bardzo wysoko wędrujących po niebie, koronkowych, złożonych z kryształków lodu. Wśród nich ucinusy przypominają zwiewne końskie ogony, a fibratusy sieci pajęcze. To rodzaj chmur, które najchętniej obserwuję siedząc na ławce pod rodzinnym domem. Podobno powodują w atmosferze opady, które nigdy nie dotykają ziemi. Z wycieczki w kierunku Karpacza, tym razem cztery lata temu, pamiętam mądrość wypowiedzianą przez pana Lecha, naszego przewodnika:

Gdy cirrus na niebie, pogoda się zjebie.

Nie wiem czy można mu wierzyć. Facet zgubił szlak i szliśmy na szagę, taki ekspert. Jeszcze zastanawiam się co za jedna była ta chmurka, która zbliżała się do nas, gdy staliśmy w kolejce przed grobem korytarzowym Newgrange, Sí an Bhrú, w hrabstwie Meath. Nisko sunąca, z deszczem widocznym z daleka. Ściana kropli przesuwała się po zielonej trawce cicho szeleszcząc. Mówimy na to szałerek. W Irlandii mamy mnóstwo szałerków. Kiedy wyszliśmy z grobowca było już po wszystkim, krajobraz przetarty, trawa odświeżona. Był sierpień.

To tyle, jeśli chodzi o moje ulubione, te, które mam teraz w pamięci.

* * *

A wczoraj kwiecień, dziesiątego. Podobno tego dnia w roku 837 Kometa Halleya minęła Ziemię w najbliższej do tej pory odległości. Co myślę o schodach bez barierki? Brakuje mi w naszej polityce osoby takiej jak Jaruga-Nowacka i nie mam ochoty obchodzić rocznicy jej śmierci. Oficjalny „ból” dawno stał się własną karykaturą. Ale wierzę, że każdy naród ma takich polityków i takie „bóle” na jakie zasługuje. Udawana zaduma na 1 listopada, szwy popękane z dumy na 11 listopada, wiedza historyczna jak ser szwajcarski w każdy dzień zwykły, w międzyczasie kult pana Wojtyły malejący w cieniu tablic pana Lecha.
Tymczasem w Norwegii:

Exploring the Svalbard Global Seed Vault

Svalbard globale frøhvelv, bank nasion na Spitzbergenie, przechowuje dla przyszłych pokoleń nasiona jadalnych roślin z całego świata. Myślą o przyszłości po globalnej katastrofie, o tym, żeby ci, którzy przeżyją, mieli jakąś szansę.
Tymczasem w Szkocji:

Homophobia In 2018 | Time For Love

Czym jest normalność?

Są rzeczy, które robią różnicę i takie, które nie robią. Schody bez barierki w środku miasta. Kupowanie kolejnych książek o wyciszeniu, gdy nie ma się zamiaru przestać być histerykiem. Kolejny post kolejnego blogera na ten sam modny ostatnio temat problemów z FB, następnie promowanie go na FB.

W związku z tym upiekłam wigilijne krokiety, przeszłam się też po wsi z moim chłopakiem za rękę, więc pani Romana pomachała nam przez okno. A teraz oglądam jak Deckard prawie ześlizguje się z gzymsu czy czegoś tam. Czasem też martwi mnie, że być może dla Kosmitów z innych galaktyk jesteśmy po prostu za głupi.

Czytasz mnie jeszcze?
Dobrej nocy.