Archiwa tagu: spacery

Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam właśnie tylko kilka telefonowych zdjęć, jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Reklamy

Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

Oldbridge House i przyległości.

W grudniu, na zakończenie roku, spacerowaliśmy po okolicy i napisałam wówczas notatkę o polu bitwy nad Boyne. Wczoraj byliśmy tam ponownie, żeby zobaczyć park w letniej odsłonie. Zanim znaleźliśmy się w parku pod Droghedą, najpierw trzeba było załatwić w mieście jedną drobną sprawę papierkową. Potem poszliśmy tempem spacerowym do naszej ulubionej kawiarni na 1 Stockwell Lane. Jest to miejsce dość ciasne, ale z bardzo miłą obsługą i domową atmosferą:

Kraciasty poprzestał na cieście marchewkowym, ja zajadałam się falafelem, oboje zerkaliśmy na pewnią panią, która jest elementem lokalnego kolorytu. Pomimo tego, że było ciepło, pani była ubrana w czarną kurtkę i rękawiczki bez palców. Ma (najprawdopodobniej) na imię (coś naokoło) Anja. Obsługa ją lubi. „Anja” pewnie mieszka gdzieś w okolicy.

Po posiłku przejechaliśmy się bezpośrednio w kierunku Oldbridge, zostawiliśmy samochód pod domem i weszliśmy do ogrodu za murem. A tam …

… zieloności. Pamiętasz te drzewa posadzone w espalierze? W grudniu myślałam, że to jabłonie, ale Kraciasty wypatrzył na nich wczoraj malutkie gruszki-pierdziuszki:

W Upper Garden w miejsce zeschłych badyli zastaliśmy kobierce z kwitnącej lawendy i krokosmię lucifer, której jedną doniczkę akurat rano posadziłam przed naszym domem. Nie byłam pewna, czy w tym klimacie można ją wysadzać do gleby. Spacery uczą 🙂

A to inny fragmenty, zabudowany murem w kształcie ośmiokąta, stąd jego nazwa „The Octagon Garden”. To najstarsza część ogrodów w Oldbridge, w XVIII wieku był opisywany jako owocowy, teraz rosną w nim cisy, a pod jego ścianami stoją cztery antycznopodobne popiersia, w tym ten Śliczny, z pieczołowicie utrefionym włosem:

Ogród przybiera kształ niecki, wczoraj napełniało go gwarem kilka pań z wózkami dzięcięcymi.

Byliśmy zgodni, że trzeba gdzieś przyciąść, i klapnęliśmy na ławie na zewnątrz herbaciarni … pod nami widok był taki:

Przed nami taki, herbaciano-kawowy, baristka była bardzo miła i uważna, ale chlusnęła mi do kawy za dużo przesłodkiego karmelu:

A obok jeszcze inaczej, albowiem w sąsiadującej z naszym stolikiem donicy odnalazł się znany nam już Kot Generał:

Doniczkowy kot wybudzał się co jakiś czas, ale gwar turystów nie robił na nim większego wrażenia. Nie tylko ja go obserwowałam, wydaje się więc, że jest taką samą atrakcją jak repliki historycznych dział, które wzięły udział w bitwie w 1690 roku.

A wracając do bitwy, na początku nie mieliśmy zamiaru wchodzić do budynku, ale jakoś tak po wyjściu z herbaciarni sami z siebie daliśmy się przekonać. Jak pisałam w notce sprzed kilku miesięcy, budynek ten nie „pamięta” potyczki, bo powstał wiele lat po niej. Nie jest też w całości wykorzystany do celów turystycznych – w zasadzie mogliśmy się tylko przejść po parterze, wejść na ogrodzony dziedziniec po lewej stronie od budynku i obejrzeć kilkunastominutowy film na temat bitwy, a wcześniej miltimedialne omówienie taktyki bitewnej. Dwa piętra nadal są dla nas tajemnicą:

Z filmu zapamiętało mi się, że żołnierze Wilhelma mieli wpięte zielone gałązki, a żołnierze Jakuba nosili białe, papierowe kotyliony. Bo jak inaczej rozpoznać wroga … czy wojna nie jest jednym, wielkim nieporozumieniem? Takie marnotrastwo ludzi i zwierząt! Rok później podpisano Traktat w Limerick. W 1701 Wilhelmowi postawiono w środku Dublina pomnik. W 1929 roku pomnik rozebrano. Pole bitwy zarasta wysoka trawa w której swoje ścieżki wydeptują właściciele psów i ich czworonogi. Uważam, że tak jak jest teraz, jest dobrze.

W budynku wystawiono autentyczną armatę, którą prawdodpodobnie wykorzystywano w bitwie, choć urządzenie to jest sto lat starsze i pochodzi z czasów Elżbiety I Tudor. Na dziedzińcu są natomiast kopie różnorodnej broni palnej większego kalibru, którą posługiwano się pod koniec XVII wieku:

Wyszliśmy z dziedzińca jeszcze raz mijając herbaciarnię, więc mogliśmy zauważyć, że Generał z doniczki przeszedł na stół, aby dać się pogłaskać rwącym się do tego turystom.

* * *

Dzień był pod wieloma względami wspaniały. Rozmawiałam telefonicznie z rodzicami i babcią, pierwszy raz obcięłam Kraciastemu włosy maszynką, pospacerowałam jak należy (od tego poszliśmy spać jeszcze przed północą, jak nie my), kupiliśmy Rysiowi nową, aksamitną obrożę przeciwpchelną (i bardzo dobrze, bo od starej właśnie z rana odpadł dzwoneczek). Była też jedna sprawa, która trochę mnie zdumiała i dała odrobinę satysfakcji (chociaż wiem, że to niezbyt ładnie). Gdy opublikowałam na facebooku link do nowego tekstu Wolanda, pewna internetowa znajoma najpierw kontestowała coś, czego nie przeczytała, żeby następnie, w zasadzie nie wiadomo czemu, mnie zablokować. Chcę wierzyć, że blokada wynika z refleksji „robię z siebie idiotkę”, niestety może być to też efekt świętego oburzenia, które rzadko rokuje pomyślnie. Czy zrobiłam rysę na tym monolicie? Być może. Nie wątpię, że życie zrobi większą, bo mowa jest o osobie młodej, choć już intelektualnie zatwardziałej. Porozmawialiśmy tego dnia z Kraciastym o gościach na ślub, o szczęściu i o biednej Izabeli.

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Podróż do Mount Stewart w hrabstwie Down.

XIX-wieczny dom i przylegający do niego park były naszym celem już dwa razy. Jeśli czytasz jakiś czas tego bloga, pewnie wiesz, że za pierwszym razem utknęliśmy na Castle Ward, za drugim razem bliżej, bo w Newcastle. Ale my się nie poddajemy tak łatwo. Dzień wcześniej sprawdziliśmy pogodę, żeby wiedzieć, że może być okropna (gdy w środowy wieczór jechaliśmy do–od przyjaciół na herbatę i wyjadanie rodzynek, za oknami samochodu była Kraina Deszczowców). Od czego są jednak parasol i kaloszki? Ułatwiliśmy sobie też sprawę nie wybierając drogi nadbrzeżnej i zmierzając do celu autostradą M1, żeby nie skusił nas podstępem żaden widoczek, ani żadna przytulna kawiarnia w nadmorskim miasteczku.

Mount Stewart … Posiadłość jest związana z historią rodu Vane-Tempest-Stewart, markizów Londonderry. Zanim pierwszy właściciel z rodu Stewartów kupił ją za pieniądze z handlu lnem, ziemia ta była znana pod nazwą Mount Pleasant. Rozkwit posiadłości nastąpił w I poł. XIX wieku, gdy czwarty z kolei właściciel postanowił ożenić się po raz drugi i jego wybranką została o 22 lata młodsza dziedziczka fortuny, Lady Frances Anne z domu Vane-Tempest (słusznie opłaciło się markizowi Londonderry zmienić w związku z tym nazwisko Stewart na nazwisko żony). Charles William Vane i jego żona Frances Anne rozbudowali skromny dom w stylu georgiańskim na sporą rezydencję (którą nadal nazywali domkiem nad morzem). Poza tym zapisali się w historii tym, że mieli kupę kasy. I byli pradziadkami tego Winstona Churchilla, który zresztą w domu bywał.

Ale do rzeczy … pogoda w czwartek była pochmurna i nie padało, czyli … było bardzo ładnie. Pojechaliśmy trasą przez Belfast, dojechaliśmy do posiadłości minutę przed południem i zanim jeszcze mogliśmy rzucić okiem na główny budynek, po kupieniu biletów postanowiliśmy się posilić wśród poduszkowych wiewiórek i królików:

Oj, jak Kraciasty sobie chwalił chicken & basil broth! Chciałbyś tu być 😀 Pierwszy rzut oka na dom również był jak najbardziej korzystny. Zadbany, przyjaźnie nastawiony do turystów z psami. Zdecydowaliśmy, że zrobimy rundkę szlakiem wiewiórczym, i gdy podeszliśmy ścieżką do stawu, wyszedł nam na przeciw komitet powitalny:

Zawsze mnie rozczulają zwierzęta, które nie boją się ludzi, bo to dobrze świadczy o gromadzącej się w tym miejscu ludzkości. Wspaniały park. Kraciasty doszedł do wniosku, że jest różnica pomiędzy ogrodem w stylu angielskim, a ogrodem angielskim. Byliśmy w tym drugim, pełnym ogromnych paproci, różnorodności drzew z całego świata, przekwitających rododendronów i oszałamiających zapachów innego kwiecia. Doszliśmy ścieżką aż do the walled garden, a tam z kolei nie w pełni jeszcze rozwinięty zakątek różany. Trafiliśmy, widać, pomiędzy rododendronowo-różaną zmianę warty, ale nie możemy narzekać.

Kiedyś, obiecuję to sobie, zrobię fotoreportaż ze znanego mi, byłego pegeeru, bo różne są rodzaje piękna. W Mount Stewart też znalazłam alternatywę – rozpadającą się szklarnię, zapełnioną polnymi kwiatami. Niedaleko „pracowały” współczesne szklarnio-wylęgarnie, które mogłyby się znajdować przy zwykłym farmerskim domu. Park żyje, pomiędzy starodrzewem widać nowe, pieczołowicie chronione sadzonki, a po parkowych ścieżkach jeżdżą pracownicy, którzy cały czas wykonuję prace konserwatorskie … jeden miał na głowie mohawka i zasłaniał sobie twarz chustą jak kowboj 😉

Za wiodącą w górę ścieżką niezwykle wonnych roślin znajduję się dziwna budowla. Tir n’an Og. Teraz już wiem, że celtycka nazwa powinna zachęcić mnie następnym razem do baczniejszego rozglądania się po okolicy. W pobliżu jest niewielki rodzinny cmentarz do którego nie dotarliśmy zwiedzeni gąszczem krzaków.

Wędrowaliśmy naokoło stawu ścieżką, która miała nas zaprowadzić do siedlisk czerwonych wiewiórek. I zaprowadziła, niestety wiewiórek nie było w domu. Widzieliśmy za to wiele gatunków ptaków i nawet nie wiem kiedy Kraciasty podglądał tę rodzinę łabędzi:

Wybraliśmy dobry dzień, po parku chodzili cicho deszczowi ludzie, dość często ze swoimi dobrze wychowanymi psami, i nikt nikomu nie przeszkadzał. Kraciasty lubi to zdjęcie:

A to już widok na front domu, gdy wracaliśmy ze spaceru po parku …

… i ściana rezydencji wychodząca na główne ogrody przydomowe, którym oglądaną przez nas formę nadano w czasach edwardiańskich, czyli w okolicach pierwszej wojny światowej:

Ich inspiratorką była Edith, siódma markiza Londonderry*. Nie mogliśmy wejść na teren ogrodu włoskiego, był odgrodzony napisem „private”, może to znak, że właściciel jest właśnie w domu. Podobnie nie wszystkie wnętrza udostępniano turystom, a chwilę po tym jak obejrzeliśmy paradną jadalnię, pracownicy zaczęli przygotowywać zastawę stołową do posiłku. Ostatnia dziedziczka, Lady Rose Lauritzen, wnuczka Edith**, przez pół roku mieszka w Wenecji, ale drugą część spędza tutaj, w swoim domu rodzinnym. Mount Stewart to raczej więc dom niż muzeum, chociaż „na pokojach” witali nas pracownicy, którzy każdemu z osobna opowiadali w jakim miejscu się znajdujemy. Dywany podwinięte jakby tylko na tę chwilę, żebyśmy ich nie podeptali, skoro już wpadliśmy, a wszędzie ogrom bibelotów, portretów, cennych drobiazgów, które podkreślają bogactwo tego miejsca. Na górze sypialnie i sypialnie, ta na zdjęciu wydała mi się najbardziej klimatyczna:

Po zlustrowaniu domu wróciliśmy z Kraciastym do miejsca, gdzie poprzednio raczyliśmy się zupą. Ciasto marchewkowe było wilgotne i przesmaczne, a tematy rozmów zaangażowane. W czasie zwiedzania kilkakrotnie rozśmieszyło mnie nabożne przywiązanie naszych przewodników do rozwodzenia się na temat ogromnej fortuny dziedziców. Zapamiętałam też boczne trzwi, tuż przy wejściowych, drzwi dla służby, która miała być w czasie pracy jak najmniej widoczna.

Tak jak podoba mi się piękna architektura, mam za nic styl życia na który jego uczestnicy sobie nie zapracowali. Zawsze też zastanawiało mnie przy okazji tak wielkich posiadłości, które wymagały wielkiej liczby ludzi do obsługi, na ile właściciele faktycznie „posiadali” swój dom, ile mieli w niej zupełnie zwyczajnej wolności, którą ja cieszę się każdego dnia. Czy np. potrafiliby we własnej kuchni znaleźć marmoladę, żeby nią posmarować sobie chleb. No właśnie … kiedy obudziłam się z rana od razu usłyszałam w głowie myśl, że nie byliśmy w kuchni 🙂

Po herbacie i kawie poszliśmy w stronę najwyżej położonej części parku, gdzie zbudowano Wieżę Wiatrów, Tower of the Winds. Budynek jest nowożytną wariacją na temat wieży, która do dziś stoi w Atenach i jest uważana za pierwszą znaną w historii stację meteo:

Wieża w Mount Stewart pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i wczoraj, ze szczelnie pozamykanymi oknami, była w głębokim śnie. Widoki na zatokę Strangford nawet w ten pochmurny dzień są piękne, choćby jak tu poniżej, z widoczną w tle sylwetką wieży Scrabo (dodaję to zdjęcie, bo mi ptaszek przeleciał):

Przez cały ten czas nie spadła ani kropla deszczu i wielki parasol, który zwiedzał park razem z nami, okazał się mało praktyczny. Zeszliśmy do parkingu zmarznięci i ruszyliśmy drogą przez Belfast w coraz bardziej gęstniejącym ruchu ulicznym. Kraciasty miał plan przetrwania godziny szczytu – w stolicy Irlandii Północnej zatrzymaliśmy się na jakiś czas pod zjawiskowo zaaranżowanym Stormont, siedzibą lokalnego parlamentu. Piszę „zjawiskowo”, bo budynek posadowiony jest na pagórku i prowadzi do niego długa, wznosząca się aleja obsadzona szpalerami lip. Patrzyłam na te lipy i zastanawiałam się kiedy zaplanowano i zbudowano tak reprezentacyjną budowlę. Dopiero w 1932 roku! Takie zaskoczenie (obstawiałam raczej, że budynek zaadoptowano po zerwaniu związku z Republiką). Zainaugurował jego działanie Edward, książę Walii, późniejszy Edwarda VIII, ten od abdykacji z powodu „mezaliansu” z rozwódką. Oboje z Kraciastym mamy teraz skojarzenia związane z architekturą Trzeciej Rzeszy czy socrealizmem. Estetyka władzy.

Przed budynkiem, w dramatycznej pozie stoi Edward Carson, brytyjski prawnik, który wsławił się m.in. wystąpieniem przeciwko Oscarowi Wilde’owi w procesie o zniesławienie, chociaż oczywiście nie dlatego mu ten pomnik (jeszcze za jego życia) wystawiono.

Pomniki w takim miejscu wystawia się za politykę, a Carson był „niekoronowanym królem irladzkich protestantów” … cokolwiek to znaczy 😀 Widzisz tę alejkę? Wleźliśmy nią w górę, a potem zeszliśmy w dół. Stormont można zwiedzać w środku, ale przyjechaliśmy poza godzinami urzędowania i widać było jak z prywatnych parkingów wylewają się pracujące tutaj sekretarki. Dzięki spacerowi udało się nam przeczekać korki, zrobić zdjęcia srokom i wychłodzić się na tyle, że oboje wieczorem nie czuliśmy się najlepiej. W czasie tej jednodniowej wycieczki do Irlandii Północnej zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć, które przeglądałam w czasie pisania. Powinnam dać więcej kwiatów, ale których? Powinnam pokazać Ci obrazy, ale które? Bibeloty, o bogowie, ilu rupieciom zrobił zdjęcia Kraciasty. I był jeleń … zapomniałam o jeleniu:

Miałam z nim sesję zdjęciową, ale zostawię ją dla siebie. Zdecydowanie polecam Mount Stewart do długich spacerów, jeśli przyjedziesz zwiedzić Belfast lub mieszkasz gdzieś w pobliżu. Z całą pewnością nie warto odkładać takiego spaceru na lepszą pogodę 🙂 Wczoraj oboje trochę pociągaliśmy nosem, ale rozeszło się po kościach, dzisiaj za oknem mieliśmy oberwanie chmury, a i teraz nie jest to pogoda dla kotka, więc Rysiu siedzi z nami w domu. Czytam, że we Wrocławiu są 32 stopnie, nam chyba to na razie nie grozi. Poza tym nie mam zakończenia, ni puenty. Deszcz leje, jest miło, Kraciasty się mnie pyta jak chcę gulasz. Dobrze chcę. Dzisiaj odpoczywamy i gadamy. Relacja z gadania będzie póżniej na Związku. Miłego weekendu 🙂

________________________
* o historii tworzenia ogrodów możesz poczytać w „Mount Stewart Garden history.
** jak wygląda Lady Rose i jak wspomina swoje dzieciństwo, możesz zobaczyć artykule „Belfast Telegraph.

Newcastle i rezerwat Murlough.

Wtorek. 12:45 siedzimy przed laptokami, ja przed swoim, Kraciasty przed swoim. Włos półmokry jeszcze, lakier na paznokciach u stóp nie położony. Może byśmy jutro pojechali do Mount Stewart? Super, ale … jutro zapowiadają brzydką pogodę. Dzisiaj jest ładnie … to może dzisiaj? Będziemy tam o 14:30. 12:50 zakładam gatki, myję zęby, szkła kontaktowe w oko, włos podsuszony … Wsiadając do samochodu przypominam sobie, że mamy okropnie obsrane przez mewy tylne drzwi po lewej stronie. Trudno, się kiedyś umyje, może kupy same znikną 13:03 lecim. Przejeżdżamy jakiś kilometr. Nie, zaraz czekaj, nie mam okularów przeciwsłonecznych. Zawracamy? Zawracamy. Przy okazji wystawiam Ryszardowi przed drzwi miseczkę z wodą. Ryszard macha na pożegnanie. 13.08 lecim trasą widokową.

Tak mniej więcej wyglądały nasze przygotowania do wyprawy do Irlandii Północnej. Postanowione i zrobione w π razy drzwi piętnaście minut. Jechaliśmy trasą przez Warrenpoint i urokliwe Killkeel, które mruga do mnie zazwyczaj po drugiej stronie morza, gdy wracam z pracy. Około 14:50 trzeba było przyjąć do wiadomości, że nie znajdziemy się w Mount Stewart na 14:30 😉 Drugi raz próbujemy dotrzeć za Portaferry i znowu udało się nam utknąć, tym razem nawet bliżej, bo w Newcastle. Wyskoczyliśmy z domu w zasadzie po śniadaniu, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spożycia. Newcastle w hrabstwie Down jest przytulone do wybrzeża i zastawione górami, podobnie jak Carlingford, nie ma jednak uroku tego drugiego, „naszego” miasta.

Newcastle co. Down

Dość długo szliśmy wzdłuż głównej ulicy szukając miejsca w którym świeżo umyte włosy nie przeszłyby mi zapachem tłuszczu ze smażonej ryby. Villa Vinci – wszystko pięknie podane, crème brûlée doskonały, do tego bardzo miły, kontaktowy Słowak kelnerem. Nie odmówię sobie fotki z jedzenia, bo po odnalezieniu tego miejsca poczuliśmy się jak zwycięzcy:

Newcastle co. Down a

Po obiedzie pojechaliśmy na parking przed rezerwatem Murlough i tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Parking był płatny, a parkomaty głupie jak kilo gwoździ, brały tylko funty i nie obsługiwały kart. Trochę podminowana rzuciłam okiem tęsknie przez płot na Slieve Donard:

Murlough b

Wyjechaliśmy z parkingu źli, na szczęście okazało się, że 400 metrów dalej jest bezpłatne miejsce z którego prowadziła inna, równie dobra ścieżka do tej samej plaży … et voilà

   oto Murlough Reserve w odsłonie późnowiosennej:

Murlough a (1)
Murlough a (2)

Słońce pojawiało się i znikało, a Kraciasty pomagał mi jak mógł w nagrywaniu filmików:

Murlough a (3)
Murlough a (4)
Murlough a (5)
Murlough a (6)
Murlough a (7)
Murlough a (8)
Murlough a (9)

Plaża jest inna niż w naszej wsi, jest na niej więcej płaskich, obtoczonych przez pływy kamieni, a góry są tuż tuż. Za nami wydmy porosłe rozczochraną trawą …

Murlough a (10)

Na wydmach mieszkają nie tylko motylki i inne robaczki. Kraciasty zauważył, że gdy staliśmy na plaży z wydmy przyglądała się nam z zainteresowaniem Ruda Istota. Zdążyła prawie zupełnie zniknąć podczas gdy Kraciasty namierzał ją aparatem:

Murlough

Chciałam ją jeszcze podejrzeć za pomocą zoomu, ale najwyraźniej przegapiłam norkę w której chowają się Rude Istoty. Zresztą to byłaby nieuprzejmość z naszej strony narzucać się komuś, kto chce sobie spokojnie pomieszkać. Chwilę później wraz z przypływem pogoda zaczęła się zmieniać i silniejszy wiatr zachęcił nas do zejścia z plaży …

Murlough a (11)

Gdy wracaliśmy do samochodu nad wydmami machała do nas sylwetka zamku Dundrum, który odwiedziliśmy w październiku:

Murlough d

Powrotna droga wiodła nas trasą widokową po zachodniej stronie gór Mourne:

góry mourne (1)

Owce, owce, człowiek wszędzie widzi owce. Ta brązowa tylko na chwilę przestała zgryzać trawę, żeby sprawdzić dlaczego stoję tak blisko … po chwili wróciła do swojego zajęcia. Chrup chrup chrup. Owce naprawdę głośno jedzą.

góry mourne (2)

I tyle relacji z wyprawy, która utknęła. Wróciliśmy do domu po dziewiątej, następnego dnia prognozy się ziściły i cały dzień padało. Maj przeleciał nam błyskawicznie, smuci to i raduje, bo każdy tydzień zbliża nas przecież do kolejnej, jeszcze niezaplanowanej i enigmatycznej, wizyty w Polsce. Nie wiemy co, nie wiemy gdzie, na razie wiem, że zaraz idę do pracy, a Kraciasty jest już w drodze do swojego zajęcia. Wrócę późnym wieczorem i czekając na powrót Prawie Męża postaram się dokończyć książkę Abramowicz o której wkrótce będzie tu coś więcej. Dobrego dnia, napisz mi jak Ci mija ten powyborczy tydzień.