Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni i grzebałam zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Reklamy

Spacer w deszczu po Malahide Gardens.

Malahide Castle (1)

Ależ to wszystko biegnie. Niedziela, jesień, zaraz pełnia księżyca, harvest moon, a jeszcze chcę zdążyć z opisem deszczowego czwartku. Krótko będzie. W czwartek padało od rana do wieczora, ale i tak wykorzystaliśmy nasz dzień wolny, żeby się przejść. Sytuacja mniej więcej wyglądała tak:

Malahide Castle (3)

My dwoje pod wielkim parasolem, chroniącym przed mrokiem duszy. W takim właśnie stanie nieco kraciastym odwiedziłam pierwszy (i nie ostatni) raz Malahide Castle.

Zaskoczyło mnie, że w taką pogodę i przy dość już chłodnym deszczu parking pełen był gości, spore wycieczki czekały również na zwiedzanie domu. Wątpię czy dla młodych ludzi to jakaś rewelacja, generalnie nauczyciele robią plany muzealne, a młodzież najbardziej zapamiętuje z tego plotki z koleżanką i z kim się wówczas dzieliło parasol 🙂

Widoczny na pierwszym zdjęciu dom przez ponad 800 lat należał do rodziny Talbotów. Nazwisko to jest wspomniane już w spisie gruntów Domesday Book Wilhelma Zdobywcy, a ziemie wraz z portem w Malahide zostały rodzinie darowane przez króla Henryka II Plantageneta. Henryk jest mi znany głównie z tego, że dwa razy zagrał go w filmach Peter O’Toole, gość z Connemary. Nie będę się rozwodziła o domu czy ruinach opactwa, ponieważ woleliśmy trochę zmoknąć niż wejść do środka i wbrew pogodzie kupiliśmy tylko bilety ogrodowe.

Najbardziej zachwyciła mnie motylarnia w której spędza swoje życie 20 gatunków egzotycznych motyli. Na stronie internetowej Malahide Castle napisano, że jest to jedyna motylarnia na terenie Irlandii. Nie wiem czy to prawda, Kraciasty twierdzi, że słyszał jeszcze o innych. W każdym razie nie ma takiej obok której przeszłabym niezainteresowana …

Heliconius hecale nazywany tiger longwing, z meksykańskiego i peruwiańskiego lasu deszczowego:

Malahide Castle (4)

Na pierwszym planie Heliconius charithonia, nazywany zebra longwing. W naturze występuje w całej Ameryce Południowej i części Ameryki Północnej. Drugiego koleżki nie mogę rozpoznać:

Malahide Castle (5)

Idea Leuconoe, nazywana papierowym latawcem albo large tree nymph. Pochodzi z południowo-wschodniej Azji, można go spotkać również w części Taiwanu i Australii:

Malahide Castle (6)

Caligo, owl butterfly, z lasów deszczowych Meksyku, Ameryki Środkowej i Południowej. Jego skrzydła są przykładem mimikry batezjańskiej:

Malahide Castle (7)

Motylarnia została otwarta w sierpniu tego roku w szklarni, która wcześniej służyła tropikalnym roślinom Lorda Milo Talbota. Niektóre motyle dopiero pompowały swoje skrzydła, inne właśnie umierały.

A to już inna szklana konstrukcja, jedna z siedmiu i najbardziej imponująca szklarnia na terenie the Walled Garden, zbudowana prawdopodobnie w czasach wiktoriańskich i zainstalowana w ogrodach po jej zakupie w latach 90-tych:

Malahide Castle (8)

Ogrody częściowo zawdzięczają obecny wygląd staraniom wspomnianego już brytyjskiego dyplomaty, Lorda Milo Talbota, i jego zamiłowaniu do fauny półkuli południowej, stąd na ich terenie jest sporo australijskich i chilijskich roślin.

Taki widok towarzyszył nam przez okno w czasie posiłku i popołudniowej kaffki w Avoce:

Malahide Castle (9)

Z Avocą zapoznałam się już, gdy byliśmy w Kerry. Świetna irlandzka firma, ich sklepy podają bardzo dobre jedzenie i kawę, ale przede wszystkim jest to producent wspaniałych wełnianych ubrań. Sieć jest z hrabstwa Wicklow i ma tradycję sięgającą roku 1723. Kiedyś będzie mnie stać na jakiś ich żakiet, I swear to god. 

Po kaffce poszliśmy do części ogrodów nazwanej The West Lawn. To tam, spod cedru libańskiego zrobiłam zdjęcie domu. Cedr, widoczny także poniżej po lewej stronie, ma ponad 350 lat:

Malahide Castle (10)

Pod drzewem znaleźliśmy mnóstwo dziurek wykopanych przez jakieś zapominalskie wiewiórki albo krukowate. Gdy już przyjrzeliśmy się dziurkom i powędrowaliśmy do bardziej zalesionego terenu, żeby tam odkryć pomiędzy drzewami dziko rosnące cyklameny perskie, zrobiło się późno a deszcz przybrał na sile. Wróciliśmy więc przez bramkę, która otwarła się przed nami po podaniu zaklęcia i znów znaleźliśmy się przed domem. Dziedziniec był tym razem zupełnie opustoszały. Ostatni rzut oka na taki widok:

Malahide Castle (2)

Wyobrażam sobie jak tu musi być pięknie, gdy jest ładna pogoda i można przysiąść na jednej z parkowych ławek, żeby pogrzać się w słońcu. Z drugiej strony pewnie mała jest wówczas szansa na taką ciszę i krajobraz bez rozgadanych sznurków wycieczek. Deszcz ma swoją wartość, a my mamy ogromny parasol chroniący przed mrokiem 🙂

Miało być krótko, tak? To kończymy. Równonoc. Witaj jesieni.

Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych chmur deszczowych. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

° ° ° ° ° °

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Ardgillan.

Ardgillan (1)

W oknach pajęczyna, kilka warstw starej farby na framugach okna i nasze nakrycia głowy 🙂 Ładna pogoda zachęciła nas wczoraj do obejrzenia Ardgillan Castle (oficjalna strona TUTAJ) położonego kilka kilometrów od domu. Taki widok rozpościerał się już przy parkingu: nad jeżynowymi krzakami spłowiałe pole i morze irlandzkie …

Ardgillan (2)

Ponieważ byliśmy niedaleko naszej chaty, na horyzoncie poniżej powinno być widać te same góry, które fotografuję na krótszych spacerach, na przykład tutaj. Jeśli się uważnie przyjrzysz, zobaczysz na horyzoncie ich delikatny cień. W rzeczywistości były wczoraj łatwo widoczne … myślę, że dość często właściciele tego XVIII-wiecznego domu mieli z okna niesamowite widoki.

Ardgillan (3)

Główna część Ardgillan Castle powstała w 1738 roku,  skrzydła w których zamieszkiwała służba dodano w XIX wieku. Od powstania do 1962 roku budynek należał cały czas do rodziny Taylorów. Wcześniej lokalne ziemie były w posiadaniu irlandzkiej rodziny O’Casey, następnie Earla of Tyrconnell. Po podboju Irlandii przez Cromwella wiele z tych okolic zmieniało właścicieli z katolików na protestantów, przydarzyło się to i Ardgillan, i pojawili się Taylorowie, potomkowie Thomasa Taylora, współpracownika Petty’ego przy pomiarach znanych w historii jako Down Survey.

Nazwa Ardgillan pochodzi od irlandzkiego Ard Choill , Wysokiego Lasu, bo właśnie taki las znajdował się na tym terenie zanim żołnierze i najemni robotnicy za pensa dziennie, posiłek i mieszkanie wykarczowali go odsłaniając teren pod budowę. Obecnie budynek jest odrestaurowany choć, jak widać na pierwszym zdjęciu, nieprzesadnie wychuchany i parter jest otwarty dla gości. Naokoło kilka ścieżek zaprasza do łatwych spacerów, kwitnie kilka tematycznie podzielonych ogrodów i jest dużo krzaczorów w których kryją się domki dla ogrodowych wróżek.

Na samym początku spaceru sfotografowałam interesujący głaz. Okazało się, że jest to lawa poduszkowa z epoki ordowiku, która tak właśnie zastygła ok. 470 mln lat temu w zetknięciu ze słoną wodą:

Ardgillan (4)

Czytałam, że znaleziono go na wybrzeżu pod zamkiem i początkowo z powodu bliskości innych starożytnych artefaktów, takich jak w Newgrange, sądzono, że i ten kamień wyrzeźbiła ręka z przeszłości. Tymczasem jest to niemy świadek formowania się współczesnej Irlandii, w całości dzieło sił natury*.

W zasadzie przyjechaliśmy do Ardgillan pospacerować po ogrodach. I rzeczywiście były one piękne, chociaż i tutaj widać spustoszenie jakie zasiał brak wystarczającej ilości deszczu. Wiele posadzonych w tym roku i niezbyt ukorzenionych roślin ledwo zipie, a mieszkaniec zamulonej fontanny, jeśli takowy jest, zapobiegliwie chował się przed naszym obiektywem.

Ardgillan (5)

Ogrody są podzielone na kilka części. Oprócz sporych rozmiarów ogrodu różanego, jest ogród za murem, który pierwotnie był po prostu przydomowym ogródkiem zapewniającym stałą dostawę prowiantu dla kuchni. Dzisiaj znajduje się w nim kolekcja wonnych ziół, które przyciągają pszczoły, trzmiele i motyle, najzwyczajniejsze warzywa, starannie zasadzone krzaczki  różnokolorowych porzeczek, agrestu, stare odmiany irlandzkich jabłoni.

Te na zdjęciu poniżej to dzikie jabłonie, malus sylvestris, crann fia-úll, które do dzisiaj można znaleźć na całej wyspie, na pastwiskach lub przygarnięte przez gęste żywopłoty. W przypałacowym (podzamkowym? przydworkowym?) ogrodzie rosną zaopiekowane w efektownych, niskich espalierach.

Ardgillan (6)

Najbardziej rozbroiła mnie chowająca się w cieniu szałwia z tymiankiem i dumnie majtający na wietrze koper za którym chwilę później ukazuje się spacerowiczom widok na morze zza ogrodowego muru.

Dom, na wyrost nazywany zamkiem, nadal żyje. Na parterze ustawia się kolejka do kawy i ciastka, na obrusy czasem rozleje się trochę popołudniowej herbaty, w kątach podłogi i załamaniach krzeseł chowają się okruszki jedzenia. Czasem ktoś przetrze kurze, a czasem nie, co pewnie bardzo cenią sobie lokalne pająki. Ludzie wychodzą z napojami na ogród przed domem i walczą z podmuchami wiatru kradnącymi papierowe serwetki. Dzieci piszczą na widok wróżkowych domków i przechodzą w te i wewte przez niski, frontowy murek. Po kawie z ciastkiem uczyniliśmy podobnie przechodząc okrakiem przy zamkniętej na kłódkę bramce, w końcu nadal jesteśmy przed maturą. Dzieci siedzące na murku spojrzały na nas znacząco …

Ardgillan (7)

Teraz, gdy wieczne wakacje mam przerywane pracą i czasem dowiaduję się że pracuję, jak przed chwilą, z dnia na dzień, jeszcze bardziej cieszą niedalekie wyprawy. Warto wykorzystać każdy promyk słońca, bo już noce zaczęły się robić chłodniejsze, szpaki zaczynają się zbierać na narady i nie wiadomo kiedy będzie następne lato latem. Zresztą mam nowe rybaczki, mam kapelusz, trzeba ponosić … 🙂
_______________________________________________
* taka mądra nie jestem, że sama z siebie to wiedziałam, zajrzałam tutaj:

  1. The Geological Heritage of County Fingal.
  2. Geological periods in irish history.

W piątek.

Dublin 27 lipca (1)

Dublin 27 lipca (2)

Dublin 27 lipca (3)

Piątek był świetnym wstępem do spokojnego weekendu, zaczął się od mojego job interview, potem był długi spacer … w centrum miasta przywitała nas tęczowa flaga – Dublin przygotowywał się do sobotniej parady osób transseksualnych (następnego dnia widzieliśmy sąsiadkę pakującą się do samochodu z tęczową parasolką, może ktoś reprezentował tam naszą ulicę). Na Millenium Bridge jakaś uśmiechnięta pani wyprzedzając nas powiedziała mi, że mam fajne buty. Most Tysiąclecia to kładka dla pieszych na rzece Liffey, an Liffe (to prawdopodobnie tę rzekę miał na myśli Ptolemeusz pisząc w swojej „Geografii” o rzece Οβοκα. Kilka lat temu z innego mostu bezdomny człowiek skoczył do Liffey ratując swojego króliczka o imieniu Barney).

Spacer był głównie w poszukiwaniu glanków dla Świechny, ale po kontemplacji mew i kaczek u Zielonego Stefana zaszliśmy też do Tower Records na Dawson St. To sklep muzyczny, niegdysiejszy amerykański gigant wykończony sieciowym piractwem. W Dublinie ludzie nadal tu przychodzą, przeglądają płyty, zazwyczaj kupują po kilka, chociaż nic się od czasu bankructwa TR nie zmieniło i wszystko można ściągnąć z sieci. Szukaliśmy Davida Bowie z lat 70-tych – od wyjazdu do Kerry robiąc z rana pierwszą herbatę nucę „Space oddity”, „Life on Mars?” albo „Ziggy Stardust”. Mocarne kawałki. Ma znaczenie, co leci w samochodowym odtwarzaczu 🙂  Bowie za dużo nagrał, nie mogliśmy się zdecydować i wyszliśmy z pięciopakiem albumów Billy Joela.

Zwieńczeniem spaceru była kawa na skrzyżowaniu Nassau i Dawson – nie jest to najlepsza Costa na świecie, ale my w niej byliśmy, więc ma szczęście. Czuję się wyróżniona przez życie mogąc tak właśnie spędzać czas. Dyskutowaliśmy o mnóstwie rzeczy, gdzieś bokiem przeszedł nawet Gajcy ze św. kucharzem od Hipciego; jestem pewna, że Gajcy miał jakieś sensowne powiązanie z innym tematem, nawet jeśli teraz wyblakło mi to w pamięci.

To tyle w poobiednio spisywanej relacji. Mam niesamowity odpływ energii. Gdybyś kiedyś zawędrował w te okolice, Czytelniku, daj mi znać.

° ° ° ° ° °

… wczoraj pogoda wróciła do stanu irlandzkiej równowagi po fali bezdeszczowych upałów i ta piosenka idealnie wpasowała się w poranny nastrój za oknem:

Mam gulę w gardle, gdy jej słucham. „Where are we now”. Są dni, gdy taki kawałek się przydaje. Wczoraj nad ranem zmarła Kora Jackowska, dzisiaj Tomasz Stańko. Kraciasty tę ostatnią wiadomość skomentował zwięźle „o kurwa!”. Szczery hołd.

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

° ° ° ° ° °

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scartlett St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house”, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

View this post on Instagram

#krajobrazporanny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

View this post on Instagram

00:03. Happy New Year 🐭💬

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży” Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Spacer po Wrocławiu.

Nie za często zdarza się nam z mamą, że jedziemy bez celu, jemy, pijemy i idziemy przed siebie. To mój ulubiony sposób spędzania czasu w mieście i tak właśnie było wczoraj, po tym jak wyturlałyśmy się z dworca Wroclavia.  Otwarty w tamtym roku nowy dworzec PKS przykrył poprzedni, pokraczny obiekt na którym jeszcze kilka lat temu pewnego wieczoru pochłaniałam z koleżankami z pracy wystygłe frytki. Moja mama pamięta, że za jej czasów był tu Małpi Gaj po którym mili ludzie nie chodzili na przełaj. Jeszcze wcześniej, do roku 1945, stał na tym miejscu największy kościół ewangelicki we Wrocławiu, Salvator Kirche, zbudowany w stylu północnoniemieckiego gotyku tuż po zjednoczeniu Niemiec w XIX wieku.  Jego pozostałości rozebrano po wojnie – taki los spotkał wówczas wiele budowli ukaranych za to, że istnieją szabrownicy. Jak wyglądało wcześniej to miejsce można zobaczyć TUTAJ.

Przegląd miasta zaczęłyśmy od podejścia na ulicę Dawida, tam, gdzie rzędem stoją budynki z 1901-03 roku zaprojektowane przez Plüddemanna i Klimma. Dawna szkoła mojej mamy, spacer sentymentalny, budynek prawie zupełnie pusty, piętra z kilkoma wiadrami z brudną wodą i tylko pani w sekretariacie wdała się z mamą w rozmowę na temat przeszłości.

Wrocław lipiec 2018 1

Ten kompleks budynków ma w sobie coś naprawdę majestatycznego, cieszy mnie bardzo, że są użytkowane zgodnie z przeznaczeniem … miały być szkołami i są szkołami. Ciekawość zawiodła nas niepotrzebnie na tyły i mogłyśmy też niestety obejrzeć wykwity artystyczne lokalnej rasy panów. Trochę śmieszne to i straszne, mam nadzieję, że na zamalowanie pseudoceltyckich bzdur znajdzie się w końcu farba.

Po drodze z Dawida w kierunku Rynku minęłyśmy różne ciekawe miejsca. Na przykład gmach dyrekcji kolei na Joannitów, dawnej Malteserstraße. Także przed wojną było tu kolejowe centrum, siedziba Königliche Eisenbahndirektion Breslau. Budynek powstał w latach 1911-15; nad wejściem jest wizerunek orła pod słońcem z mottem Nec soli credit (Nie ustępuje nawet słońcu) używanym przez Fryderyka Wilhelma I.

Wrocław lipiec 2018 2

Szłyśmy dalej, a ja zamieniłam się na krótko w tropicielkę duchów i poszukiwaczkę starych napisów. Był i kolejny, na bocznym tunelu dworca ogłaszający Durchgang zur Flurstrasse:

Wrocław lipiec 2018 3

To dzieło EURO 2012 – czasami i futbol do czegoś się przydaje. Pamiętam, że wcześniej najwyraźniej widać było słowo „zur”, które nie dało się tak łatwo wytrzeć i unicestwić. Był czas w moim życiu, gdy przechodziłam tym tunelem w kierunku Dawida bardzo często. Okolica pachniała wówczas perfumą uryny a przez kolejne ulice z trudem dało się przejść, tak śmigali drogami zdobywcy honorowych punktów za wyprzedzenie autobusu na światłach. Obecnie kafelki pokrywające ściany tunelu mają ponownie oryginalny kolor, wyraźnie słychać z góry zapowiedzi odjeżdżających pociągów, tunel nie straszy już obcością i służy do tego do czego powinien. Z przyjemnością oglądając wczoraj któryś odcinek serialu „Poirot” odkryłam, że „nasz” dworzec jest podobny do tych angielskich, budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Elegancja, funkcjonalność, szyk art nouveau.

A tu pokrywa studzienki przy dworcu, takie dość zaskakujące coś pod nogami:

Wrocław lipiec 2018 4

Przy okazji zauważyłam, że w zasadzie już nie istnieje Hotel Grand, czyli przedwojenny Hotel du Nord. Właśnie w tej chwili trwa jego rozbiórka mętnie nazywana renowacją, ze starego budynku projektu Paula Rothera zostaną może ściany zewnętrzne. Za to nadal niestety istnieje obrzydliwy Solpol, rzekomo postmodernistyczny, a tak naprawdę chyba postbiegunkowy projekt z lat 90-tych. Nie mam ich zdjęć. Robić zdjęcia ruinie hotelu rozbieranej w świetle prawa jest mi przykro, Solpol fotografować się brzydzę. Na pocieszenie w trakcie spaceru ulicą Kościuszki natknęłyśmy się na napis, który w całości brzmiał  podobno Baruch & Loew Sonnen und Regen Schirm Fabrik:

Wrocław lipiec 2018 5

I jeszcze budynek z mozaiką, na Kościuszki 37, z fasadą wg projektu Paula Rothera:

Wrocław lipiec 2018 6

W artykule z początku tego roku są nowiny, że ten budynek ma być odrestaurowany. Nie wiem czy to oznacza rozebrany i postawiony na nowo, jak w przypadku Hotelu Grand. Mam nadzieję, że nie i że odnowienie nie przyjdzie dla tego budynku za późno.

W fosie miejskiej pływały ryby. Minęłyśmy błyskający złotem, pięknie odnowiony dom handlowy Renoma, czyli dawny modernistyczny Warenhaus Wertheim. Musiały być krzesła i picie płynów w kawiarni Bohema przy Świdnickiej, bo dzień był naprawdę gorący. Wnętrze wybrane przypadkowo, całkiem przyjemne, wypełnione gwarem. Innym miejscem „do wejścia” był antykwariat na Kuźniczej. Akurat tam gdzie stanęłam moim oczom ukazały się judaica, ale musiałam poskromić chęć kupienia jakiejś książki Singera, chociaż łatwo nie było. Antykwariat ma swoją stronę w internecie, książki można przeglądać i zamawiać TUTAJ, co pewnie jeszcze wykorzystam. Kiedy już szłyśmy Nadodrzem w witrynie sklepowej moją uwagę zwróciły figury zwierzątek, szczególnie jedna wydała mi się realistyczna: kotek drzemiący pod okiem czujnego lisa. Przy bliższej inspekcji okazało się, że brzuszek kotka się porusza a jego właściciel jest jak najbardziej realny. Młody pochrapywał sobie wtulony w imitację mchu, w końcu był to już czas najwyższy na popołudniową drzemkę.

Na Nadodrze weszłyśmy z myślą odwiedzenia nowo otwartej Cafe Równik na Jedności Narodowej 47, miejsca zwykłego i nietypowego jednocześnie. Zwykłego, bo tak powinno być, że idziemy sobie i gdy mamy ochotę gdzieś przystanąć to przystajemy, bo nie do końca jest to prawda, że najlepsza kawa jest w domu. Nietypowego, bo w roli kelnerów są zatrudnione osoby z niepełnosprawnością intelektualną.

Wrocław lipiec 2018 7

Kawiarnia została otworzona pod koniec czerwca tego roku przez wrocławskie Stowarzyszenie Twórców i Zwolenników Psychostymulacji, i pracują tu jej podopieczni. Czytam, że to pierwsza tego typu placówka na Dolnym Śląsku. Miejsce wydaje się być trochę na uboczu turystycznego szlaku, ale tak naprawdę jest dość blisko Rynku, wystarczy za uniwersytetem przekroczyć Odrę, dojść do muralu bramy do Nadodrza i przespacerować się w prawo, aż pojawi się rozkopane obecnie wejście na ulicę Jedności. Warto, bo dokładasz się do konkretnego, dobrego projektu, a poza tym gulaszową dają tu pyszną 🙂 Zjadłam gorące i od razu poczułam przypływ siły i przyjemny chłód, gdy włączyła mi się wewnętrzna klimatyzacja. Po odpoczynku zebrałyśmy się do wyjścia …

I tyle, opowieść kończę tutaj, kilka metrów od dworca Nadodrze, dalej idziesz już sam. Kocham to miasto po którym chodzą krasnale i jednorożce, a w sklepowych witrynach śpią zmęczone wypełnianiem swoich obowiązków koty.

Wrocław lipiec 2018 8

Środa na wsi.

Bardzo nie lubię podróżować sama. Pocieszam się tym, że w drugiej walizce mam zapakowane buty Kraciastego. Buty oznaczają, że gdzieś w Karkonoszach pójdziemy przed siebie, na razie nie wiemy kiedy i gdzie, ale jest to bardzo miła perspektywa. Oddziela ją ode mnie myśl o stawieniu się na uczelni i machnięciu paru egzaminów. Marudzę i przypomina mi się doc. Radziwolski, który będąc już na emeryturze, obserwował nas przed egzaminami i każdorazowo oświadczał stanowczo „o jakże wam zazdroszczę!”. Zerkam na jego zdjęcie w sieci, to już będzie 10 lat jak umarł. No i proszę, zamiast pakowania walizek zalała mnie fala nostalgii, a grzebanie w necie zaowocowało wynalezieniem pracy G. Malca „Kiedy Darwin stracił wiarę w Boga?”. Nic, trzeba link zapisać, będzie do czytania na później. Jestem biegła w prokrastynacji, ale właśnie wyznaczyłam sobie moment … opublikuję tę notkę o wpół do dziesiątej a potem do roboty.

Chcę Ci tylko pokazać, gdzie poszliśmy wczoraj z Kraciastym. Na taką ścieżkę nad Morzem Irlandzkim:

Clogherhead 20 czerwca (1)

Tam gdzieś na horyzoncie jest Dublin. I jak zwykle spojrzenie w drugą stronę, na Góry Mourne:

Clogherhead 20 czerwca (2)

Pewnie znowu im padało.

Kwiatuszki najwyraźniej lubią rosnąć na szczytach kamieni, bo nie te jedyne przyłapałam na wystawianiu bladych główek na słońce i wiatr. I właśnie, wiatr był, musieliśmy ubrać goretexy. Ale wystarczyło obejść kawałek cypla w kierunku południowym i wzniesienie chroniło nad przed uporczywymi podmuchami z zachodu.

Clogherhead 20 czerwca (3)

Mały port jest z kilka mil na północ od ujścia rzeki Boyne. Na tym zdjęciu wygląda to nieomal jak Skandynawia. Molo przytula statki i nieźle chroni je przed złą pogodą. Groźny jest tylko zawijający północno-wschodni wiatr, poza nim można tu przeczekać najgorszy sztorm, więc flota rybacka jest w porcie obecna przez cały rok. Pamiętam jak pewnego lutowego wieczora, kiedy zmierzaliśmy w kierunku domu, mały kuter wypływał dzielnie w mrok. Niezmiernie ciężka praca z wewnętrznym „brrrrr”.

Clogherhead 20 czerwca (4)

Mówiłam o wpół do?
Już czas. Mięśnie spięte z nerwów trochę mi puściły, gdy przemierzałam jeszcze raz w myślach tę drogę. Wracam w połowie lipca. Naprawdę, nie lubię podróżować sama.

Connn-e-mar-aaaaa …

Jeden z sześciu parków w Irlandii i trzeci, który odwiedziłam. Pisałam Ci już o Killarney, do parku w Górach Wicklow blogowo wrócę pewnie, gdy wybiorę się tam kolejny raz. A dzisiaj świeżynka z tego tygodnia …

Przejazd z Galway do domu przez Connemarę jest po drodze tylko nam. W Galway spędziłam jedno popołudnie i mogę powiedzieć tyle, że znajomy, który wyjątkowo sarkał na to miejsce, ma nie po kolei w głowie. Pogoda była epicka, więc chcieliśmy na coś wejść … Connemara leży w zasięgu ręki, pojechaliśmy bardziej na północ słuchając płyty Big Cyca. Jedziemy, a tu zupełnie spokojnie na (prawie) prostej drodze otwierają się górki. I mamy takie powitanie:

View this post on Instagram

Cześć, witamy w Connemarze…

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Connemara
Conn-e-mar-a..
Connn-e-mar-aaaaa …

Nasz pierwszy owczy znajomy  lokales szedł sobie tak właśnie pobekując, a my usłyszeliśmy „witamy w Connemarze”, po czym wyminął nas i dalej to swoje „Krystyna, Krystynaaaa, gdzie jesteś?”. Minęliśmy Stefana potem po lewej stronie drogi, gdy już znalazł Krystynę. Owce są tutaj naprawdę mądre, nie tylko znają się na zasadach ruchu drogowego, ale też wybierają asfalt kiedy trzeba. Kiedy trzeba, o tym jeszcze będzie …

Conamara nie jest hrabstwem ani prowincją, lecz regionem w dwóch hrabstwach, Galway i Mayo; jest gaeltacht – bardzo mocno związana z irlandzką kulturą i językiem, bo sporo ludzi mówi tu odłamem irlandzkiego (connacht irish) jako językiem pierwszym. Podobno Oliver Cromwell wysyłał ludzi „do diabła lub do Connemary”. Piękne miejsce w ładny dzień:

Connemara 1

A potem próbowaliśmy przejść do upatrzonego z góry szlaku na przełaj taką niby łączką. I szybciutko wróciliśmy. Buty mam nieprzemakalne, trochę zapadł mi się nosek, ale stąpanie po dziwnym podłożu i zastanawianie się, kiedy zacznie się takie trochę bardziej bagno i będziemy mieli okazję stać się jednym z bog bodiesnah, to nie dla mnie. Mówiąc krótko, pod wpływem delikatnej perswazji natury spuściliśmy z tonu i zamiast przecierać szlaki, na których i tak już owce z pewnością nas wyprzedziły, wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje i podjechaliśmy pod park narodowy przy Letterfrack, Leitir Fraic. Po drodze zrobiłam zdjęcie orzechowego sadu z którego próbowaliśmy wystartować na przełaj:

Connemara 2

Tak, myślę, że sąsiednie wzniesienia patrzą na nas z lekkim politowaniem.

Na terenie parku są trzy ładne szlaki różniące się stopniem trudności. Są też zwierzęta, w tym owce, osiołki, pasikoniki i krówki. Pasikoniki są z rodzaju Connemary pony, Capaillín Chonamara, jedynych autochtonów rodzaju końskiego na wyspie. Jedni mówią, że konie te sprowadzili Wikingowie, inni, że to bezpośredni spadkobiercy nieistniejącej już rasy Irish hobby wyhodowanej w XIII wieku. Krówki jakie tu można zobaczyć to irish moiled, rzadko spotykane czerwone krowy z białym pasem na plecach, ich hodowla rozpoczęła się na wyspie w IV wieku a pod koniec lat 70-tych było ich zaledwie około 30 sztuk; black galloway, zadziorne, czarne krowy, które przyjechały na te tereny w XIX wieku ze Szkocji i czarne krowy z Kerry, podobno jedna ze starszych ras europejskich.

Byliśmy i my, na samym szczycie górki o nazwie Diamond Hill, po irlandzku Binn Ghuaire, lub w zanglicyzowanej wersji Bengooria. Raptem 442 m n.p.m., więc znów  niby tak śmiesznie, bo na co tu wchodzić? Zawsze jest na co, taki to kraj. Dwa razy nie wiedziałam, którą nóżką dać do przodu, bo zrobiło się stromo, nawet trochę bardzo. Wspaniałe w tej górze były widoki na wyższe siostry Twelve Bens, Na Beanna Beola, piękne szczyty o wysokości pomiędzy 526 m do 729 m, z których jeden śmieje się z nas, że chcieliśmy go podejść od strony torfowisk. A to już widok z Diamon Hill na koronkowe wybrzeże zachodniej Irlandii:

Diamond Hill 1

I koleżanki po drugiej stronie, trochę zadzierające nosa, otoczone torfowiskami, wymuskane przez wiatr:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Torfowiska … pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz, także pierwszy raz widziałam tak dużo miejsc, gdzie wydobywa się torf i go suszy. Nawet na terenie parku przechodziliśmy obok zagłębień po odkrywkach. Czytałam, że w regionach, gdzie mało jest drzew torfu używano nawet do budowania domów, ale nie wiem, czy tak było w Connemarze. Dzikość Connemary jest inną dzikością niż ta pomiędzy górami Kerry. Kerry mówi od razu: jestem strome i nieprzyjazne, uważaj, bo coś Ci może spaść na głowę. Connemara jest miła. Dopóki trzymasz się szlaku. Bagna nie od razu wyglądają na bagna, siedliska ludzkie są jednak mocno rozproszone, co jest pierwszą wskazówką, że nie wszędzie gdzie chce się pójść na skróty, faktycznie pójść warto. I tu powracam do mądrości Stefana i jego kolegów, którzy lubią asfalt. Po pierwsze, po co się męczyć, po drugie, po co się topić, życie jest piękne. Z całą pewnością nie byliśmy w regionie najbardziej zabagnionym, bo te są w Irlandii bardziej na północ, ale Alcock i Brown, autorzy pierwszego nieprzerwanego przelotu nad Atlantykiem, skaptowali niedaleko Clifden, An Clochán, właśnie w trzęsawisku.

Schodziliśmy z Diamond Hill około siódmej wieczorem, niewiele było już ludzi, chociaż na płaskiej części szlaku minęło nas parę osób idących w przeciwnym kierunku. Nasza opieszałość została nagrodzona bliskim spotkaniem z kozami mroku. Były trochę zaskoczone nasza obecnością, ale nie odeszły daleko, jadły spokojnie kolację z małymi, widząc, że najwyraźniej też jesteśmy kozami mroku, tylko z innego regionu:

Diuamond Hill 2

Owieczki także towarzyszyły nam w tej wędrówce, mądre, ostrożne, nie łase na bliskie spotkania z turystami. Zeszliśmy ze szlaku przez bog trail i mogliśmy zobaczyć naszą górkę złocącą się w promieniach zachodzącego słońca:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po powrocie na parking w Letterfrack (ciągle śmieję się z nazwy wsi. Let her fuck, o jak ładnie, dziękuję! … Leitir Fraic naprawdę znaczy po irlandzku Nakrapiany Pagórek, ale wymowa rozśmiesza mnie) obraliśmy jeszcze jeden kierunek … miejsce, gdzie wylądowali w 1919 roku Alcock i Brown. To poniżej Clifden, jeszcze bliżej Atlantyku. W pobliżu był taki oto pasikonik:

somewhere near Clifden

Widoki na plażę i migocącą wodę wspaniałe … i meszki, które chciały nas zeżreć bez znieczulenia. Są na pięknych zdjęciach po prostu rzeczy, których nie widać. Mieliśmy świetny timing, byliśmy w okolicy dokładnie o tyle wcześnie, żeby złapać pomnik upamiętniający pierwszy przelot w promieniach znikającego słońca. Ale piękniejszy od pomnika, który przedstawia fragment ogona samolotu, są góry widziane z tego miejsca. Taka ta Irlandia:

Alcock and Brown place

Cieszę się, że dopisała nam pogoda i mogliśmy się tego dnia wybrać na naprawdę dłuuugi spacer. Przygotowuję się do bitew sesyjnych i w przerwach ciepło mi na sercu, że takie mam życie. Przerwy na kawę, muzyka w samochodzie, tak zawsze chciałam i samo się zrobiło. W drodze powrotnej grała nam płyta Janis Joplin … to już lato, tutaj w Irlandii …

Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczył z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za free.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V – VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1

monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

View this post on Instagram

#porkpie #mojeclogherhead

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

***

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂