Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach”, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście”, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić”. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy”.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Reklamy

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Nie-święta i kotko-baranek.

Chciałam przedświąteczne niemycie okien zakończyć ciężkim tematem aborcji, ale uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, gdy spędzę wielkanocne śniadanie inaczej i uznałam to za warte odnotowania.

Dzisiaj idziemy na późny obiad do znajomych, potem pakujemy się i jutro wieczorem lecimy w dół i na prawo. Z powodu braku śniadania z jajkiem na twardo nie odczuwam smutku. Moi rodzice spędzają niedzielne przedpołudnie tak, jak chcą, my również tak, jak chcemy. Potem przylatujemy i będziemy coś robić wspólnie. Zamiast świątecznego baranka mam zdjęcie czarno-białego kotka:

kotek clogherhead

Spotykamy go prawie za każdym razem, gdy idziemy na wiejską plażę. Raz siedzi schowany za doniczkę, innym razem w pełnym słońcu, zawsze blisko jednego z rzędu domków przy ulicy słusznie nazwanej Nadbrzeżną. Jego miejsce sąsiaduje z zapuszczonym pustostanem, więc czasami, tak jak tutaj widać, przechodzi przez murek i chowa się w niekoszonej trawie. Taki mój wielkanocny kotko-baranek, stały element wypatrywania podczas spaceru.

Gdy byłam dzieckiem, drapałam kraszanki wyjęte z wywaru cebulowych łupinek. Drapałam żyletką, pomagał mi w tym dziadek Bronek. Robiłam to całkiem udanie i jeszcze niedawno gdzieś w domu widziałam taką wydrapaną przeze mnie kraszankę, którą rodzicom żal było roztłuc. Zbuk mógł mieć z trzydzieści lat, strach upuścić, H2S to nie przelewki. W piątek mama telefonicznie obwieściła mi triumfalnie, że ma świetny obiad, bo właśnie woda ze śledzia się robi. O wodzie już pisałam.  Dzisiaj dzwoni tata Kraciastego, pyta skąd jestem. Jak to skąd, z domu. Dla mnie Wielkanoc to kraszanki i woda. A bardziej jeszcze ludzie i święty spokój; cieszę się, że nie kojarzę świąt jakichkolwiek ze stękaniem urobionych kobiet i nieproszonymi gośćmi. Teraz widzę, że ludzie oraz święty spokój pozostali stałym elementem moich nie-świąt.
Jest mi z tym tak dobrze, wiesz?

Wierzysz w Księżyc?

Lubomski przydarzył mi się w zeszłym roku, w maju. Jego „Ambiwalencja” była pierwszym prezentem. Zagrała mi dzisiaj ponownie. Chodź, coś Ci opowiem.

Ostatnio często sprawdzam tablice pływów. Wiem już, że przypływ jest dwa razy w ciągu doby i dzieje się tak za sprawą zmiennej grawitacji Słońca i Księżyca. Największe pływy są w zatokach otwartych mórz – np. na Zatoce Fundy koło Nowej Szkocji, szesnaście metrów. Nowa Szkocja to jest takie miejsce do którego pojadę, gdy już tu ogarnę i po tym, jak zobaczę starą Szkocję, która zresztą też ma ładne pływy. Pływy nie są cały czas takie same, więc tablice pokazują nie tylko kiedy pojawi się przypływ, ale z jaką mocą. Jeśli Słońce, Ziemia i Księżyc są w linii prostej, a jest tak w nowiu i przy pełni, pływy są syzygijne, czyli maksymalne. Jeśli te trzy obiekty niebieskie tworzą ze sobą kąt prosty, pływy są kwadraturowe, czyli słabe. Przypływ występuje dwa razy w ciągu doby, pływy maksymalne i minimalne są po dwa razy w miesiącu. Matematycznie piękne, prawda? Ale nie dla matematyki są tablice, ale dla statków, które gromadzą się przed ujściem rzeki Boyne, An Bhóinn. Zdarza się, że podczas odpływu widzę je na horyzoncie, jak  mówią do siebie ściszonymi głosami i z nudów grzebią kotwicami w mule czekając na przypływ, który da im wejść do portu w Droghedzie, Droichead Átha. Rzeka, która zaczyna być moją rzeką, była znana już Ptolemeuszowi – wg irlandzkiej mitologii, została stworzona przez boginię Boann, bó fhionn. Białą Krowę 🙂 . Krowę, widzisz? I to w niej pływał sobie Łosoś Mądrości, bradán feasa, który jedząc żołędzie spadające z drzewa wiedzy, posiadł całą mądrość świata. Kawałek skóry tego łososia przykleił się do kciuka oprawiającego go Fionna mac Cumhaila, legendarnego wojownika, który potem ssąc kciuk przywoływał moc łososia.

wierzysz w księżyc

Urodziłam się dzień przed nowiem. To musiał być wąziutki sierpik. Sprawdziłam, bo w słowiańskiej mitologii urodzeni podczas nowiu mają się podobno cieszyć szczególnym zdrowiem i siłą. Czy wigilia nowiu się liczy? Yhhh … musi mi wystarczyć, że jestem śliczna, inteligentna i mam szczęście w miłości (wybierz sobie, co wężykiem). W biodrze będzie mnie jednak nadal strzykać – trudno, słyszałeś, Kraciasty? Ale to nawet dobrze się składa, w takiej sytuacji martensy mają więcej sensu niż szpilki. Wracając zaś do Księżyca, w mitologii chrześcijańskiej Księżyc występuje pod nogami Maryi, jako tej, która zwycięża nad zmiennością tego świata. Zmiana jest tu złem, inaczej niż w nauce, gdzie zmiana jest po prostu potwierdzeniem życia. Błogosławieni Ci, którzy mogą się pomarszczyć i osiwieć, bo nadal żyją, żeby opowiedzieć swoją historię. Mogą ssać kciuki lub inne części ciała, wyjmować ości z łososia podczas sobotniego obiadu, nosić dwie różne skarpetki, grać w hurling albo patrzeć jak pracowite statki każdego dnia czekają na wpłynięcie do rzeki stworzonej przez Białą Krowę. Tak jak i w czasie majowego tygodnia roku 1847, gdy trzy statki, dwa z ottomańskich Tesalonik i jeden z pruskiego Szczecina po grzebaniu kotwicami w mule wpłynęły w to wąskie gardło. Na ładunek, zboże i nowość – kukurydzę, pewnie już nerwowo czekali kupcy z hrabstw Louth i Meath, w końcu był to czas Wielkiego Głodu, An Gorta Mór.  Nie było wówczas jeszcze wiaduktu kolejowego, Tarbhealach na Bóinne, który, ukończony 8 lat później, dopełnia od tamtej pory wygląd Droghedy od strony morza. Dzięki temu w mojej historii mogę powiedzieć „pojedźmy brzegiem rzeki, żebym mogła sfotografować Słońce, które zachodzi za przęsło wiaduktu na rzece Białej Krowy”.

A tak w ogóle, to miałam Ci opowiedzieć o moim pierwszym św. Patryku na Wyspie. Opowiadam Ci więc, że pogoda w weekend była okropna, skauci szli w ulicznej paradzie bardzo zziębnięci. Dzielne dzieciaki, sine z zimna, niektóre maluchy prawie płakały, buźki miały wygięte w podkówki. Było kilka klubów młodzieżowych i szkół, pamiętam jak dziewczynka wykrzykiwała „Who are we?”, a koledzy jej odpowiadali. Prawdziwy wyczyn w tym wschodnim wietrze; staliśmy wtedy przy dokach, na samym końcu długiego marszu. Pomimo zimna duch święta unosił się w powietrzu, a maszerujący z laską i sroga miną pan nauczyciel pogroził nam, bo też pewnie uciekliśmy z lekcji. W paradzie jechał nasz sąsiad w swoim zabytkowym lincolnie, pomachaliśmy mu, poznał nas i odmachał nam radośnie. Potem byliśmy na kawie i zostawiłam w kawiarni torebkę. Taki był mój pierwszy św. Patryk. Cieszę, że tu jestem.

W zasadzie nie wiem już jaki był zamysł tego wpisu, poza tym, że chciałam przywołać różne obrazy, np. teraz obraz rzeki Białej Krowy zamienił mi się w zakole rzeki Bóbr. Gdy staniesz w ciemności na moście, słychać jak Bóbr szumi w dole prawie groźnie. Z mostu po którym idziesz na ogródki działkowe widać na dnie rzeki kwitnące, rzeczne chwasty. Tam taki Pan wołał „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?”. A wiesz, że była Bitwa nad Bobrem? W 1813. I Battle of the Boyne? W 1690.

Musisz jeszcze wiedzieć, że dla Szczecina, Stettin, tablice pływów nie mają żadnego znaczenia. Na Bałtyku pływy są w zasadzie niewidoczne. W ten sposób nikogo nie interesuje, czy Księżyc jest w linii prostej czy w kącie prostym. Zapewne, gdy ktoś długo mieszka w Nowej Szkocji, musi mu się to wydawać dość oryginalne podejście.

Na „Ambiwalencji” większość tekstów napisał Sławomir Wolski. Od pierwszego odsłuchu lubowałam się w „Już nie płynę”. Od dzisiaj gra mi również ta poniżej,  piękna piosenka, która poza Księżycem, kojarzy mi się z pulsowaniem morza. Nie narzekajmy, że piękne polskie teksty i melodie się skończyły. Płaćmy godnie ludziom za nagrywanie takich płyt, wychodźmy z domu na koncerty.

Na korzeni grubym sznurze,
w rękach ziemi niczym drzewo,
wbrew logice i naturze
uporczywie patrzę w niebo.

Zasypiasz już od tego mojego gadania?
Dobrej nocy.

Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂