Schlagwort-Archive: świętowanie

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r“ w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Werbeanzeigen

Niedziela wyborcza w Dublinie.

Wybory do Parlamentu Europejskiego, Dzień Matki, nasza rocznica pierwszej kawy … z okazji punktu pierwszego powiązanego z trzecim rano wyjechaliśmy do Dublina. Jeszcze w domu zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia. Akurat robiła się na bóstwo, żeby o dziewiątej wybrać się z tatą do lokalu wyborczego na Dolnym Śląsku …

Dublin wyborczy (1)

W Dublinie pierwsze kroki skierowaliśmy na ulicę Ailesbury. Już po głosowaniu minęliśmy pana w koszulce z napisem Konstytucja. Kraciasty zauważył, że i bez napisu nie wyglądamy jak wyborcy PiSu, bo jak sam widzisz powyżej … O polskich wyborach napiszę jeszcze w tym tygodniu, kiedy będziemy znali wszystkie wyniki. A teraz chodźmy …

W centrum Dublina nic, tylko zadzierać głowę pozostaje:

Dublin wyborczy (2)

Po głosowaniu pojechaliśmy na chwilę do sklepu w poszukiwaniu sukienek. Nie wspominałabym o tym, bo sukienki nie znalazłam (Kraciasty kupił sobie letnią, kraciastą marynarkę), ale byliśmy w związku z tym w takim budynku:

Dublin wyborczy (1a)

Miejsce znane jako Stephen’s Green Shopping Centre wygląda przepięknie zabytkowo, tak, że nawet dałam się nabrać 🙂 Jeszcze w latach 80-tych stał na tym miejscu The Dandelion Market w którym swoje pierwsze koncerty dawał zespół U2. W Irlandii nigdy nie wiesz, co jest zabytkiem …

Przeparkowaliśmy samochód na ulicę Hume’a (nie tego, innego) i po szybkim obiedzie w Toltece na Suffolk St. poszliśmy za rączkę do galerii, ale nie takiej. Do galerii z obrazami na Merrion Sq W.

Dublińską Galerię Narodową otwarto w 1864 roku, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co Muzeum Narodowe w Warszawie. Jest to budynek zdecydowanie mniejszy i jakby trochę chaotyczny. Ale ma Caravaggia. Capnęłam przewodniki po budynku od razu w trzech językach, i oto jestem:

Dublin wyborczy (3a)

„Pocałunek Judasza“ (1602) … płótno zaginęło w XVIII wieku, odnaleziono je dopiero w 1993 roku – przez ostatnie 60 lat wisiało zarosłe wielowiekowym brudem na ścianie jadalni w klasztorze dublińskich jezuitów.

W galerii oboje zrobiliśmy mnóstwo zdjęć …

Dublin wyborczy (3)

„The Temptation of Adam“ (1767-70) irlandzkiego neoklasyka, Jamesa Barry’ego. Obraz oczywiście nie przedstawia wyłącznie nóg, chodziło mi o to, że zainteresował mnie w nim Penis Wstydliwie Przesłonięty, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę.

Dublin wyborczy (4)

„Still Life with Dead Birds“ (1645-53), Christiana Luyckxa, flamandzkiego mistrza martwej natury. Natychmiast zauważyłam tego Macieja.

Dublin wyborczy (5a).jpg

Pani siedzącą przed Vermeerem, robiąca szkic ołówkiem. „A lady Writing a Letter with her Maid“ (1670-71), barok holenderski.

Dublin wyborczy (5)

Gender, postrach wielu Krystyn. Te eleganckie buciki należą do Charles Coote’a, pierwszego Earla Bellamont. Pan w różu i satynie pędzla Joshuy Reynoldsa (1773-74). Na górze z kolei nie róże, tylko strusie pióra były.

Dublin wyborczy (7)

Jeden z fragmentów instalacji „Finding power“ – murali Joe Caslina. Tutaj sportretowany jest Stephen Moloney, pisarz, działacz LGBT.

Dublin wyborczy (8)

Pewna miła pani pokazała nam jak dojść do Picassa (jak już wspomniałam, galeria jest dość chaotyczna, a my wyglądaliśmy w niej na takich, którzy zazwyczaj szukają drogi). Gdy doszliśmy już do jedynego Picassa, bardziej spodobał mi się obraz Petera Doiga „Concrete Cabin West Side“ (1993).

Dublin wyborczy (6)

A to jest tyłek, rzymska, przedchrystusowa kopia greckiego tyłka z brązu. Podobno Apollo, podobno w stylu Praksytelesa.

Po zlustrowaniu prawie całego budynku zeszliśmy na dół napić się kawy i herbaty. Trochę, bo byliśmy zmęczeni, trochę na cześć rocznicy pierwszego spotkania w realu  …

Po kaffce poszliśmy na Stephen’s Green. Pogoda była całkiem przyjemna, nie zdziwiło mnie, że park jest o tej porze pełen ludzi porozkładanych na trawnikach, ławkach i przy fontannach. Weszliśmy od północno-wschodniej strony, więc zrobiłam zdjęcie monumentu upamiętniającego Wielki Głód. Możesz się zdziwić, że znowu wspominam o pomniku tego typu, ale tutaj to wielka sprawa, ważny element zbiorowej pamięci. Mój wzrok przyciągnęła para turystów, która postanowiła pod nim odpocząć.

Dublin wyborczy (9)

Spacerowaliśmy, potem trochę posiedzieliśmy przy jednej ze stefanowych fontann. Na stawie codzienny rwetes, śliczna czernica, kaczka o niebieskawym dziobie odważnie żerowała przy brzegu stawu, ale trudno było ją sfotografować. Wiatr zaczął się wzmagać i gdy wyszliśmy z parku próbował mi porwać mój kapelutek. Wpakowaliśmy się do samochodu i ziu do domu. Taki był nasz dzień wyborczo-rocznicowy w pigułce. Jeszcze kilka komentarzy do wyborów i dość wczesny, jak na nas, sen.

Nasza pierwsza kawa jest w mojej głowie dość odległym wydarzeniem, bo sporo zmian zaszło od tamtego momentu. Nawet trochę się dziwię, że to było tak niedawno, ale tak właśnie jest, gdy mózg cały czas uczy się czegoś nowego – stare życie wydaje się być życiem zamierzchłym. W związku z tym przeżywam dziwne powroty wpadając do mojej poprzedniej pracy „To Wy nadal tutaj jesteście?“. Niektóre rzeczy trwają, i w kontekście wyborów politycznych to wcale nie jest stwierdzenie pokrzepiające. Ale o tym potem …

O wodzie, o trawie, o lesie …

wspomnienia 1

I jak tam, pieróg już sklejony?

Gdy zakładałam tego bloga był styczeń, zrobił się grudzień … nie wiem kiedy, śniegu ani widu ani słychu, śpimy przy otwartym oknie z deszczem do wtóru – w pokoju duszno, jak polskie przedwiośnie ta irlandzka zima. Żeby zobaczyć śnieg wchodzę na żubry online (zawsze mnie zastanawia liczba oglądajacych live. 38 mln Polaków, a nas 150-200 … kim jesteśmy? z jakiej niszy intelektualnej przychodzimy? jakieś punkty styczne? wyczuwam świetny materiał do badań socjologicznych) albo do archiwum fotografii. Dawaj więc przebijać się przez zdjęcia zimowe, żeby wyłumaczyć Ci, że ja tam lubię zimę i spędzam święta tak a nie siak z określonego powodu… zdjęcia rodziny, choinek, smażonej kapusty, rąk mamy, psich mord uwalanych śniegiem, babci siedzącej przy stole i wpatrującej się w dal, kocich tyłków wypiętych na kocach, fruwającej dziczyzny, szarych dni okraszonych śniegiem … tych szarych zdjęć jest sporo – to spacery z tatą …

wspomnienia 2

W trakcie pojawiła mi się jednak refleksja, że ja tego wszystkiego wytłumaczyć nie umiem. Nasze doświadczenia są jednostkowe, każdy z nas jest jaki jest, spędza święta jak umi, każdy nosi ze sobą swoje oczekiwania i niepokoje, doświadczenia i marzenia – za dużo tego, by złożyć to w całość w jednym poście. Czym innym jest gdy „coś się w taką w czapkę wystroiła“ powiedziała nam kiedyś mama, a co innego, gdy powiedział to kot. Masz kota, który do Ciebie mówi? Prosz bardzo:

wspomniena 3

Takie rzeczy kształtują nas jako ludzi, nie jakieś tam pierdele o wartościach. Ile masz np. wspomnień ze spacerów z tatą, ile masz zdjęć butów, gdy idziecie razem … albo nieistotnych widoczków, rozmazanych, które normalnie powinno się wykasować, bo przedstawiają nic? Ile masz taki obrazów w swoich zwojach? Teraz sobie przypominam siebie na sankach w jakimś przeogromniastym futrze, dziadek ciągnie sanki, ma na głowie beret i śmieje się do aparatu. Zamykam oczy i widzę, że błyska do mnie złotym zębem. I dźwięk płóz, gdy trafiały pod płytkim śniegiem na kamień. Pamiętam płynny klej, który wychodził poza ramki i brudził papier wycinankowy z którego robiłam łańcuch na choinkę. O jak mnie to wkurzało! Cała ja. Jeśli Ty masz inne obrazy, jakiekolwiek by one nie były, to właśnie one składają się po ziarenku na Ciebie.

wspomniena 4

Nasze prezenty, nasze plamy na obrusie, zapach domu, wszystko to przyczynia się do tego, że dzisiaj ja potrzebuję święta spędzać tak, a Ty być może inaczej, albo wcale. I nie ma co do tego dorabiać ideologii – z lubieniem świąt jest jak z lubieniem ludzi … są tacy, którzy nie lubią i tu też nie ma czego tłumaczyć.  Rób albo nie rób, strzeż się jedynie najgorszego rodzaju istnienia: robienia tego, co nam się zdaje, że oczekują od nas inni. Nikt nie zwróci nam czasu spędzonego na takim gównie.

Do archiwum zdjęć zimowych właśnie dodaję kolejne, sprzed północy. To jest Kraciasty. Kraciasty jest niewierzący i robi bigos na nasze pierwsze wspólne boże narodzenie w tym domu:

22 grudnia 2018

Akurat w odtwarzaczu leciał Nohavica … spatřil jsem kometu, chtěl jsem jí zazpívat / o vodě, o trávě, o lese / o smrti se kterou smířit nejde se … zobaczyłem kometę, chciałem jej zaśpiewać / o wodzie, o trawie, o lesie / o śmierci z którą trudno się pogodzić … 

No i się porobiło melancholijnie … ten obraz  i dźwięk już zostanie, dorzuca we mnie dobre ziarenko. Jeszcze deliberujemy nad rodzajem ryby na wigilię, choinki nie będzie, może jakieś światełka … gdzieś … takie, które można świecić cały rok (jestem zwolenniczką całorocznych światełek bożonarodzeniowych!). W pracy nucę pod nosem, gdy lecą te dwa kawałki, może chcesz posłuchać ze mną:

The Pogues – Fairytale of New York

The Darkness – Christmas Time

Wiem, że u Ciebie może być różnie. Trudno udawać radość, gdy jej brak, może Twoje ziarenka są gorzkie, wkurwiające i jest ich za dużo. To całkiem możliwe i umiem to sobie wyobrazić. Przechodząc do życzeń … kilka lat temu dostałam na facebooku życzenia następujące:

Kochani, a że jak co roku słyszę oburzenie, że ja nieKatoliczka śmiem obchodzić święta, więc jako i w tamtym roku…
Z okazji owego pogańskiego święta przesilenia/urodzin Mitry (i wielu innych bogów), który to czas przywódcy chrześcijańskiego kościoła przejęli jako datę urodzin domniemanego założyciela ich kościoła, który – o ile istniał – powstydziłby się dziś tego co powstało (i jak powstawało) na jego naukach…
ale o czym to ja…aaaa 🙂

Z całego serca życzę udanej kolacji przy
12 potrawach – rodem ze wschodnich pogańskich religii- symbolizujących 12 miesięcy,
z siankiem pod obrusem – zapowiadającym udane zbiory,
z daniami (groch z kapustą, faworki, bliny, matwiełki, kutia) będącymi – w przeszłości- pokarmami jedzonymi właśnie na grobach bliskich (Kościół walczył z owymi praktykami i stąd wzięła się wielkanocna święconka, która zastąpiła ofiarne kosze z jedzeniem),
z wolnym miejscem przy wigilijnej wieczerzy nie dla niespodziewanego gościa, a dla duszy z obrzędów wschodnich (które to dusze mogły sie kryć pod stołem, stad zwyczaj pukania w niemalowane),
przy jemiole – tradycji z antycznego Rzymu,
przy choince – świętym drzewku druidów, które to kościół – zniszczywszy pogańskie religie – przejął, twierdząc, że to symbol tego niby Twórcy chrześcijańskiego kościoła, niby urodzonego w czasie przesilenia, z niby dziewicy. 🙂

I zdrowia na następny rok życzę, coby lekarze nie musieli ingerować w boży plan ratując człowieka.
Buźki

Sporo treści tu się mieści i mój ulubiony walor edukacyjny jest. Od siebie dodam dwie rzeczy. Każdy czas jest odpowiedni na dobre życzenia i posiłek z ukochanymi, więc dzisiaj czy 24-go nie jest gorsze od innych dni. Po drugie, życzę Ci tego samego, co Ty mnie – jeśli to są dla Ciebie radosne święta, mniejsza o ich nominację, cieszę się razem z Tobą, jeśli jest Ci ciężko, trzymaj się tam, nie rezygnuj.
Wesołych świąt.

_______________________________________________
Pierwsze 4 zdjęcia zrobione 28.XII.2009, 1.I.2014, 16.I.2015.

Jedno zdjęcie. Weihnachtsmarkt.

jarmark bożonarodzeniowy wrocław

Wrocławski Rynek, 20 grudnia 2014.

Moje pierwsze pieczone kasztany jadłam właśnie w tym miejscu. Zresztą początkowo to kasztany miały się pojawić jako wspomnienie jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu. Niewyraźne „kasztany w półmroku“, otoczone wspomnieniem ciepła, chociaż zdjęcie było uwiecznieniem momentu pracowniczego AD 2012 – miałam wówczas pod nadzorem kilka latorośli, które wczesnym wieczorem biegały od straganu do straganu jak kot z pęcherzem. Śniegu było brak, ale chłód dawał się we znaki. I wtedy uśmiechnęła się do mnie skromna pani ze straganu kultowego baru Vega, która zastrzegła sobie, żeby jej zdjęć nie publikować, więc nigdy nie opublikowałam. Naokoło niej wszystko parowało dobrocią, rozgrzałam się jej najlepszą na świecie zupą dyniową podawaną exclusive w plastikowej miseczce. Naokoło mrugały światełka, dymiły stragany z jedzeniem i napitkiem, rękodzieło mieszało się z plastikową tandetą. Tak jest co roku, tak było i cztery lata temu, gdy namówiłam na jarmark moich rodziców. Wiał porywisty wiatr, śniegu ponownie brak, rozkładano już scenę na koncert noworoczny … niestety straganiku z zupą dyniową nie znalazłam, były za to drogowskazy w rodzaju „czy próbowałeś już starej kurwicy?“, ten sam kowal, co zawsze rozłożony ze swoim biznesem kowalskim, grillowane oscypki, których spróbowaliśmy z tatą i inne pierogowo-kiełbaskowe konsumpcje uskutecznione przez naszą trójkę w metafizycznym skupieniu podszytym słuszną radością. Ciągnie się wtedy nosem z zadowoleniem, puszcza ustami kłęby pary … ktoś by mógł powiedzieć dusza, ale w takim razie ma go i kubek grzańca, który tłumaczy sens rękawiczek bez palców … policzki nam czerwieniały i oczy wilgły.  Chłód jest obowiązkowym uczestnikiem jarmarcznego wydarzenia, bez niego skupiska ludzkie wokół straganów z jedzeniem byłyby pozbawione elementu pierwotności … jeszcze jeden hipermarket, tyle, że pod chmurką. Pomiędzy straganami na szczudłach przeszli kolędnicy, były i diabły, była kostucha z którą zmierzyłam się wzrokiem. Nasz dzielny, mały samochód czekał pod archiwum państwowym, zajrzeliśmy na moment na Stare Jatki, tam gdzie stoi jeden z niewielu pomników, które się należały, pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych … zazwyczaj tak robimy, gdy jest nam po drodze: zaglądamy za winkiel, żeby dotknąć świńskiego ucha lub koziego rogu. Miasto wracając do tradycji jarmarcznych dostarczyło mi przeżyć obecności tu i teraz, które teraz mogę przywołać. Nie ma nic lepszego niż być razem, jeść, pić, rozglądać się, uczestniczyć w życiu …

Gdy to piszę przyszedł do nas list z Polski z opłatkiem, życzeniami i skromną książką Szczepaniaka o Wleniu. Autora już kiedyś na blogu cytowałam, a niespodziewany prezent oznacza pewnie, że do tematów poruszanych przez niego powrócę. Jarmark wrocławski zaczęty, więc jeśli przechodziłeś obok, napisz mi jak tam się wszyscy mają. A może byłeś w równie przyjemnym miejscu gdzieś bliżej Twojego u siebie? U mnie w środku nastrój świąteczny w pełni, aż czuję potrzebę pogadania z Kraciastym i wyjaśnienia społeczeństwu czy/jak ateiści świętują. Będzie dyjalog. A Ty, co myślisz? Powinnam być miła, gdy złożysz mi życzenia? 😀

Czasem tęsknię. Ale tak to już jest … gdy ma się dobre życie tęskni się za określonymi rzeczami, nie za wydumanymi sprawami, które nigdy się nie zdarzyły. I to jest zasadnicza różnica, to jest właśnie szczęście.

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach“, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście“, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić“. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy“.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść“. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5

Howth 6

Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons“. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory“ wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?“. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.