Październikowa galeria Highlanes.

Highlanes Gallery Drogheda 1

To miejsce możesz już znać, byłam tutaj i nawet pokazywałam zajawki sierpniowej wystawy. W deszczowym poście przeczytasz trochę informacji o galerii Highlanes, niedużym miejscu przytulonym do gwarnej jadłodajni, wymoszczonym w byłym kościele franciszkańskim. Kontakt z kulturą jest tu za darmoszkę, w drzwiach powita Ciebie jakaś dyżurująca osoba, która zaproponuje informacyjne wydawnictwa albo plakaty. Nie wiem czy to taki zwyczaj, ale po raz drugi widzę, że na balkonie jest coś lekkostrawnego, natomiast główna sala, ta z ołtarzem, wystawia współczesnych, irlandzkich twórców – patrzeć tutaj trzeba chcieć i lubić 🙂

highlanes texaco competition

I tak obejrzałam wczoraj dwie wystawy. Najpierw podsumowanie konkursu 64th Texaco Children’s Art. Prace był nagrodzone w sześciu kategoriach wiekowych oraz dodatkowo w kategorii dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – wszystkie tegoroczne wyróżnienia możesz obejrzeć pod linkiem. Uwierzysz, że środkowy, bardzo szczegółowy rysunek dziewczynki robiącej bańki mydlane narysowała 12-latka z Dublina? Podziw miesza się u mnie z odrobinką smolistego dziegciu. Gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce odgruzowywałam biurko, znalazłam na jego dnie trzy szkice. Szczególnie zaskoczył mnie mój autoportret, lustrzane odbicie machnięte z natury, przysiadłam do niego ot tak, bez minimum choćby ćwiczenia, a jednak proporcje są niezłe, kreska zaskakuje poradnością. I tu część, która mi zalega – nigdy nie byłam dość wytrwała, żeby wznieść się ponad swój twórczy perfekcjonizm przemieszany z lenistwem. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym się była uczyła, byłabym wybitną pianistką 😀 jak to mawiała o sobie Lady Katarzyna de Bourgh w pewnej klasycznej powieści. Gdybym ćwiczyła, rysowałabym teraz jak ta 12-latka. I to byłoby coś. Kto wie … może jeszcze będę. Chcę, choć drżę na myśl o tych wszystkich ohydnych, nijakich dziełach, które mogę po drodze popełnić.

collage highlanes texaco competition

Portrety, autoportrety, pejzaże, zwierzątka – twórczość najlepszych musiała być naprawdę czasochłonna, niektóre obrazy zdradzają talenty impresjonistyczne autorów, ich naturalnie harmonijne postrzeganie kolorów. Konkurs Texaco ma już niezłą historię – po raz pierwszy, pod inną nazwą, odbył się w 1955 roku w trudnej do wyobrażenia Irlandii, rządzonej przez księży, słabo skomunikowanej, poza stolicą straszliwie prostej i biednej. Czytam, że obecnie do konkursu jest zgłaszanych nawet 40 tys. prac każdego roku, można więc powiedzieć, że pełni rolę kulturotwórczą. I przypuszczam, że kierunkuje przyszłość niektórych uczestników.

Wystawa w listopadzie przenosi się do Cork. Może jeszcze zdążymy z Kraciastym wpaść tam razem, ot tak sobie, przy jakiejś okazji 🙂

Tymczasem na dole, na prawo od ołtarza, w czerwonej wnęce w której ostatnio widziałam niepokojące maziaje Rity Duffy, na trzech ścianach są przyczepione identycznej wielkości kartki z samoopisami. Trzy rozdziały  życia: „not sorry”, „master of my universe” i „trying to behave”.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (1)

To tutaj spędziłam większość czasu, czytając jak ludzie w różnym wieku, zapewnieni, że ich wypowiedzi będą anonimowe, dokańczali zdanie zaczynające się od „I am” – Jestem … Samoopisy bazują na Teście Dwudziestu Stwierdzeń Manfreda Kuhna, są efektem zainteresowania autorki psychologią.

Just a bit extraordinary … taki tytuł nosi wystawa Theresy Nanigian – oprócz słów także zdjęcia, portrety osób w różnym wieku, patrzące w obiektyw, tańczące. To jest w zasadzie kompilacja trzech innych wystaw, których tytuły już wspomniałam.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (2)

Zazwyczaj, gdy wchodzę na bloga lub inny profil, czytam samoopis, który oczywiście w mniejszym lub większym stopniu jest autokreacją. Wiem, że nie dowiaduję się z niego jaki jest człowiek, raczej zyskuję wiedzę jak chciałby być przez innych widziany. Niektóre opisy blogerskie brzmią jak nęcące teksty z biur matrymonialnych. No i dobrze, każdy pisze jak umi …

Highlanes Gallery Drogheda 2 (3)

… czytając samoopisy z instalacji Nanigian ani razu nie poczułam niechęci do autora wypowiedzi, bez względu na to ile w nim było niepodobieństwa do mnie samej. Szczerość, prezentacja za którą nie ma żadnej nagrody budzi natychmiastowe współodczuwanie w stosunku do drugiego. A przynajmniej tak poczułam. Wyszłam stamtąd w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nasze światy czasami się dotykają i jesteśmy wszyscy jak tańczące na wietrze, mydlane bańki.

Autorka jest postacią zdecydowanie nietuzinkową. Menagerka z Bostonu, która na pewnym etapie życia postanowiła wziąć sobie do serca swoje własne rady i zdecydowała, że jeśli teraz nie zacznie być artystką, o czym zawsze marzyła, to kiedy? 🙂 Z ogromnego zdjęcia patrzyła na mnie kobieta z czerwonymi ustami, wyprostowana jak stara arystokracja, osoba, której niestaranną kreskę wokół oka uznałam za coś zupełnie na miejscu, działanie zamierzone. Takim widokiem galeria mnie pożegnała, jeszcze tylko mała ankieta, czy mi się podobało i skąd jestem. Podobało mi się, jestem stąd 🙂

Tak że ten … przedpołudniowy wtorek uaktywnił mi tęsknoty za byciem twórczą i błyskotliwą. A miałam na sobie akurat mundurek pracowniczy, niezupełnie doprany. Tzn. góra obleci, ale spodnie trzeba już dać do pralni chemicznej. I piszę to wyprzedzając komentarze, że w galerii byłam, bo mam czas i szczęście. Galerianka taka. Czas faktycznie miałam, bo do zmiany popołudniowej były dwie godziny. To sobie poszłam w nie za czystych spodniach.

Piszę to wszystko spod kordełki, bo ostatnio w mieszkaniu bardzo marzną mi stopy, paluszki mam jak sople lodu. I tak zastanawiam się ilu czytających tutaj też chciało/chce być twórcami.

Co tworzysz?
Jakie talenty zakopałeś i teraz robisz dziurki pod drzewami w ich poszukiwaniu?
Kim jest według Ciebie artysta?
Kto jest artystą, a kto nie jest, może jakieś przykłady?

Reklamy

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.