Archiwa tagu: vlog

Jesień w Kells.

Hill of Lloyd.

Słońce piękne, chłód arktyczny. We wtorek odebrałam nowe okulary i lepiej wszystko widzę. Widzę też lepiej z innych powodów, uzupełniłam cv i rozsyłam gdziekolwiek – byłoby miło jeszcze przed końcem roku zrobić jakąś zmianę 🙂. W ostatnią sobotę po raz trzeci byłam w dodatkowej pracy, tym razem związanej z moim poprzednim zawodem. Taka sobotnia odmiana, nie wiążę z nią wielkich nadziei nasłuchując kiedy polskie piekiełko wybije, ale w długą podróż na północ jedziemy razem z Kraciastym, który pracuje w tym samym miejscu jako wolontariusz. Dla mnie to wartość dodana 😊, z nim dobrze jest jechać gdziekolwiek. W tym tygodniu mężu jest przez kilka dni w Polsce, więc zgodnie poinformowaliśmy, że nas nie ma, bo zamknięte, gdyż nieczynne. Świadoma zbliżającego się rozstania zamówiłam u Kraciastego spacer „gdzieś”, a kochany po głębokiej analizie sytuacji stwierdził, że pojedziemy do Kells. I pojechaliśmy 🙂 Opowiem Ci więc o Kells, Ceananns, dlaczego tam i wogle.

The Book of Kells – uczyłam się o tej książce na jednej z filologii. Ewangeliarz świętego Kolumby jest jednym z piękniejszych manuskryptów zachowanych do naszych czasów, a przez wieki przechowywany był właśnie w opactwie Kells, w hrabstwie Meath. Obecnie księga jest w Trinity College w Dublinie (jeszcze się z nią zobaczę). Załóżmy, że historyczność miasteczka to główny powód podróży, poza tym Meath jest za rogiem, poza tym świeciło słońce.

Zatrzymaliśmy się na chwilę przy moście Headford nad rzeką Blackwater. Czarna Woda opływająca Kells nie ma nic wspólnego z Blackwater płynącą przez Mallow, zresztą naliczyłam w Irlandii z osiem czarnych wód. Zanim przekroczyliśmy most, zauważyliśmy przed nim wjazd do interesującej posiadłości o której można poczytać tutaj. Kells Blackwater zasila w Navan nurt Boyne, naszej ulubionej rzeki …

Po krótkim postoju (zimno zimno) wjechaliśmy do miasteczka, zaparkowaliśmy samochód przed nowym kościołem św. Kolumby (St Colmcille’s Church, jakiś miły pan dał nam swój bilet parkingowy, bo została na nim jeszcze godzina i nie była mu potrzebna) i wyruszyliśmy główną drogą na spotkanie opactwu.

Jak widać, opactwo było kiedyś położone poza osadą, dzisiaj jego pozostałości są szczelnie opakowane z wszystkich stron domkami 6-tysięcznego miasteczka. Nie sprawiło nam wielkiego trudu zlokalizowanie charakterystycznej wieży obronnej, która obecnie przylepiona jest do muru chroniącego tereny kościelne od hałaśliwej ulicy, ale znajdująca się obok niej brama była zamknięta na głucho. Przez chwilę nawet pomyślałam sobie, że może miejsce jest niedostępne dla zwiedzających, ale podjęliśmy dzieło obejścia go zegarowo najbliższymi ulicami i to się nam opłaciło. Na tyłach, poza granicami opactwa, znaleźliśmy bowiem stareni budynek (na mapie powyżej widać go jako osobną budowlę położoną na prawo od opactwa, otoczoną murkiem, vallum) nazywany domem św. Kolumby.

Budynek jest prawdopodobnie najstarszą konstrukcją w mieście, podobno zawiera trzy pomieszczenia, a w jednym z nich był kiedyś kamień o nazwie Łóżko Kolumby, który dzisiaj można znaleźć w Downpatrick (zastanawiam się czy chodzi tu o kamień na legenadarnym grobie trójcy cudotwórców, byliśmy tam już z Kraciastym i tutaj możesz go zobaczyć). Wg legendy to w tym miejscu dokończono pisanie Księgi z Kells.

Obchodząc mury opactwa nagle znaleźliśmy przyjazne wejście, nawet bardzo przyjazne, bo okazało się, że jeszcze przed cmentarzem jest dom z frontowym ogródkiem w ciepłym, wioskowym stylu i… przedszkole Montessori 🙂

Opactwo w Kells, ufundowane było najpierw w VI wieku przez św. Kolumbę, a w IX wieku stało się swego rodzaju siedzibą opactwa na uchodźctwie. Sprawa bowiem ma się tak, że mnisi z klasztoru św. Kolumby na wyspie Iona od VI wieku zarządzali na zachodnim wybrzeżu Szkocji centrum ewangelizacji Piktów i Szkotów. Było tak aż do epoki wikingów, która zaczęła się głośno – złupieniem klasztoru na Lindisfarne w 793 roku. Zaledwie kilka lat później wikingowie opłynęli Szkocję ze wschodu na zachód i dotarli do Iony, w tym czasie mnisi zaczęli uciekać z zachodniego wybrzeża i zabierając ze soba pewną kolorową książkę osiedlili się w Kells. Historia ta ma więc wiele wersji, w jednej z nich Księga z Kells powstaje na Ionie, w innej w Kells, w jeszcze innej, zaczęto ją pisać na Ionie i dokończono w Kells.

Najstarszy znany pochówek na tym cmentarzu jest z roku 1577. Na zdjęciu powyżej widać okrągłą wieżę z X wieku i jeden z kilku średniowiecznych krzyży, Krzyż Południowy (wg inskrypcji na podstawie jest to krzyż Patryka i Kolumby). Irlandzka wieża z Kells nie ma nakrycia, ale i bez tego mierzy 26 metrów. W 1076 roku zamordowano w niej Murchadha, władcę średniowiecznego królestwa Mide, które na wschodnim wybrzeżu rozciągało się od malutkiego dziś Linns (Annagassan) aż po Dublin.

Krzyż Zachodni, the Broken Cross, pomimo uszkodzenia jest znacznie wyższy od poprzedniego, wznosi się na 3,5 m, na jego wschodniej części ornamentyka przedstawia historie biblijne, m.in. kuszenie w raju:

Nie zobaczyłam wszystkich średniowiecznych krzyży, niektóre są obecnie poza granicami cmentarza. Te, które zauważyłam, dominują nad grobami chowającymi się w cieniu wszechobecnych, trujących, starych cisów.

Sama postać św. Kolumby, opata z Hy (Iony), znanego również pod irlandzkim imieniem Columcille, jest intrygująco dwoista. Pochodził z królewskiego rodu, zakładał klasztory, ale też wdawał się w intelektualne awantury. W tajemnicy skopiował około roku 560 psałterz przywieziony z Rzymu przez św. Finiana z Moville (wg legendy wystarczyła mu na to jedna noc), a gdy sprawa się wydała, kłótnia o prawa autorskie miała zakończyć się bitwą pod Cúl Dreimhne, w której zginęło wielu ludzi, by Kolumba mógł odzyskać swoją książkę, która była kopią cudzego pomysłu.

Poza okrągłą wieżą w granicach wytyczonych przez vallum są jeszcze dwa duże budynki. Nowszy powstał pod koniec XVIII wieku, obok niego zieje nieoszklonymi oknami stara wieża poprzedniego, średniowiecznego kościoła, którą gdzieś w okresie budowy nowego kościoła ukoronowano iglicą.

Słyszysz jak wiało? 🙂

Wychodząc z cmentarza trochę pokręciliśmy drogę i zamiast iść od razu do samochodu wpadliśmy na popiersie Maureen O’Hary. Samochodzik jednak w końcu się odnalazł i pojechaliśmy nim w jeszcze jedno miejsce w okolicy, na Wzgórze Lloyda, niewielkie wzniesienie znane dawniej pod nazwą Mullach Aiti. Wg legend stacjonowała tu ze swoim wojskiem królowa Medb (czyż ona nie była wszędzie?), a w 1315 Edward Bruce założył obóz po zwycięstwie w Bitwie pod Kells.

Mówi się o tej budowli, że to jedyna w Irlandii latarnia morska bez morza 🙂 Spire of Lloyd, wybudowano ją w 1791 roku wg projektu Henry’ego A. Bakera. Od czasu do czasu można zobaczyć ją od środka, napis na drzwiach informował, że ostatnia taka okazja była w październiku. Zamknięta na głucho, a wewnątrz coś cały czas stukało i pukało jakby budynek był pilnowany przez niewidzialnych mieszkańców, którzy łypali na mnie przez dziurkę od klucza, gdy dotykałam drzwi. Z jej schodów omiatanych mroźnym wiatrem widok zaś taki:

Za płotem czarnolice barany, a w dole wieże kościołów w Kells. Zaciekawiło mnie „pastwisko” wydzielone obok wieży. Jest tam postawiony krzyż, są dwa kamienie z inskrypcjami, jeden przy wejściu, drugi na „pastwisku” i jeszcze ścieżki wydeptane na kształt celtyckiego krzyża. To miejsce pochówku ofiar głodu, cmentarz biedaków, który nie pamięta ani jednego imienia …

Wystarczy, wracamy do domu. Tak się akurat złożyło, że główna droga była remontowana i musieliśmy jechać objazdem, a ponieważ nie szło nam tak szybko jak zakładaliśmy, wybraliśmy Ardee jako przystanek na lunch. Nosh to bardzo ładne, smaczne miejsce. Oboje zamówiliśmy ostrą chicken tikkę z makaronem, a ja jeszcze na deser jabłka z jagodami pod kruszonką (apple & berries crumble) … ciepły deser z lodami okazał się przepyszny …

Coraz szybciej zapada zmrok, nie mogę się już doczekać przesilenia. Powrót do domu był z przystankiem na Queensborough, żeby popatrzeć na wielki księżyc nad Boyne (tego dnia akurat był szczyt pełni) i światełka naprowadzające statki, które wpływają do portu w Droghedzie …

Dzisiaj nadal wieje, a krajobraz jest przykryty szarością przez cały dzień. Kraciasty stojąc już w kuchni w pełnym rynsztunku, z uszanką na głowie, przykazał mi, żebym wyszukała miejsca kultu maryjnego w Irlandii, bo pamiętamy o obietnicy, chłopaki, żeby Wam przysłać jakieś tematyczne kartki pocztowe. Tylko najpierw musimy się dowiedzieć gdzie są i się tam pojawić. I jeszcze żebym na stronie Empiku poszukała może jakiegoś ciekawego wydania Biblii, bo Miły wyjeżdża z małą torbą, a wraca z większym bagażem, choć nic się u nas, poza nami i kotem, nie mieści. Lampa, którą dostaliśmy od sąsiadki w prezencie ślubnym nadal nierozpakowana. Myślę o niej jak o dobrej wróżbie na większy dom do którego będzie pasowała. Może rozpakuję ją jutro albo w piątek. Okna mokre. Jeszcze chwilę temu wąchałam wełnianą marynarkę Kraciastego, a teraz … przez te kilka dni muszę pamiętać, żeby wychodzić z domu z kluczem, bo nikt mi nie otworzy … without you it sucks, my love

Late bloomer.

Zabrałam dzisiaj mamę na spacer po mojej wsi – gadałam do telefonu machając nim na lewo i prawo i pokazując jej to i owo. Tak wymyśliłam, bo ostatnio spacerować sama nie lubię, a mąż-mój-i-chłopak godzinę wcześniej pojechał był do pracy. Przed wyjazdem powiedział mi, żebym coś napisała, żeby go rozweselić. I szkopuł jest w tym, że pomimo dobrej pogody mam jakiś zamuł, a kawę powinni mi podawać przez port dożylny. Czym mogę Cię rozweselić, mój Kochany? Może Morze przed pełnym przypływem wyglądało tak:

A bardziej w ruchu tak:

Chciałam mamie pokazać jakąć meduzę lwią grzywę, ale akuratnie w meduzy nie obrodziło, za to w chusteczce do nosa przytargałam do domu jedną skorupkę. Trzymam je w słoiku, bo to typowe dla ludzi takich jak ja (w Polsce na parapecie kładłam kamienie):

I jeszcze zauważyłam, że ustawiono rusztowanie pod tym uroczym domem, którego strzecha zarosła już mchem:

Morze Może znów napełni się życiem. 65 lat temu kręcił się w jego pobliżu Rock Hudson:

W zasadzie miałam nie o tym, ale o czymś zupełnie innym. To jest tort, którym poczęstowali nas wczoraj nasi przyjaciele:

Zdmuchnęłam świeczkę, bo to ja byłam solenizantką. Dzień wcześniej pracowałam, ale też było bardzo miło – koledzy wręczyli mi róże w doniczce i voucher tk-maxxa, który natychmiast spożytkowałam na różowaty berecik Diefenthala i koszulę Hilfigera. Kraciasty sprezentował mi bukiecik podobny trochę do ślubnego. Nie piszę tego, aby ktoś składał mi życzenia, bo facebookowa aplikacja pokazująca nam kto ze znajomych i co dzisiaj obchodzi bardzo mi procedurę życzeniową obrzydziła – więcej z tym kłopotu, niż przyjemności 🙂

Mam 44 lata i 2 dni. Nigdy nie robiłam hucznych urodzin i nie chciałam takich mieć, nie dlatego, że przygnębiał mnie upływający czas, po prostu … nie uważałam tego za ważne. Zawsze było miło, gdy ktoś pamiętał, ale liczba osób, które chciałabym, żeby pamiętały, jest niewielka. Bieg czasu jest oczywisty, ostatnio bolą mnie części, które nie powinny, choć z drugiej strony nie bolą te, które powinny. Czym innym jest jednak starzenie się ciała, a czym innym poczucie tego kim się jest. W psychologii obowiązują podziały na etapy w życiu – widziałam te tabelki i pamiętam jakie uczucie towarzyszyło mi przy ich oglądaniu: niedopasowania, ale też buntu. Nie mieściłam się nigdy jak należy, wszystko zaczynałam za późno i ogólnie rzecz biorąc fatalnie pominęłam jazdę obowiązkową od razu przechodząc do miłości 😀 . Pamiętasz tę scenę z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”:

Przepraszam, że taka smutna, ale ona zawsze mi się przypominała, gdy ktoś, zanim jak Pambu przykazał wybrałam zamęście, wygłaszał mi moralizatorskim tonem, że wymiguję się od pełnienia jasnych ról społecznych, gdy tymczasem „on/a w moim wieku …” (inna sprawa, że pouczenia tego typu dostawałam głównie w internecie). Nigdy nie chciałam być trybikiem, Adasiem Miauczyńskim, który wprawdzie robi, co ma do zrobienia, ale poza tym ma pseudorelacje z ludźmi. Myślę zresztą, że nikt, zapytany, tego nie chce. Ludziom pseudorelacje zdarzają się po drodze, zazwyczaj gdy zawzięcie realizują cudzy plan na własne życie.

Kilka lat temu nie robiłam podsumowań i nadal nie widzę puenty na swoje eciepecie-lecie. Jestem late bloomer i bardzo mi z tym dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Piszę to wszystko dla tych osób, które czują niepokój, bo im się zdaje, że coś już powinno się wydarzyć, a się nie wydarza. W życiu nie ma „powinno”. Jest to, co jest. Pomyśl sobie czego naprawdę pragniesz. Albo pomyśl sobie „ale ona to jest naprawdę stara”. Zawsze można wybrać 🙂

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej” przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy” niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty”. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

* * *

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard”

Rozgrzewka na Slieve Gullion.

Odpadają mi kończyny. Siedzę z nogami na krześle i boję się nimi ruszać, bo jakaś część może tam pozostać. Na szczęście palce u rąk jako tako funkcjonują, więc wklepię dla potomności jak zaczęliśmy długi weekend. Wczoraj po śniadaniu postanowiliśmy wybrać się w górki. Tzn. postanowiliśmy już wcześniej, rano postanowienie zostało przypieczętowane odpowiednimi czynnościami …

A piszę zdziecinniale „w górki”, ponieważ Slieve Gullion, Sliabh Cuilinn, najwyższy szczyt hrabstwa Armagh, wznosi się na 573 metry. Nasz plan na długi weekend był taki wymyślny, że w czwartek jedziemy przejść się po Gullion, żeby mieć zaprawę przed piątkiem. Bo w piątek w planie były góry Mourne, nie ma przebacz. Zaplanowane, więc wybryknęliśmy z domu naszą dzielnym samochodem, przejechaliśmy granicę z Irlandią Północną i słuchając głosu Krystyny (nasza nawigacja, która zawsze skręca lekko) dotarliśmy nie bez cofań i zakrętasów na parking. Miejsce parkingowe o które nam chodziło jest położone wysoko, więc wchodzenie nie było wielkim wyzwaniem, bardziej obawialiśmy się, że złapie nas deszcz – czekaliśmy nawet chwilę w samochodzie, aż minie szałerek.

Na Slieve Gullion są dwa kamienne grobowce i małe jezioro. Oczywiście, tak jak w wielu miejscach Irlandii, i tutaj są one związane z lokalnymi legendami. Jedna z nich mówi np. że u stóp góry bohater Cú Chulainn spędził swoje dzieciństwo i otrzymał nowe imię (wcześniej nazywano go Sétanta). W przejrzysty dzień można zobaczyć z góry wybrzeże przy którym leży nasza wioska. Kraciasty wypatrzył nawet półwysep Howth, a więc część Dublina …

Z rzeczy, których nie dało się nie zauważyć – zaskoczyły mnie trochę ogromne wory z materiałem budowlanym … to pewnie stąd ostrzeżenia każące nam uważać na latające wte i wewte helikoptery. Buduje się nowe podejście, szlak będzie utwardzany, może już w następnym sezonie będzie się szło wygodniej. Podejście nie było trudne, doszliśmy na czubek wzniesienia bacznie rozglądając się na wszystkie strony (tak mnie osobiście nastroiła informacja w miejscu, które wyglądało jak przystanek autobusowy, że zaraz oto za chwilę jest grobowiec). Gdzieś tutaj jest grób korytarzowy, gdzie on może być? Gdy dotarliśmy na szczyt byłam trochę rozczarowana, że pewnie go przegapiłam …

… i dopiero, gdy wróciliśmy do domu dotarło do mnie, że … staliśmy na nim. Podeszliśmy od innej strony, więc nie zauważyłam, że z drugiej jest niewielkie, kamienne wejście, które znam ze zdjęć w internecie. Yhhh … tłumaczy nas to, że zerkaliśmy też na deszczową chmurę, która przybliżała się do nas od południa.

Z daleka Gullion wygląda jak śpiąca foka i można po jego grzbiecie całkiem sporo pochodzić. Z jego najwyższej części wypatrzyliśmy więc jeziorko o złej sławie i ruszyliśmy w jego kierunku. Jest ono nazywane jeziorem Calliagh Birra, starożytnej bogini z którą jest związany epizod w życiorysie Fionna mac Cumhaila. Kto się w nim zanurzy, jak mityczny bohater, który zanurkował po pierścień marudzącej dziewoi, ten natychmiast się zestarzeje. Nie próbowaliśmy. Jeziorko osyczało nas demonicznie.

Po jego drugiej stronie jest kolejny grobowiec, ale nie poszliśmy w jego kierunku. Może zauważyłeś, że na filmiku widać w oddali ścianę deszczu. Pomimo tego, że szczyt jest dość płaski, poruszanie się w tym terenie wcale nie jest łatwe, bo góra gdzieniegdzie jest pokryta błotnistym torfowiskiem … chyżo ruszyliśmy po własnych śladach, obawiając się, że kolejna deszczowa chmura nie skręci gdzie indziej tak, jak poprzednia …

Na szlaku przy okazji drogi w dół niespodziewanie spotkaliśmy owce, mamusię z latoroślą … trochę je zatrwożyliśmy … przyglądały się nam chwilę, maleństwo mnie, mama Kraciastemu, potem zeszły z drogi i zajęły się spożywaniem … dlaczego te dwunożne istoty nas otaczają? pochyl głowę, jemy, jesteśmy owcami pokoju …

Ten moment z dwóch różnych perspektyw …

Gdy doszliśmy do parkingu okazało się, że chmurki nas olały, tzn. nie olały i poszły sobie gdzie indziej. Byliśmy za to zupełnie sami, spokój, cisza … wyciągnęłam wałówkę i mogłam trochę odsapnąć. Najszybciej wysiadają mi plecy, stopy o dziwo się trzymają, nawet haluks nie za bardzo narzeka w górskim bucie … już się zaprzyjaźnił, zrozumiał.

Po spożyciu i patrzeniu na zamglone widoki, spakowaliśmy swoje śmieci do samochodu i ruszyliśmy do domu. W drodze powrotnej (jechaliśmy przed siebie, bo droga prowadząca do parkingu jest jednokierunkowa) widzieliśmy kolejne czarnolice mieszkanki Ring of Gullion tak blisko drogi, że zatrzymaliśmy samochód, żeby zrobić sesję fotograficzną.

Tutaj często nie ma żadnego płotu pomiędzy drogą a pastwiskiem. Zwierzęta mogą sobie spacerować, gdzie im akurat przyjdzie ochota. Czasem wychodzą więc na ulicę 🙂

Jeszcze jeden widoczek z drogi powrotnej (przepraszam, ale mózg mam tak zlasowany, że nie pamiętam, co tutaj chciałam napisać):

I jeszcze drugi widoczek (edit dla pewnej Hanny). Zupełnie zapomniałam, że napotkaliśmy również gniazdo owiec mroku. Gniazdowniki patrzyły na nas wymownie. Spadajcie, albo zaraz tam do was zejdziemy.

Kraciasty robił też zdjęcia krowom i koniom. Co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać i popatrzeć, więc nasz zjazd z gór był dość powolny. Nie wszystkie widoki były ładne. Napotkaliśmy np. martwy las … kto, co i dlaczego, tego nie wiemy …

Wróciliśmy do domu późnym popołudniem, wygłaskaliśmy po łebku ciepłego kota, pogadaliśmy z sąsiadkami o kwiatkach i że ładna pogoda i udaliśmy się na świąteczną wieczerzę. Makaron z sosem Kraciastego, nie mogło być inaczej. Na deser truskawki bez niczego (a skoro już o tym mowa, na śniadanie były smażone krewetki, frankfurterki z polskiego sklepu i surówka z tartej marchewki z cebulą). W Irlandii Boże Ciało przekłada się na niedzielę, więc będzie u nas jakaś procesja dopiero pojutrze. Na razie już drugi dzień pod oknem sterczą nam kikuty świeżo wkopanej kalii. Jak przywitaliśmy lato opowiem Ci następnym razem. Głowa mi leci, czy to dzisiaj jest najkrótsza noc w roku? Pięknej Kupalnocki dla Ciebie, a dla mnie spać, spać.

Podróż do Mount Stewart w hrabstwie Down.

XIX-wieczny dom i przylegający do niego park były naszym celem już dwa razy. Jeśli czytasz jakiś czas tego bloga, pewnie wiesz, że za pierwszym razem utknęliśmy na Castle Ward, za drugim razem bliżej, bo w Newcastle. Ale my się nie poddajemy tak łatwo. Dzień wcześniej sprawdziliśmy pogodę, żeby wiedzieć, że może być okropna (gdy w środowy wieczór jechaliśmy do–od przyjaciół na herbatę i wyjadanie rodzynek, za oknami samochodu była Kraina Deszczowców). Od czego są jednak parasol i kaloszki? Ułatwiliśmy sobie też sprawę nie wybierając drogi nadbrzeżnej i zmierzając do celu autostradą M1, żeby nie skusił nas podstępem żaden widoczek, ani żadna przytulna kawiarnia w nadmorskim miasteczku.

Mount Stewart … Posiadłość jest związana z historią rodu Vane-Tempest-Stewart, markizów Londonderry. Zanim pierwszy właściciel z rodu Stewartów kupił ją za pieniądze z handlu lnem, ziemia ta była znana pod nazwą Mount Pleasant. Rozkwit posiadłości nastąpił w I poł. XIX wieku, gdy czwarty z kolei właściciel postanowił ożenić się po raz drugi i jego wybranką została o 22 lata młodsza dziedziczka fortuny, Lady Frances Anne z domu Vane-Tempest (słusznie opłaciło się markizowi Londonderry zmienić w związku z tym nazwisko Stewart na nazwisko żony). Charles William Vane i jego żona Frances Anne rozbudowali skromny dom w stylu georgiańskim na sporą rezydencję (którą nadal nazywali domkiem nad morzem). Poza tym zapisali się w historii tym, że mieli kupę kasy. I byli pradziadkami tego Winstona Churchilla, który zresztą w domu bywał.

Ale do rzeczy … pogoda w czwartek była pochmurna i nie padało, czyli … było bardzo ładnie. Pojechaliśmy trasą przez Belfast, dojechaliśmy do posiadłości minutę przed południem i zanim jeszcze mogliśmy rzucić okiem na główny budynek, po kupieniu biletów postanowiliśmy się posilić wśród poduszkowych wiewiórek i królików:

Oj, jak Kraciasty sobie chwalił chicken & basil broth! Chciałbyś tu być 😀 Pierwszy rzut oka na dom również był jak najbardziej korzystny. Zadbany, przyjaźnie nastawiony do turystów z psami. Zdecydowaliśmy, że zrobimy rundkę szlakiem wiewiórczym, i gdy podeszliśmy ścieżką do stawu, wyszedł nam naprzeciw komitet powitalny:

Zawsze mnie rozczulają zwierzęta, które nie boją się ludzi, bo to dobrze świadczy o gromadzącej się w tym miejscu ludzkości. Wspaniały park. Kraciasty doszedł do wniosku, że jest różnica pomiędzy ogrodem w stylu angielskim, a ogrodem angielskim. Byliśmy w tym drugim, pełnym ogromnych paproci, różnorodności drzew z całego świata, przekwitających rododendronów i oszałamiających zapachów innego kwiecia. Doszliśmy ścieżką aż do the walled garden, a tam z kolei nie w pełni jeszcze rozwinięty zakątek różany. Trafiliśmy, widać, pomiędzy rododendronowo-różaną zmianę warty, ale nie możemy narzekać.

Kiedyś, obiecuję to sobie, zrobię fotoreportaż ze znanego mi, byłego pegeeru, bo różne są rodzaje piękna. W Mount Stewart też znalazłam alternatywę – rozpadającą się szklarnię, zapełnioną polnymi kwiatami. Niedaleko „pracowały” współczesne szklarnio-wylęgarnie, które mogłyby się znajdować przy zwykłym farmerskim domu. Park żyje, pomiędzy starodrzewem widać nowe, pieczołowicie chronione sadzonki, a po parkowych ścieżkach jeżdżą pracownicy, którzy cały czas wykonuję prace konserwatorskie … jeden miał na głowie mohawka i zasłaniał sobie twarz chustą jak kowboj 😉

Za wiodącą w górę ścieżką niezwykle wonnych roślin znajduję się dziwna budowla. Tir n’an Og. Teraz już wiem, że celtycka nazwa powinna zachęcić mnie następnym razem do baczniejszego rozglądania się po okolicy. W pobliżu jest niewielki rodzinny cmentarz do którego nie dotarliśmy zwiedzeni gąszczem krzaków.

Wędrowaliśmy naokoło stawu ścieżką, która miała nas zaprowadzić do siedlisk czerwonych wiewiórek. I zaprowadziła, niestety wiewiórek nie było w domu. Widzieliśmy za to wiele gatunków ptaków i nawet nie wiem kiedy Kraciasty podglądał tę rodzinę łabędzi:

Wybraliśmy dobry dzień, po parku chodzili cicho deszczowi ludzie, dość często ze swoimi dobrze wychowanymi psami, i nikt nikomu nie przeszkadzał. Kraciasty lubi to zdjęcie:

A to już widok na front domu, gdy wracaliśmy ze spaceru po parku …

… i ściana rezydencji wychodząca na główne ogrody przydomowe, którym oglądaną przez nas formę nadano w czasach edwardiańskich, czyli w okolicach pierwszej wojny światowej:

Ich inspiratorką była Edith, siódma markiza Londonderry*. Nie mogliśmy wejść na teren ogrodu włoskiego, był odgrodzony napisem „private”, może to znak, że właściciel jest właśnie w domu. Podobnie nie wszystkie wnętrza udostępniano turystom, a chwilę po tym jak obejrzeliśmy paradną jadalnię, pracownicy zaczęli przygotowywać zastawę stołową do posiłku. Ostatnia dziedziczka, Lady Rose Lauritzen, wnuczka Edith**, przez pół roku mieszka w Wenecji, ale drugą część spędza tutaj, w swoim domu rodzinnym. Mount Stewart to raczej więc dom niż muzeum, chociaż „na pokojach” witali nas pracownicy, którzy każdemu z osobna opowiadali w jakim miejscu się znajdujemy. Dywany podwinięte jakby tylko na tę chwilę, żebyśmy ich nie podeptali, skoro już wpadliśmy, a wszędzie ogrom bibelotów, portretów, cennych drobiazgów, które podkreślają bogactwo tego miejsca. Na górze sypialnie i sypialnie, ta na zdjęciu wydała mi się najbardziej klimatyczna:

Po zlustrowaniu domu wróciliśmy z Kraciastym do miejsca, gdzie poprzednio raczyliśmy się zupą. Ciasto marchewkowe było wilgotne i przesmaczne, a tematy rozmów zaangażowane. W czasie zwiedzania kilkakrotnie rozśmieszyło mnie nabożne przywiązanie naszych przewodników do rozwodzenia się na temat ogromnej fortuny dziedziców. Zapamiętałam też boczne trzwi, tuż przy wejściowych, drzwi dla służby, która miała być w czasie pracy jak najmniej widoczna.

Tak jak podoba mi się piękna architektura, mam za nic styl życia na który jego uczestnicy sobie nie zapracowali. Zawsze też zastanawiało mnie przy okazji tak wielkich posiadłości, które wymagały wielkiej liczby ludzi do obsługi, na ile właściciele faktycznie „posiadali” swój dom, ile mieli w niej zupełnie zwyczajnej wolności, którą ja cieszę się każdego dnia. Czy np. potrafiliby we własnej kuchni znaleźć marmoladę, żeby nią posmarować sobie chleb. No właśnie … kiedy obudziłam się z rana od razu usłyszałam w głowie myśl, że nie byliśmy w kuchni 🙂

Po herbacie i kawie poszliśmy w stronę najwyżej położonej części parku, gdzie zbudowano Wieżę Wiatrów, Tower of the Winds. Budynek jest nowożytną wariacją na temat wieży, która do dziś stoi w Atenach i jest uważana za pierwszą znaną w historii stację meteo:

Wieża w Mount Stewart pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i wczoraj, ze szczelnie pozamykanymi oknami, była w głębokim śnie. Widoki na zatokę Strangford nawet w ten pochmurny dzień są piękne, choćby jak tu poniżej, z widoczną w tle sylwetką wieży Scrabo (dodaję to zdjęcie, bo mi ptaszek przeleciał):

Przez cały ten czas nie spadła ani kropla deszczu i wielki parasol, który zwiedzał park razem z nami, okazał się mało praktyczny. Zeszliśmy do parkingu zmarznięci i ruszyliśmy drogą przez Belfast w coraz bardziej gęstniejącym ruchu ulicznym. Kraciasty miał plan przetrwania godziny szczytu – w stolicy Irlandii Północnej zatrzymaliśmy się na jakiś czas pod zjawiskowo zaaranżowanym Stormont, siedzibą lokalnego parlamentu. Piszę „zjawiskowo”, bo budynek posadowiony jest na pagórku i prowadzi do niego długa, wznosząca się aleja obsadzona szpalerami lip. Patrzyłam na te lipy i zastanawiałam się kiedy zaplanowano i zbudowano tak reprezentacyjną budowlę. Dopiero w 1932 roku! Takie zaskoczenie (obstawiałam raczej, że budynek zaadoptowano po zerwaniu związku z Republiką). Zainaugurował jego działanie Edward, książę Walii, późniejszy Edwarda VIII, ten od abdykacji z powodu „mezaliansu” z rozwódką. Oboje z Kraciastym mamy teraz skojarzenia związane z architekturą Trzeciej Rzeszy czy socrealizmem. Estetyka władzy.

Przed budynkiem, w dramatycznej pozie stoi Edward Carson, brytyjski prawnik, który wsławił się m.in. wystąpieniem przeciwko Oscarowi Wilde’owi w procesie o zniesławienie, chociaż oczywiście nie dlatego mu ten pomnik (jeszcze za jego życia) wystawiono.

Pomniki w takim miejscu wystawia się za politykę, a Carson był „niekoronowanym królem irladzkich protestantów” … cokolwiek to znaczy 😀 Widzisz tę alejkę? Wleźliśmy nią w górę, a potem zeszliśmy w dół. Stormont można zwiedzać w środku, ale przyjechaliśmy poza godzinami urzędowania i widać było jak z prywatnych parkingów wylewają się pracujące tutaj sekretarki. Dzięki spacerowi udało się nam przeczekać korki, zrobić zdjęcia srokom i wychłodzić się na tyle, że oboje wieczorem nie czuliśmy się najlepiej. W czasie tej jednodniowej wycieczki do Irlandii Północnej zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć, które przeglądałam w czasie pisania. Powinnam dać więcej kwiatów, ale których? Powinnam pokazać Ci obrazy, ale które? Bibeloty, o bogowie, ilu rupieciom zrobił zdjęcia Kraciasty. I był jeleń … zapomniałam o jeleniu:

Miałam z nim sesję zdjęciową, ale zostawię ją dla siebie. Zdecydowanie polecam Mount Stewart do długich spacerów, jeśli przyjedziesz zwiedzić Belfast lub mieszkasz gdzieś w pobliżu. Z całą pewnością nie warto odkładać takiego spaceru na lepszą pogodę 🙂 Wczoraj oboje trochę pociągaliśmy nosem, ale rozeszło się po kościach, dzisiaj za oknem mieliśmy oberwanie chmury, a i teraz nie jest to pogoda dla kotka, więc Rysiu siedzi z nami w domu. Czytam, że we Wrocławiu są 32 stopnie, nam chyba to na razie nie grozi. Poza tym nie mam zakończenia, ni puenty. Deszcz leje, jest miło, Kraciasty się mnie pyta jak chcę gulasz. Dobrze chcę. Dzisiaj odpoczywamy i gadamy. Relacja z gadania będzie póżniej na Związku. Miłego weekendu 🙂

________________________
* o historii tworzenia ogrodów możesz poczytać w „Mount Stewart Garden history.
** jak wygląda Lady Rose i jak wspomina swoje dzieciństwo, możesz zobaczyć artykule „Belfast Telegraph.

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r” w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Newcastle i rezerwat Murlough.

Wtorek. 12:45 siedzimy przed laptokami, ja przed swoim, Kraciasty przed swoim. Włos półmokry jeszcze, lakier na paznokciach u stóp nie położony. Może byśmy jutro pojechali do Mount Stewart? Super, ale … jutro zapowiadają brzydką pogodę. Dzisiaj jest ładnie … to może dzisiaj? Będziemy tam o 14:30. 12:50 zakładam gatki, myję zęby, szkła kontaktowe w oko, włos podsuszony … Wsiadając do samochodu przypominam sobie, że mamy okropnie obsrane przez mewy tylne drzwi po lewej stronie. Trudno, się kiedyś umyje, może kupy same znikną 13:03 lecim. Przejeżdżamy jakiś kilometr. Nie, zaraz czekaj, nie mam okularów przeciwsłonecznych. Zawracamy? Zawracamy. Przy okazji wystawiam Ryszardowi przed drzwi miseczkę z wodą. Ryszard macha na pożegnanie. 13.08 lecim trasą widokową.

Tak mniej więcej wyglądały nasze przygotowania do wyprawy do Irlandii Północnej. Postanowione i zrobione w π razy drzwi piętnaście minut. Jechaliśmy trasą przez Warrenpoint i urokliwe Killkeel, które mruga do mnie zazwyczaj po drugiej stronie morza, gdy wracam z pracy. Około 14:50 trzeba było przyjąć do wiadomości, że nie znajdziemy się w Mount Stewart na 14:30 😉 Drugi raz próbujemy dotrzeć za Portaferry i znowu udało się nam utknąć, tym razem nawet bliżej, bo w Newcastle. Wyskoczyliśmy z domu w zasadzie po śniadaniu, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spożycia. Newcastle w hrabstwie Down jest przytulone do wybrzeża i zastawione górami, podobnie jak Carlingford, nie ma jednak uroku tego drugiego, „naszego” miasta.

Newcastle co. Down

Dość długo szliśmy wzdłuż głównej ulicy szukając miejsca w którym świeżo umyte włosy nie przeszłyby mi zapachem tłuszczu ze smażonej ryby. Villa Vinci – wszystko pięknie podane, crème brûlée doskonały, do tego bardzo miły, kontaktowy Słowak kelnerem. Nie odmówię sobie fotki z jedzenia, bo po odnalezieniu tego miejsca poczuliśmy się jak zwycięzcy:

Newcastle co. Down a

Po obiedzie pojechaliśmy na parking przed rezerwatem Murlough i tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Parking był płatny, a parkomaty głupie jak kilo gwoździ, brały tylko funty i nie obsługiwały kart. Trochę podminowana rzuciłam okiem tęsknie przez płot na Slieve Donard:

Murlough b

Wyjechaliśmy z parkingu źli, na szczęście okazało się, że 400 metrów dalej jest bezpłatne miejsce z którego prowadziła inna, równie dobra ścieżka do tej samej plaży … et voilà

   oto Murlough Reserve w odsłonie późnowiosennej:

Murlough a (1)
Murlough a (2)

Słońce pojawiało się i znikało, a Kraciasty pomagał mi jak mógł w nagrywaniu filmików:

Murlough a (3)
Murlough a (4)
Murlough a (5)
Murlough a (6)
Murlough a (7)
Murlough a (8)
Murlough a (9)

Plaża jest inna niż w naszej wsi, jest na niej więcej płaskich, obtoczonych przez pływy kamieni, a góry są tuż tuż. Za nami wydmy porosłe rozczochraną trawą …

Murlough a (10)

Na wydmach mieszkają nie tylko motylki i inne robaczki. Kraciasty zauważył, że gdy staliśmy na plaży z wydmy przyglądała się nam z zainteresowaniem Ruda Istota. Zdążyła prawie zupełnie zniknąć podczas gdy Kraciasty namierzał ją aparatem:

Murlough

Chciałam ją jeszcze podejrzeć za pomocą zoomu, ale najwyraźniej przegapiłam norkę w której chowają się Rude Istoty. Zresztą to byłaby nieuprzejmość z naszej strony narzucać się komuś, kto chce sobie spokojnie pomieszkać. Chwilę później wraz z przypływem pogoda zaczęła się zmieniać i silniejszy wiatr zachęcił nas do zejścia z plaży …

Murlough a (11)

Gdy wracaliśmy do samochodu nad wydmami machała do nas sylwetka zamku Dundrum, który odwiedziliśmy w październiku:

Murlough d

Powrotna droga wiodła nas trasą widokową po zachodniej stronie gór Mourne:

góry mourne (1)

Owce, owce, człowiek wszędzie widzi owce. Ta brązowa tylko na chwilę przestała zgryzać trawę, żeby sprawdzić dlaczego stoję tak blisko … po chwili wróciła do swojego zajęcia. Chrup chrup chrup. Owce naprawdę głośno jedzą.

góry mourne (2)

I tyle relacji z wyprawy, która utknęła. Wróciliśmy do domu po dziewiątej, następnego dnia prognozy się ziściły i cały dzień padało. Maj przeleciał nam błyskawicznie, smuci to i raduje, bo każdy tydzień zbliża nas przecież do kolejnej, jeszcze niezaplanowanej i enigmatycznej, wizyty w Polsce. Nie wiemy co, nie wiemy gdzie, na razie wiem, że zaraz idę do pracy, a Kraciasty jest już w drodze do swojego zajęcia. Wrócę późnym wieczorem i czekając na powrót Prawie Męża postaram się dokończyć książkę Abramowicz o której wkrótce będzie tu coś więcej. Dobrego dnia, napisz mi jak Ci mija ten powyborczy tydzień.

Foki w porcie.

Foki w porcie (1)

W poniedziałek byliśmy w mieście Sligo. Zajrzałam tam do ruin Sligo Abbey (5 ewrów), widziałam monument upamiętniający Czasy Wielkiego Głodu (z portu w Sligo w latach 1847-51 wyruszyło w świat 30 tys. ludzi) i czaplę polującą w rzece Garavogue, a z daleka wapienny nos góry Ben Bulben. Może jeszcze o tym Sligo napiszę, albo może o Yatesie, bo widziałam też metalowe ptaki 😉 Na chwilę niech będzie jednak zmiana klimatu. Wszędzie gdzie nie spojrzeć drama i echa odszczekiwania po dokumencie Sekielskich. Odszczekał Głódź, odszczekał Knabit, rwetes, bo dogorywa duży zwierz. I w związku z tym wiesz co … ta ja pokażę Ci foki.

Wczoraj po mojej pracy zajechaliśmy do portu, tym razem nie po zupę, tylko w nadziei, że foki cały czas tam są, pomimo tego, że morze było o wiele bardziej niespokojne niż ostatnio.

Foki w porcie (2)

Kutry już rozładowane, kołysały się w zacisznym miejscu, ale molo opływał całkiem żwawy, chłodny prąd z głębi morza. Oprócz kutrów zuważyłam też łódź ratowniczą, klasy Shannon (nówka nie śmigana, ta na dole zdjęcia):

Foki w porcie (2a)

Kraciasty stał i fotografował …

… takie różne zwierzątka:

Foki w porcie (6)

Foki w porcie (5)

Foki w porcie (4)

Foki w porcie (3)

Dzień dobry, mam na imię Irenka 😀

Na tym filmie widać, jak mglisty było to dzień. Nie ma śladu po górach, które przy przejrzystym powietrzu widać było ostatnio na horyzoncie:

Zresztą dzisiaj już niebo na nas trochę spadło i przez to musieliśmy chodzić pod wielkim parasolem. Na szczęście mam chłopaka-narzeczonego-prawie męża, takiego wymarzonego, który potrafi mi wypatrzyć w sklepie sweterek firmy Missoni i mogę do niego powiedzieć „zawiąż sobie glana”, więc on mi ten parasol potem nosił. A wracając do wczoraj, gdy patrzyłam jak światło wędruje po tafli morza dotarło do mnie, że za miesiąc będzie najdłuższy dzień w roku, a wg celtyckiej tradycji lato zaczęło się ponad dwa tygodnie temu, wraz ze świętem Beltane.

Foki w porcie (7).jpg

U mnie tradycyjnie wszystko do tyłu, sukienki ślubnej szukam i szukam, a znaleźć nie mogę. Niby mam takie założenie, że będzie do kolan, ale akurat jedyna, która trochę mi się podoba jest do kostek … więc … nie wiem. Babcia mi dzisiaj powiedziała przez telefon, żebym się tym nie zamartwiała. Ona miała pożyczoną, po koleżance, która hajtnęła się miesiąc wcześniej. Muszę się zapytać jak ta koleżanka miała na imię – lubię wiedzieć rzeczy o które nikt inny nie pyta. Szkoda, że zdjęcia z tamtego ślubu nie wyszły…
Dobrej nocy.

Życie jest piękne.

Port Oriel (1)

Sądziłam, że dni będą na tyle intensywne, że się raczej nie odezwę, ale … różne są niespodzianki, na przykład sobota taka jak dzisiaj, którą chcę zapisać. Słońce dodało mi energii, do tego zmiana w pracy przyzwoicie krótka. Wypiliśmy z Kraciastym popołudniową kawę w znajomej Coście i po zakupach pojechaliśmy do „naszego” portu „zorganizować” obiad. W porcie zaś tak:

Na miejscu mijaliśmy dużo spacerowiczów, ale to przede wszystkim miejsce pracy lokalnych rybaków i krajobraz pachnący rybką 😉 Betonowy mur chroni zacumowane kutry przed wysokimi falami, które zdarzają się na tych wodach dość często:

Port Oriel (2)

Wiedziałam, że w porcie są foki, nie sądziłam tylko, że zobaczymy je tak od razu. Początkowo podekscytowałam się, że widzę w wodzie focze łebki, ale po chwili odrzuciłam tę myśl, biorąc je za pływające boje. Kiedy doszliśmy do końca mola, po prostu się nam ukazały, żeby rozwiać nasze wątpliwości. Wielkie nosy szarych fok, Halichoerus grypus, przepiękne, duże zwierzęta, spokojnie unoszące się na wodzie.

Byliśmy na to zupełnie nieprzygotowani i lepiej wychodziło mi fotografowanie tafli wody niż samych fok. Prosz badzo,  krajobraz jaki już znasz z tego bloga, widok na piękny świat na północy, gdzie dostałam od Kraciastego pierścionek:

Port Oriel (3)

Gdyby nam pomysł na chowdera nie kręcił dziury w brzuchu pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej. A tak z zupą zapakowaną do kubków zjechaliśmy do domu i mogłam zadzwonić do mamy, gdy Kraciasty ściągał mi spodnie.

Wiatr jest ledwie odczuwalny, widoczność wspaniała po wielu dniach zasnutych mgłą, niedziela będzie nie dla rodziny, bo jutro oboje wybywamy, żeby popracować. Mam taki plan, że w poniedziałek zabiorę się z Kraciastym do Sligo na zachodnim wybrzeżu, ale to się jeszcze okaże. A z rzeczy bliższych, na drugie będzie kalafior w sosie beszamelowym. I film Sekielskiego – pod warunkiem, że nie siądą łącza. Jeśli okaże się ciekawy, jeszcze tu o nim wspomnę.
Dobrego wieczoru 🙂

Port Oriel (4)

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.