Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scartlett St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house”, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

View this post on Instagram

#krajobrazporanny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

View this post on Instagram

00:03. Happy New Year 🐭💬

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży” Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Reklamy

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie”. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?”. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia”. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura”. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Connn-e-mar-aaaaa …

Jeden z sześciu parków w Irlandii i trzeci, który odwiedziłam. Pisałam Ci już o Killarney, do parku w Górach Wicklow blogowo wrócę pewnie, gdy wybiorę się tam kolejny raz. A dzisiaj świeżynka z tego tygodnia …

Przejazd z Galway do domu przez Connemarę jest po drodze tylko nam. W Galway spędziłam jedno popołudnie i mogę powiedzieć tyle, że znajomy, który wyjątkowo sarkał na to miejsce, ma nie po kolei w głowie. Pogoda była epicka, więc chcieliśmy na coś wejść … Connemara leży w zasięgu ręki, pojechaliśmy bardziej na północ słuchając płyty Big Cyca. Jedziemy, a tu zupełnie spokojnie na (prawie) prostej drodze otwierają się górki. I mamy takie powitanie:

View this post on Instagram

Cześć, witamy w Connemarze…

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Connemara
Conn-e-mar-a..
Connn-e-mar-aaaaa …

Nasz pierwszy owczy znajomy  lokales szedł sobie tak właśnie pobekując, a my usłyszeliśmy „witamy w Connemarze”, po czym wyminął nas i dalej to swoje „Krystyna, Krystynaaaa, gdzie jesteś?”. Minęliśmy Stefana potem po lewej stronie drogi, gdy już znalazł Krystynę. Owce są tutaj naprawdę mądre, nie tylko znają się na zasadach ruchu drogowego, ale też wybierają asfalt kiedy trzeba. Kiedy trzeba, o tym jeszcze będzie …

Conamara nie jest hrabstwem ani prowincją, lecz regionem w dwóch hrabstwach, Galway i Mayo; jest gaeltacht – bardzo mocno związana z irlandzką kulturą i językiem, bo sporo ludzi mówi tu odłamem irlandzkiego (connacht irish) jako językiem pierwszym. Podobno Oliver Cromwell wysyłał ludzi „do diabła lub do Connemary”. Piękne miejsce w ładny dzień:

Connemara 1

A potem próbowaliśmy przejść do upatrzonego z góry szlaku na przełaj taką niby łączką. I szybciutko wróciliśmy. Buty mam nieprzemakalne, trochę zapadł mi się nosek, ale stąpanie po dziwnym podłożu i zastanawianie się, kiedy zacznie się takie trochę bardziej bagno i będziemy mieli okazję stać się jednym z bog bodiesnah, to nie dla mnie. Mówiąc krótko, pod wpływem delikatnej perswazji natury spuściliśmy z tonu i zamiast przecierać szlaki, na których i tak już owce z pewnością nas wyprzedziły, wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje i podjechaliśmy pod park narodowy przy Letterfrack, Leitir Fraic. Po drodze zrobiłam zdjęcie orzechowego sadu z którego próbowaliśmy wystartować na przełaj:

Connemara 2

Tak, myślę, że sąsiednie wzniesienia patrzą na nas z lekkim politowaniem.

Na terenie parku są trzy ładne szlaki różniące się stopniem trudności. Są też zwierzęta, w tym owce, osiołki, pasikoniki i krówki. Pasikoniki są z rodzaju Connemary pony, Capaillín Chonamara, jedynych autochtonów rodzaju końskiego na wyspie. Jedni mówią, że konie te sprowadzili Wikingowie, inni, że to bezpośredni spadkobiercy nieistniejącej już rasy Irish hobby wyhodowanej w XIII wieku. Krówki jakie tu można zobaczyć to irish moiled, rzadko spotykane czerwone krowy z białym pasem na plecach, ich hodowla rozpoczęła się na wyspie w IV wieku a pod koniec lat 70-tych było ich zaledwie około 30 sztuk; black galloway, zadziorne, czarne krowy, które przyjechały na te tereny w XIX wieku ze Szkocji i czarne krowy z Kerry, podobno jedna ze starszych ras europejskich.

Byliśmy i my, na samym szczycie górki o nazwie Diamond Hill, po irlandzku Binn Ghuaire, lub w zanglicyzowanej wersji Bengooria. Raptem 442 m n.p.m., więc znów  niby tak śmiesznie, bo na co tu wchodzić? Zawsze jest na co, taki to kraj. Dwa razy nie wiedziałam, którą nóżką dać do przodu, bo zrobiło się stromo, nawet trochę bardzo. Wspaniałe w tej górze były widoki na wyższe siostry Twelve Bens, Na Beanna Beola, piękne szczyty o wysokości pomiędzy 526 m do 729 m, z których jeden śmieje się z nas, że chcieliśmy go podejść od strony torfowisk. A to już widok z Diamon Hill na koronkowe wybrzeże zachodniej Irlandii:

Diamond Hill 1

I koleżanki po drugiej stronie, trochę zadzierające nosa, otoczone torfowiskami, wymuskane przez wiatr:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Torfowiska … pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz, także pierwszy raz widziałam tak dużo miejsc, gdzie wydobywa się torf i go suszy. Nawet na terenie parku przechodziliśmy obok zagłębień po odkrywkach. Czytałam, że w regionach, gdzie mało jest drzew torfu używano nawet do budowania domów, ale nie wiem, czy tak było w Connemarze. Dzikość Connemary jest inną dzikością niż ta pomiędzy górami Kerry. Kerry mówi od razu: jestem strome i nieprzyjazne, uważaj, bo coś Ci może spaść na głowę. Connemara jest miła. Dopóki trzymasz się szlaku. Bagna nie od razu wyglądają na bagna, siedliska ludzkie są jednak mocno rozproszone, co jest pierwszą wskazówką, że nie wszędzie gdzie chce się pójść na skróty, faktycznie pójść warto. I tu powracam do mądrości Stefana i jego kolegów, którzy lubią asfalt. Po pierwsze, po co się męczyć, po drugie, po co się topić, życie jest piękne. Z całą pewnością nie byliśmy w regionie najbardziej zabagnionym, bo te są w Irlandii bardziej na północ, ale Alcock i Brown, autorzy pierwszego nieprzerwanego przelotu nad Atlantykiem, skaptowali niedaleko Clifden, An Clochán, właśnie w trzęsawisku.

Schodziliśmy z Diamond Hill około siódmej wieczorem, niewiele było już ludzi, chociaż na płaskiej części szlaku minęło nas parę osób idących w przeciwnym kierunku. Nasza opieszałość została nagrodzona bliskim spotkaniem z kozami mroku. Były trochę zaskoczone nasza obecnością, ale nie odeszły daleko, jadły spokojnie kolację z małymi, widząc, że najwyraźniej też jesteśmy kozami mroku, tylko z innego regionu:

Diuamond Hill 2

Owieczki także towarzyszyły nam w tej wędrówce, mądre, ostrożne, nie łase na bliskie spotkania z turystami. Zeszliśmy ze szlaku przez bog trail i mogliśmy zobaczyć naszą górkę złocącą się w promieniach zachodzącego słońca:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po powrocie na parking w Letterfrack (ciągle śmieję się z nazwy wsi. Let her fuck, o jak ładnie, dziękuję! … Leitir Fraic naprawdę znaczy po irlandzku Nakrapiany Pagórek, ale wymowa rozśmiesza mnie) obraliśmy jeszcze jeden kierunek … miejsce, gdzie wylądowali w 1919 roku Alcock i Brown. To poniżej Clifden, jeszcze bliżej Atlantyku. W pobliżu był taki oto pasikonik:

somewhere near Clifden

Widoki na plażę i migocącą wodę wspaniałe … i meszki, które chciały nas zeżreć bez znieczulenia. Są na pięknych zdjęciach po prostu rzeczy, których nie widać. Mieliśmy świetny timing, byliśmy w okolicy dokładnie o tyle wcześnie, żeby złapać pomnik upamiętniający pierwszy przelot w promieniach znikającego słońca. Ale piękniejszy od pomnika, który przedstawia fragment ogona samolotu, są góry widziane z tego miejsca. Taka ta Irlandia:

Alcock and Brown place

Cieszę się, że dopisała nam pogoda i mogliśmy się tego dnia wybrać na naprawdę dłuuugi spacer. Przygotowuję się do bitew sesyjnych i w przerwach ciepło mi na sercu, że takie mam życie. Przerwy na kawę, muzyka w samochodzie, tak zawsze chciałam i samo się zrobiło. W drodze powrotnej grała nam płyta Janis Joplin … to już lato, tutaj w Irlandii …

Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczył z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za free.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V – VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1

monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

View this post on Instagram

#porkpie #mojeclogherhead

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

***

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂

Odrobina Kerry.

Człowiek pełen jest przeciwieństw. Jeszcze wczoraj dreptałam po Pradze, częściowo zachwycona, a momentami klnąc na czym świat stoi. Kocham ciepło ale moje stopy gorąca nie znoszą – po długim chodzeniu umieszczone w ciasnym, nie dającym szansy na zmianę pozycji pojeździe zaczynają żyć własnym życiem, kopiąc i odgrażając się, że pierdolą, nigdzie już ze mną więcej nie pójdą. Oj pójdą, pójdą, bo w następnym tygodniu chcę znaleźć pomnik Kafki na Josefovie. I tutaj dygresja, jak to nie warto wierzyć przewodnikom. Pamiętam, że gdy ostatnio byłam w tym mieście na wycieczce uczycieli, czyli raz dwa widzimy alej i idziemy dalej, a o tutaj jest kibel za darmo, pani przeganiająca twierdziła, że ten Josefov to taki w sumie nieistotny i follow me. Sama zobaczę naprawdę, gdy nogi mnie zaniosą po raz kolejny. A zaniosą i wtedy napiszę więcej o Kafce i innych tam takich.

Wracając, kocham ciepło i gdy na opuchniętą stopę wyciągniętą do słoneczka wdrapywał się tegoroczny pająk-osesek, dlatego właśnie, że człowiek pełen jest przeciwieństw, przypomniało mi się jak spędziliśmy Dzień Konstytucji w tamtym tygodniu. Prosz:

Gap of Dunloe

Koniki we mgle. Pogoda była niezła, biorąc pod uwagę jak zła mogłaby być. Nie mogę tego wypadu zaliczyć jako spacer, bo po prostu wjechaliśmy od strony Killarney, Cill Arney, w Dolinę Dunloe (Dún Lóich, tu właśnie zdjęcie koników), potem przejechaliśmy kawałek Blackvalley i parku narodowego. Zatrzymaliśmy się na Ladie’s View – miejscu, gdzie w 1861 dwórki królowej Wiktorii zachwycały się widokiem na the Ring of Kerry, Mórchuaird Chiarraí. Na nas, na konie, na wszechobecne owieczki opadała leciutka mżawka, która ochlapywała nam obiektyw i psuła zdjęcia. Zresztą może to była mżawka, może mgła, a gdy wspinaliśmy się wyżej z pewnością były to chmury.

somewhere in Kerry

Pomimo tego widoki wspaniałe i dobra kawa po drodze:

Pokręcone drzewa, podmokłe dolinki, sporo lasu i zblazowane owce w różnych odsłonach kolorystycznych – część tej dobroci jest pierwszym parkiem narodowym Irlandii, zakątkiem dzikim, ale pogodzony z działalnością człowieka. Bo przecież jechaliśmy asfaltową drogą, piliśmy kawę przy szlaku, a jeśli chodzi o dzikość … mogę sobie tylko wyobrazić jak bardzo w tej skalistej okolicy, która w obniżeniach przechodzi w grząskie, zachaszczone ostępy, autochtoni byli odcięci od świata podczas ostatniej, trzydniowej zimy. I jakim kozakiem był wobec tego gość z piosenki „Whiskey in the Jar” [niech to nam zaśpiewa Luke Kelly, chłopak z Dublina].

Iść tędy dwieście lat temu, zanim jeszcze wylano asfalt, w Avoce podawano kawę i umożliwiano płacenie kartą za cholernie drogie, wełniane żakiety i zanim wynaleziono telefony komórkowe, które wprawdzie nie łapią zasięgu, ale upewniają, że przecież za kilometr lub dwa objawi się cywilizacja białego człowieka – nie, to nie było zadanie dla bojaźliwych.

I tak mi się właśnie w głowie roi. Odrobina chłodnego, mglistego Kerry bujającego w chmurach na dzisiaj – ciepły wtorek ze spuchniętą stopą. Nóżka odsapnie i idziemy dalej.

Irlandzka starość jest jakaś inna.

Pamiętam starszą panią z naszej letniej wycieczki na klify przy Grobli Olbrzyma. Nie strwożyła ją para obściskujących się nienastolatków na wąskiej drodze. „Lovely rest”, uśmiecha się do nas (Kraciasty mówi, że to nie mogło być na Grobli, ale starszą panią pamiętamy oboje, czyli to wydarzyło się naprawdę. Gdzieś).

Sierpień, impreza u Eugene’a i jego partnera w ich stodole. Właśnie tak. Partnera. W stodole. Opera i przeboje musicalowe na żywo. Jesteśmy tu chyba jedynymi Polakami i dość zaniżamy średnią wieku. Sądziłam, że przyszliśmy na godzinkę w porywach. Pod koniec starsze panie żwawo machają chusteczkami, nie wiem skąd je wzięły, widać tu taki zwyczaj, że nosi się nie tylko papierowe. Organizatorzy są otwartymi gejami na irlandzkiej, katolickiej prowincji. NOBODY GIVES A SHIT. Wychodzimy około północy.

Miesiąc temu, wtorek. Spędziliśmy go w naszej Irlandii bardzo pogodnie, głównie w drodze do/w/z Carlingford. Kiedy wychodziłam rano z domu nad morzem, akurat naszła nas sąsiadka. Uścisnęła mnie, powiedziała „You are welcome” i dodała trochę wiadomości na temat stanu innej starszej osoby, która mieszka w naszym zaułku małych domków. Zakończyła sprawozdanie na temat jej zdrowia słowami „She’s a fighter, like we all”.

Tamten wtorek to był w ogóle bardzo udany dzień. Byliśmy na kawie w kawiarnianej dziupelce o nazwie Liberty Cafe. Obok nas siedziała starsza para, on zupełnie już siwy, ona w wielkim kapeluszu. Delektowali się zupą pomidorową, chwilami łapałam uchem strzępki rozmów … mieli swoją zupę, swoje sprawy.

Irlandzka starość jest jakaś inna? Z pewnością upraszczam. Czy Irlandczycy nie mają problemów? Ależ mają, mam na myśli problemy społeczne, alkoholizm i jego skutki, spory odsetek zaburzeń psychicznych, widoczni na ulicy niepełnosprawni umysłowo. Dużo ich tutaj, część jest zupełnie normalnie aktywna zawodowo.

Wiesz, w zasadzie wróciłam do tego tematu w swojej głowie w trakcie wczorajszej podróży do Ennis. Gdy wyjeżdżaliśmy nasza starsza sąsiadka z naprzeciwka właśnie pakowała się do swojego czerwonego tygryska. Kobieta jest cały czas na chodzie, dba o to, żeby czuć się potrzebną. I za każdym razem, gdy nas widzi, ma dobre słowo na powitanie, a jej tygrysek jest nienagannie czysty. Zresztą sąsiadka z boku też ma samochód i sąsiad po drugiej stronie, antyk, który regularnie dba o dostawę drewna do kominka. Czuję się przy nich jak niepełnosprawna.

Wracając do podróży do Ennis. Pierwszym przystankiem był szpital Beaumont. Ogromny, mnóstwo ludzi i, jak to w szpitalu, raczej niewielu zdrowych. Obok mnie w poczekalni trzy panie, każda na oko starsza od mojej mamy. Jedna czytała porady jak zostać skowronkiem, potem wszystkie trzy zaczęły między sobą rozmawiać o rodzinie i o tym jak rozmawiać z młodszymi o seksie. Uśmiech w zasadzie nie schodził im z twarzy. Od żadnej, podsłuchując bezczelnie, nie dowiedziałam się, co jej dolega i jak bardzo cierpi. Aha, i jedna narzekała na młodzież – że teraz nie wystarczająco dużo udzielają się charytatywnie. Czwartą panią, dużo od nich starszą albo dużo bardziej zniedołężniałą zauważyłam dopiero, gdy wywołano jej nazwisko i pani doktor podeszła z troską widząc, że starsza osoba, do tej pory milcząco wpatrzona w swoje buty, bardzo wolno zaczyna rozruch ku gabinetowi. Drobna, zgarbiona kobieta odmówiła pomocy, albo raczej stanowczo choć spokojnie poradziła sobie z uchwyceniem torby, zabraniem spod pupy poduszki, skoordynowaniem tego z trzymaniem w drugiej ręce laski i we własnym tempie zaczęła sunąć w obranym kierunku. „Take your time”, mówią.

Więc widzisz, może i upraszczam. Z pewnością wspaniałe rozmowy można prowadzić ze starszymi ludźmi w Polsce. Ale nie mamy jednak takiego zestawu wspierających dobry nastrój wstępów i zakończeń konwersacji. „Are you good” „Are you ok?” „That’s lovely” „Lovely, isn’t it?” „Yeah” „Are you enjoing it?” „How are ya?” „Enjoy!” „Cheers” „Thanks a milion”. Nasz język zdecydowanie nie pomaga osobom przesączonym naturalnym optymizmem, który pobrzmiewa naiwnie i niepoważnie. Zanim dojechaliśmy do Ennis zatrzymaliśmy się na pizzę w Barack Obama Plaza (Naprawdę jest coś takiego – w połowie XIX wieku syn lokalnego szewca, Falmouth Kearney, wyruszył stąd do Stanów Zjednoczonych rozpocząć nowe życie. Był to praprapradziadek byłego prezydenta USA). Akurat siedliśmy obok starszej pani w różowym sweterku i jasnych spodniach – mam nadzieję, że to mi się nie wydaje, bo chcę zapamiętać jej obraz. Prawdę mówiąc od razu zauważyłam, że zaczyna jeść ciasto marchewkowe i zastanawiałam się skąd je wzięła i czy jest dobre. Pani siedziała zupełnie sama i kiedy Kraciasty oddalił się w zacnym kierunku żeby zdążyć przed pizzą, dwa razy odwróciłam się zachęcająco z pytaniem w oczach „opowiedz jak tam ciastko?”. W odpowiedzi usłyszałam zwokalizowane „How are ya?” i po wstępach dowiedziałam się, że pani właśnie wróciła do Irlandii i mieszka w Dublinie. Wróciła po 36 latach – mieszkała w Nowej Zelandii i uczyła tam dzieci. Była też w Polsce, ale tylko tydzień, w Warszawie, Krakowie, Auschwitz; wspomina o siostrach miłosierdzia. Podzieliłam się po równo moim i Kraciastego życiem, na tyle na ile pozwoliło to pięć minut. I dowiedziałam się, jak tam ciastko. Od tego tak się zagadałam, że pizzę i kawę przyniosła mi pani, która wcale nie musiała tego robić. „Thanks a milion”. Kraciasty mówi, że cały czas byłam uśmiechnięta. Jak można nie być, skoro rozmowa zaczyna się od myśli w głowie „opowiedz jak tam ciastko?”. Zanim wyszła, jeszcze raz machnęłyśmy do siebie ręką przez szybę.

Pod Penisem (dobra, Penneysem) w Ennis zamówiłam herbatę i ciastko (bo wcześniej ciastko po pizzy nie chciało się zmieścić). Marchewkowe, optymalne, wilgotne w środku. Niedaleko przysiadła pani z wdowim garbem i gośćcem w dłoniach. Spokojnie zajmowała się swoim ciastkiem i swoją kawą. W Polsce tak … nie wiem jak to napisać … tak stare osoby? … wróć, w Polsce osoby w tym stanie rzadko można obserwować samodzielne, cieszące się swoim napojem w miejscu publicznym. „W tym stanie”… to też brzmi jakoś słabo. Stan starości i zniedołężnienia … kobiety, obserwowałam wczoraj kobiety. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Może i to „w Polsce” to moje „na polskiej prowincji”, w końcu jestem ze wsi i mam takie obserwacje a nie inne. Obserwując w Irlandii osoby dużo starsze ode mnie metryką i teraz próbując to opisać czuję niewłaściwość słownictwa. Starsze osoby – ile można to powtarzać, pacjenci, staruszki … język dzieli to, co niepodzielne. Ludzie karwa, tylko trochę starsi. Nie wydają się różni, nie marudzą, dążą do samodzielności, mają swoje herbaty. Otóż to, MAJĄ SWOJE HERBATY, są uczestnikami, walczą, są jak Clint Eastwood, albo jak Bette Davis, albo jak pani Szaflarska. Jednak inna jest ta irlandzka starość, bo zauważam deficyt słów, a nie miałam tego uczucia w Polsce. Tam starsi ludzie nie są mną, tutaj jak najbardziej. I to że tak czuję leży po ich stronie, to oni to robią.

A żeby nie było, że tylko panie obserwowałam, zapisuję obraz pana z einsteinowską fryzurą na głowie i dresowymi spodniami na które pan naciągnął skarpety. Pumphose w natarciu przy kasie w Tesco.

***

W Beaumont pan z mocną nadwagą i parkinsonowym krokiem po wyjściu z gabinetu majestatycznie sunie do rejestracji i podaje coś chłopakowi, który mógłby być jego wnukiem. „Are you ok?”. Pan nie odpowiada, tylko podaje papierek, uśmiecha się i obiera azymut na wyjście … „Cheers”, zagaduje jeszcze raz młody na odchodnym, starszy człowiek nawet się nie odwraca, ale widać, że jest uśmiechnięty i odpowiada „Be good”.