Schlagwort-Archive: w drodze

Podróż do Mount Stewart w hrabstwie Down.

XIX-wieczny dom i przylegający do niego park były naszym celem już dwa razy. Jeśli czytasz jakiś czas tego bloga, pewnie wiesz, że za pierwszym razem utknęliśmy na Castle Ward, za drugim razem bliżej, bo w Newcastle. Ale my się nie poddajemy tak łatwo. Dzień wcześniej sprawdziliśmy pogodę, żeby wiedzieć, że może być okropna (gdy w środowy wieczór jechaliśmy do–od przyjaciół na herbatę i wyjadanie rodzynek, za oknami samochodu była Kraina Deszczowców). Od czego są jednak parasol i kaloszki? Ułatwiliśmy sobie też sprawę nie wybierając drogi nadbrzeżnej i zmierzając do celu autostradą M1, żeby nie skusił nas podstępem żaden widoczek, ani żadna przytulna kawiarnia w nadmorskim miasteczku.

Mount Stewart … Posiadłość jest związana z historią rodu Vane-Tempest-Stewart, markizów Londonderry. Zanim pierwszy właściciel z rodu Stewartów kupił ją za pieniądze z handlu lnem, ziemia ta była znana pod nazwą Mount Pleasant. Rozkwit posiadłości nastąpił w I poł. XIX wieku, gdy czwarty z kolei właściciel postanowił ożenić się po raz drugi i jego wybranką została o 22 lata młodsza dziedziczka fortuny, Lady Frances Anne z domu Vane-Tempest (słusznie opłaciło się markizowi Londonderry zmienić w związku z tym nazwisko Stewart na nazwisko żony). Charles William Vane i jego żona Frances Anne rozbudowali skromny dom w stylu georgiańskim na sporą rezydencję (którą nadal nazywali domkiem nad morzem). Poza tym zapisali się w historii tym, że mieli kupę kasy. I byli pradziadkami tego Winstona Churchilla, który zresztą w domu bywał.

Ale do rzeczy … pogoda w czwartek była pochmurna i nie padało, czyli … było bardzo ładnie. Pojechaliśmy trasą przez Belfast, dojechaliśmy do posiadłości minutę przed południem i zanim jeszcze mogliśmy rzucić okiem na główny budynek, po kupieniu biletów postanowiliśmy się posilić wśród poduszkowych wiewiórek i królików:

Oj, jak Kraciasty sobie chwalił chicken & basil broth! Chciałbyś tu być 😀 Pierwszy rzut oka na dom również był jak najbardziej korzystny. Zadbany, przyjaźnie nastawiony do turystów z psami. Zdecydowaliśmy, że zrobimy rundkę szlakiem wiewiórczym, i gdy podeszliśmy ścieżką do stawu, wyszedł nam na przeciw komitet powitalny:

Zawsze mnie rozczulają zwierzęta, które nie boją się ludzi, bo to dobrze świadczy o gromadzącej się w tym miejscu ludzkości. Wspaniały park. Kraciasty doszedł do wniosku, że jest różnica pomiędzy ogrodem w stylu angielskim, a ogrodem angielskim. Byliśmy w tym drugim, pełnym ogromnych paproci, różnorodności drzew z całego świata, przekwitających rododendronów i oszałamiających zapachów innego kwiecia. Doszliśmy ścieżką aż do the walled garden, a tam z kolei nie w pełni jeszcze rozwinięty zakątek różany. Trafiliśmy, widać, pomiędzy rododendronowo-różaną zmianę warty, ale nie możemy narzekać.

Kiedyś, obiecuję to sobie, zrobię fotoreportaż ze znanego mi, byłego pegeeru, bo różne są rodzaje piękna. W Mount Stewart też znalazłam alternatywę – rozpadającą się szklarnię, zapełnioną polnymi kwiatami. Niedaleko „pracowały“ współczesne szklarnio-wylęgarnie, które mogłyby się znajdować przy zwykłym farmerskim domu. Park żyje, pomiędzy starodrzewem widać nowe, pieczołowicie chronione sadzonki, a po parkowych ścieżkach jeżdżą pracownicy, którzy cały czas wykonuję prace konserwatorskie … jeden miał na głowie mohawka i zasłaniał sobie twarz chustą jak kowboj 😉

Za wiodącą w górę ścieżką niezwykle wonnych roślin znajduję się dziwna budowla. Tir n’an Og. Teraz już wiem, że celtycka nazwa powinna zachęcić mnie następnym razem do baczniejszego rozglądania się po okolicy. W pobliżu jest niewielki rodzinny cmentarz do którego nie dotarliśmy zwiedzeni gąszczem krzaków.

Wędrowaliśmy naokoło stawu ścieżką, która miała nas zaprowadzić do siedlisk czerwonych wiewiórek. I zaprowadziła, niestety wiewiórek nie było w domu. Widzieliśmy za to wiele gatunków ptaków i nawet nie wiem kiedy Kraciasty podglądał tę rodzinę łabędzi:

Wybraliśmy dobry dzień, po parku chodzili cicho deszczowi ludzie, dość często ze swoimi dobrze wychowanymi psami, i nikt nikomu nie przeszkadzał. Kraciasty lubi to zdjęcie:

A to już widok na front domu, gdy wracaliśmy ze spaceru po parku …

… i ściana rezydencji wychodząca na główne ogrody przydomowe, którym oglądaną przez nas formę nadano w czasach edwardiańskich, czyli w okolicach pierwszej wojny światowej:

Ich inspiratorką była Edith, siódma markiza Londonderry*. Nie mogliśmy wejść na teren ogrodu włoskiego, był odgrodzony napisem „private“, może to znak, że właściciel jest właśnie w domu. Podobnie nie wszystkie wnętrza udostępniano turystom, a chwilę po tym jak obejrzeliśmy paradną jadalnię, pracownicy zaczęli przygotowywać zastawę stołową do posiłku. Ostatnia dziedziczka, Lady Rose Lauritzen, wnuczka Edith**, przez pół roku mieszka w Wenecji, ale drugą część spędza tutaj, w swoim domu rodzinnym. Mount Stewart to raczej więc dom niż muzeum, chociaż „na pokojach“ witali nas pracownicy, którzy każdemu z osobna opowiadali w jakim miejscu się znajdujemy. Dywany podwinięte jakby tylko na tę chwilę, żebyśmy ich nie podeptali, skoro już wpadliśmy, a wszędzie ogrom bibelotów, portretów, cennych drobiazgów, które podkreślają bogactwo tego miejsca. Na górze sypialnie i sypialnie, ta na zdjęciu wydała mi się najbardziej klimatyczna:

Po zlustrowaniu domu wróciliśmy z Kraciastym do miejsca, gdzie poprzednio raczyliśmy się zupą. Ciasto marchewkowe było wilgotne i przesmaczne, a tematy rozmów zaangażowane. W czasie zwiedzania kilkakrotnie rozśmieszyło mnie nabożne przywiązanie naszych przewodników do rozwodzenia się na temat ogromnej fortuny dziedziców. Zapamiętałam też boczne trzwi, tuż przy wejściowych, drzwi dla służby, która miała być w czasie pracy jak najmniej widoczna.

Tak jak podoba mi się piękna architektura, mam za nic styl życia na który jego uczestnicy sobie nie zapracowali. Zawsze też zastanawiało mnie przy okazji tak wielkich posiadłości, które wymagały wielkiej liczby ludzi do obsługi, na ile właściciele faktycznie „posiadali“ swój dom, ile mieli w niej zupełnie zwyczajnej wolności, którą ja cieszę się każdego dnia. Czy np. potrafiliby we własnej kuchni znaleźć marmoladę, żeby nią posmarować sobie chleb. No właśnie … kiedy obudziłam się z rana od razu usłyszałam w głowie myśl, że nie byliśmy w kuchni 🙂

Po herbacie i kawie poszliśmy w stronę najwyżej położonej części parku, gdzie zbudowano Wieżę Wiatrów, Tower of the Winds. Budynek jest nowożytną wariacją na temat wieży, która do dziś stoi w Atenach i jest uważana za pierwszą znaną w historii stację meteo:

Wieża w Mount Stewart pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i wczoraj, ze szczelnie pozamykanymi oknami, była w głębokim śnie. Widoki na zatokę Strangford nawet w ten pochmurny dzień są piękne, choćby jak tu poniżej, z widoczną w tle sylwetką wieży Scrabo (dodaję to zdjęcie, bo mi ptaszek przeleciał):

Przez cały ten czas nie spadła ani kropla deszczu i wielki parasol, który zwiedzał park razem z nami, okazał się mało praktyczny. Zeszliśmy do parkingu zmarznięci i ruszyliśmy drogą przez Belfast w coraz bardziej gęstniejącym ruchu ulicznym. Kraciasty miał plan przetrwania godziny szczytu – w stolicy Irlandii Północnej zatrzymaliśmy się na jakiś czas pod zjawiskowo zaaranżowanym Stormont, siedzibą lokalnego parlamentu. Piszę „zjawiskowo“, bo budynek posadowiony jest na pagórku i prowadzi do niego długa, wznosząca się aleja obsadzona szpalerami lip. Patrzyłam na te lipy i zastanawiałam się kiedy zaplanowano i zbudowano tak reprezentacyjną budowlę. Dopiero w 1932 roku! Takie zaskoczenie (obstawiałam raczej, że budynek zaadoptowano po zerwaniu związku z Republiką). Zainaugurował jego działanie Edward, książę Walii, późniejszy Edwarda VIII, ten od abdykacji z powodu „mezaliansu“ z rozwódką. Oboje z Kraciastym mamy teraz skojarzenia związane z architekturą Trzeciej Rzeszy czy socrealizmem. Estetyka władzy.

Przed budynkiem, w dramatycznej pozie stoi Edward Carson, brytyjski prawnik, który wsławił się m.in. wystąpieniem przeciwko Oscarowi Wilde’owi w procesie o zniesławienie, chociaż oczywiście nie dlatego mu ten pomnik (jeszcze za jego życia) wystawiono.

Pomniki w takim miejscu wystawia się za politykę, a Carson był „niekoronowanym królem irladzkich protestantów“ … cokolwiek to znaczy 😀 Widzisz tę alejkę? Wleźliśmy nią w górę, a potem zeszliśmy w dół. Stormont można zwiedzać w środku, ale przyjechaliśmy poza godzinami urzędowania i widać było jak z prywatnych parkingów wylewają się pracujące tutaj sekretarki. Dzięki spacerowi udało się nam przeczekać korki, zrobić zdjęcia srokom i wychłodzić się na tyle, że oboje wieczorem nie czuliśmy się najlepiej. W czasie tej jednodniowej wycieczki do Irlandii Północnej zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć, które przeglądałam w czasie pisania. Powinnam dać więcej kwiatów, ale których? Powinnam pokazać Ci obrazy, ale które? Bibeloty, o bogowie, ilu rupieciom zrobił zdjęcia Kraciasty. I był jeleń … zapomniałam o jeleniu:

Miałam z nim sesję zdjęciową, ale zostawię ją dla siebie. Zdecydowanie polecam Mount Stewart do długich spacerów, jeśli przyjedziesz zwiedzić Belfast lub mieszkasz gdzieś w pobliżu. Z całą pewnością nie warto odkładać takiego spaceru na lepszą pogodę 🙂 Wczoraj oboje trochę pociągaliśmy nosem, ale rozeszło się po kościach, dzisiaj za oknem mieliśmy oberwanie chmury, a i teraz nie jest to pogoda dla kotka, więc Rysiu siedzi z nami w domu. Czytam, że we Wrocławiu są 32 stopnie, nam chyba to na razie nie grozi. Poza tym nie mam zakończenia, ni puenty. Deszcz leje, jest miło, Kraciasty się mnie pyta jak chcę gulasz. Dobrze chcę. Dzisiaj odpoczywamy i gadamy. Relacja z gadania będzie póżniej na Związku. Miłego weekendu 🙂

________________________
* o historii tworzenia ogrodów możesz poczytać w „Mount Stewart Garden history.
** jak wygląda Lady Rose i jak wspomina swoje dzieciństwo, możesz zobaczyć artykule „Belfast Telegraph.

Werbeanzeigen

Jedno zdjęcie. Przed siebie.

Za oknem wiosna, kosiarki chodzą pełną parą, szpaki jedzą lunch spacerując w trawie obciętej akurat do szpaczych kolanek. A przed Tobą na zdjęciu Śląski Grzbiet, którym biegnie polsko-czeska granica – dawne tereny rodziny Schaffgotschów, z widoczną w oddali stacją przekaźnikową wybudowaną nad Wielkim Śnieżnym Kotłem. Właśnie tam zmierzaliśmy. Przed Śnieżnymi Kotłami Wielki Szyszak, Vysoké Kolo, Hohe Rand, z  pozostałościami po kamiennym kopcu wzniesionym na cześć Wilhelma I, cesarza Niemiec, który żywot swój zakończył w roku trzech cesarzy, Dreikaiserjahr. Jeszcze bliżej, tuż nad lasem kosodrzewiny, widzisz Czeskie Kamienie, Mužské kameny, Mannsteine.

Czerwony szlak, 3 lipca 2017, drugi dzień wędrówki.

Karkonosze 17

Karkonosze, moje pierwsze góry. Nasze pierwsze góry. Chce mi się iść.

Poniedziałkowe Annagassan i Blackrock.

Chwilę mnie tu nie było, w międzyczasie Kraciasty poleciał na wschód, a ja przeszłam na obiady indywidualne i pasienie kota w pojedynkę. Bardzo dobre rzeczy się ostatnio powydarzały, wszystkiego w posta nie upchnę. O poranku porozdawano Oscary i pamiętam lata, gdy naprawdę interesowałam się tą nagrodą i rano nasłuchiwałam wiadomości. Przychodzi w życiu jednak taki czas, gdy ważniejsze jest nakarmienie kota 😀

drogheda walentynki

Powyżej rzeka Boyne i widok od strony miasta na XIX-wieczny most kolejowy Tarbhealach na Bóinne, wczasie budowy był siódmym tego typu na świecie, jeden z ówczesnych cudów techniki. Zdjęcie zrobiłam z mostu (po prawdzie to kładki dla pieszych) Hugh DeLacy. Ale fotka jest z walentynkowego czwartku i umieszczam ją tylko dlatego, że widok mi się bardzo podoba, a chcę Cię zabrać na spacer z  zeszłego poniedziałku …

… kiedy się człowiek włóczy w Walentynki to jeszcze jest jakiś przebrzydły argument, że lans na mieście, bo wszyscy się lansują 😀 Ale dlaczego wyleźliśmy z domu w poniedziałek, zamiast jak pambu przykazał siedzieć i się w tv gapić, tego, dajcież mi o bogowie, nie pomnę. W każdym razie wyjechaliśmy z domu na północ i minęliśmy domek o którym pisałam, że zrobił mi ciepło na sercu, bo jest w nim miejsce dla pieska:

domek po drodze

Kraciasty specjalnie zatrzymał w tym miejscu samochód, żeby zrobić parę ujęć – zobacz, jak dom jest wetknięty pomiędzy wąską drogą i skalistym brzegiem. Co kilka godzin podchodzą do niego wody Morza Irlandzkiego.

Droga prowadziła nas wybrzeżem przez Annagassan, Áth na gCasán, i nie chcieliśmy sobie odmówić przejścia się tamtejszą plażą. Na zdjęciu widać ją w pełnym odpływie, a „kijki“, które wystają z gruntu, wytyczają główny nurt rzeki, żeby się nie pochachmęciło kutrom rybackim wpływającym do małego portu po połowie sercówek czy innego tam skorupiaka:

Annagassan (2)

Nad morzem świat wydaje się większy, klarowniejszy, chmury bliższe, głowa lżejsza.

Wieś Annagassan, dawna twierdza Wikingów (tzw. longphort), jest malowniczo położona przy ujściu rzeki Glyde. Pierwsze wzmianki na jej temat są z poł. IX wieku – była tu wówczas forteca o nazwie Linn Duachaill. W tamtych czasach dwa longphorty zostały założone przez rudych wojowników z północy – drugim był … Dubh Linn. Splot okoliczności, być może też wyjątkowo spektakularne odpływy sprawiły, że to Dublin jest Dublinem, a pamięć o Linn Duachaill przywrócono dopiero kilka lat temu, gdy archeologowie dokopali się pod Annagassan do artefaktów, które potwierdziły, że stare księgi nie bujały wspominając o dwóch pierwszych longphortach

Każda z plaż ma swój własny charakter, każda jest trochę inna. W Clogher podczas odpływu podchodzimy nieraz pod same fale, tutaj, chociaż lubię spacerować w tym miejscu, nie czuję się na tyle bezpiecznie, żeby wędrować dalej po odkrytym piasku. Wyjątkowo rozległe odpływy odsłaniają grząskie dno pełne mokrych sadzawek i małży mroku, a przypływ przychodzi szybko.

Kolejny raz minęliśmy to coś, czemu tym razem dokładniej się przyjrzałam:

Annagassan (1)

Multimedialnie wygląda to tak (zwróć uwagę na górzyste, bajkowe tło):

Wytrwale szukałam wiadomości o wraku pozostawionym w tej okolicy, ale jedyna ciekawa wzmianka dotyczyła statku, który jest zatopiony głębiej w morzu. Intryguje mnie czy jest to pozostałość jednostki pływającej, resztki umocnienia wybrzeża czy atrapa dla turystów. Cokolwiek by to nie było, nikomu nie chce się o tym napisać w sieci. Takie to nawet trochę irlandzkie, leży sobie, po co drążyć …

W czasie spaceru trochę-padało-a-trochę-nie, i gdy schodziliśmy z plaży, ukazała się nad nią tęcza. Usiłowałam jej zrobić telefonem zdjęcie – w ten sposób na jedną z fotek załapał się anonimowy piesek, który niesamowicie uszczęśliwiony mknął we wszystkich kierunkach:

Annagassan (3)

Chwilę później Kraciasty zaparkował samochód pod krzaczkiem na wapiennym moście z przełomu XVII i XIX wieku i wleźliśmy na stromy pagórek, ja popiskując od czasu do czasu ojej, ojej, jak stromo, jak wejdę, jak zejdę, bo miałam na sobie nie za często noszone glanki i nie wiedziałam, czy one chcą ze mną wejść na górę, czy tak trochę nie bardzo.

Port i plaża w Annagassan jest za domami, pod mostem płynie Glyde, a my stoimy na wzniesieniu, które jest pozostałością osady Wikingów. Myślę, że wiem, co ich w tym miejscu urzekło. Widok na zatokę, kontrola nad rzeką:

Annagassan (4)

Niewielki port w Annagassan szczególnie pięknie wygląda przykryty  śniegiem lub szronem, co zdarza się niezbyt często.

Kiedy sturlałam się z pagórka, droga zaprowadziła nas wybrzeżem do Blackrock, o którym trochę już pisałam w innym poście. Byliśmy po raz drugi w Belle’s Tea Room i, jak widać na zdjęciu, przy kawie dobrze nam się wiodło, jak zawsze zresztą:

Blackrock 3

W Blackrock zazwyczaj spacerujemy po nadmorskiej promenadzie, i tym razem zauważyliśmy coś, czego wcześniej tutaj nie było – rzeźbę lokalnego artysty, Micheála McKeowna, odsłoniętą pod koniec zeszłego roku:

Blackrock

Dwie postacie błyszczące w słońcu jak roboty upamiętniają zbieraczy małży z początków XX wieku. Cockle pickers. Ludzie zbierający sercówki – nie tak dawno temu widok zupełnie zwykły, związany z wielopokoleniową tradycją. Zajęcie wydające się tak błahym, które uratowało życie wielu lokalnym rodzinom w czasach Wielkiego Głodu.

Blackrock 2

Wystarczy inna pora roku, dzień, godzina, układ chmur. Codziennie można byłoby robić zdjęcie choćby tego jednego miejsca. Promenadę w Blackrock zbudowano w latach 50-tych XIX wieku, w wieku XX zrobiono na niej miejsce na ruchliwą trasę R172. Natężenie ruchu jest więc spore, widoków to nie onieśmiela. Jakże inaczej to samo miejsce wygląda podczas przypływu:

View this post on Instagram

🌊☔

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po przyjemnie spędzonym popołudniu był powrót w kierunku domu, księżyc, plaża we wsi i uświadomienie sobie, że to nie Doris nocuje obecnie w hangarze. Taki był zeszły poniedziałek. Teraz jestem tylko z kotem i robię obiad na śniadanie. W międzyczasie dowiem się, co tam na świecie. Będzie to więc spokojny dzień spędzony tak bardziej w środku. Rysiu właśnie odkrył, że kiedy siedzi w oknie wewnątrz domu widzi te same ptaszki i pieski, co wtedy, gdy siedzi na oknie na zewnątrz, tylko, że w środku nie wieje mu wiatr. Sądzę, że to będzie jedno z jego ulubionych miejsc. A jakie są Twoje poniedziałkowe odkrycia?
Dobrego tygodnia 🙂

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scarlet St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house“, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

Instagram: @świechna

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

Instagram: @świechna

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży“ Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie“. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?“. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia“. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura“. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Connn-e-mar-aaaaa …

Jeden z sześciu parków w Irlandii i trzeci, który odwiedziłam. Pisałam Ci już o Killarney, do parku w Górach Wicklow blogowo wrócę pewnie, gdy wybiorę się tam kolejny raz. A dzisiaj świeżynka z tego tygodnia …

Przejazd z Galway do domu przez Connemarę jest po drodze tylko nam. W Galway spędziłam jedno popołudnie i mogę powiedzieć tyle, że znajomy, który wyjątkowo sarkał na to miejsce, ma nie po kolei w głowie. Pogoda była epicka, więc chcieliśmy na coś wejść … Connemara leży w zasięgu ręki, pojechaliśmy bardziej na północ słuchając płyty Big Cyca. Jedziemy, a tu zupełnie spokojnie na (prawie) prostej drodze otwierają się górki. I mamy takie powitanie:

View this post on Instagram

Cześć, witamy w Connemarze…

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Connemara
Conn-e-mar-a..
Connn-e-mar-aaaaa …

Nasz pierwszy owczy znajomy  lokales szedł sobie tak właśnie pobekując, a my usłyszeliśmy „witamy w Connemarze“, po czym wyminął nas i dalej to swoje „Krystyna, Krystynaaaa, gdzie jesteś?“. Minęliśmy Stefana potem po lewej stronie drogi, gdy już znalazł Krystynę. Owce są tutaj naprawdę mądre, nie tylko znają się na zasadach ruchu drogowego, ale też wybierają asfalt kiedy trzeba. Kiedy trzeba, o tym jeszcze będzie …

Conamara nie jest hrabstwem ani prowincją, lecz regionem w dwóch hrabstwach, Galway i Mayo; jest gaeltacht – bardzo mocno związana z irlandzką kulturą i językiem, bo sporo ludzi mówi tu odłamem irlandzkiego (connacht irish) jako językiem pierwszym. Podobno Oliver Cromwell wysyłał ludzi „do diabła lub do Connemary“. Piękne miejsce w ładny dzień:

Connemara 1

A potem próbowaliśmy przejść do upatrzonego z góry szlaku na przełaj taką niby łączką. I szybciutko wróciliśmy. Buty mam nieprzemakalne, trochę zapadł mi się nosek, ale stąpanie po dziwnym podłożu i zastanawianie się, kiedy zacznie się takie trochę bardziej bagno i będziemy mieli okazję stać się jednym z bog bodiesnah, to nie dla mnie. Mówiąc krótko, pod wpływem delikatnej perswazji natury spuściliśmy z tonu i zamiast przecierać szlaki, na których i tak już owce z pewnością nas wyprzedziły, wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje i podjechaliśmy pod park narodowy przy Letterfrack, Leitir Fraic. Po drodze zrobiłam zdjęcie orzechowego sadu z którego próbowaliśmy wystartować na przełaj:

Connemara 2

Tak, myślę, że sąsiednie wzniesienia patrzą na nas z lekkim politowaniem.

Na terenie parku są trzy ładne szlaki różniące się stopniem trudności. Są też zwierzęta, w tym owce, osiołki, pasikoniki i krówki. Pasikoniki są z rodzaju Connemary pony, Capaillín Chonamara, jedynych autochtonów rodzaju końskiego na wyspie. Jedni mówią, że konie te sprowadzili Wikingowie, inni, że to bezpośredni spadkobiercy nieistniejącej już rasy Irish hobby wyhodowanej w XIII wieku. Krówki jakie tu można zobaczyć to irish moiled, rzadko spotykane czerwone krowy z białym pasem na plecach, ich hodowla rozpoczęła się na wyspie w IV wieku a pod koniec lat 70-tych było ich zaledwie około 30 sztuk; black galloway, zadziorne, czarne krowy, które przyjechały na te tereny w XIX wieku ze Szkocji i czarne krowy z Kerry, podobno jedna ze starszych ras europejskich.

Byliśmy i my, na samym szczycie górki o nazwie Diamond Hill, po irlandzku Binn Ghuaire, lub w zanglicyzowanej wersji Bengooria. Raptem 442 m n.p.m., więc znów  niby tak śmiesznie, bo na co tu wchodzić? Zawsze jest na co, taki to kraj. Dwa razy nie wiedziałam, którą nóżką dać do przodu, bo zrobiło się stromo, nawet trochę bardzo. Wspaniałe w tej górze były widoki na wyższe siostry Twelve Bens, Na Beanna Beola, piękne szczyty o wysokości pomiędzy 526 m do 729 m, z których jeden śmieje się z nas, że chcieliśmy go podejść od strony torfowisk. A to już widok z Diamond Hill na koronkowe wybrzeże zachodniej Irlandii:

Diamond Hill 1

I koleżanki po drugiej stronie, trochę zadzierające nosa, otoczone torfowiskami, wymuskane przez wiatr:

Instagram: @świechna

Torfowiska … pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz, także pierwszy raz widziałam tak dużo miejsc, gdzie wydobywa się torf i go suszy. Nawet na terenie parku przechodziliśmy obok zagłębień po odkrywkach. Czytałam, że w regionach, gdzie mało jest drzew torfu używano nawet do budowania domów, ale nie wiem, czy tak było w Connemarze. Dzikość Connemary jest inną dzikością niż ta pomiędzy górami Kerry. Kerry mówi od razu: jestem strome i nieprzyjazne, uważaj, bo coś Ci może spaść na głowę. Connemara jest miła. Dopóki trzymasz się szlaku. Bagna nie od razu wyglądają na bagna, siedliska ludzkie są jednak mocno rozproszone, co jest pierwszą wskazówką, że nie wszędzie gdzie chce się pójść na skróty, faktycznie pójść warto. I tu powracam do mądrości Stefana i jego kolegów, którzy lubią asfalt. Po pierwsze, po co się męczyć, po drugie, po co się topić, życie jest piękne. Z całą pewnością nie byliśmy w regionie najbardziej zabagnionym, bo te są w Irlandii bardziej na północ, ale Alcock i Brown, autorzy pierwszego nieprzerwanego przelotu nad Atlantykiem, skaptowali niedaleko Clifden, An Clochán, właśnie w trzęsawisku.

Schodziliśmy z Diamond Hill około siódmej wieczorem, niewiele było już ludzi, chociaż na płaskiej części szlaku minęło nas parę osób idących w przeciwnym kierunku. Nasza opieszałość została nagrodzona bliskim spotkaniem z kozami mroku. Były trochę zaskoczone nasza obecnością, ale nie odeszły daleko, jadły spokojnie kolację z małymi, widząc, że najwyraźniej też jesteśmy kozami mroku, tylko z innego regionu:

Diuamond Hill 2

Owieczki także towarzyszyły nam w tej wędrówce, mądre, ostrożne, nie łase na bliskie spotkania z turystami. Zeszliśmy ze szlaku przez bog trail i mogliśmy zobaczyć naszą górkę złocącą się w promieniach zachodzącego słońca:

Instagram: @świechna

Po powrocie na parking w Letterfrack (ciągle śmieję się z nazwy wsi. Let her fuck, o jak ładnie, dziękuję! … Leitir Fraic naprawdę znaczy po irlandzku Nakrapiany Pagórek, ale wymowa rozśmiesza mnie) obraliśmy jeszcze jeden kierunek … miejsce, gdzie wylądowali w 1919 roku Alcock i Brown. To poniżej Clifden, jeszcze bliżej Atlantyku. W pobliżu był taki oto pasikonik:

somewhere near Clifden

Widoki na plażę i migocącą wodę wspaniałe … i meszki, które chciały nas zeżreć bez znieczulenia. Są na pięknych zdjęciach po prostu rzeczy, których nie widać. Mieliśmy świetny timing, byliśmy w okolicy dokładnie o tyle wcześnie, żeby złapać pomnik upamiętniający pierwszy przelot w promieniach znikającego słońca. Ale piękniejszy od pomnika, który przedstawia fragment ogona samolotu, są góry widziane z tego miejsca. Taka ta Irlandia:

Alcock and Brown place

Cieszę się, że dopisała nam pogoda i mogliśmy się tego dnia wybrać na naprawdę dłuuugi spacer. Przygotowuję się do bitew sesyjnych i w przerwach ciepło mi na sercu, że takie mam życie. Przerwy na kawę, muzyka w samochodzie, tak zawsze chciałam i samo się zrobiło. W drodze powrotnej grała nam płyta Janis Joplin … to już lato, tutaj w Irlandii …

Janis Joplin – Summertime 1969