To ile razem mamy lat?

Kiedy jechałam dzisiaj w kierunku Wrocławia, z machnickiego pagórka widać było Ślężę a za nią nadzwyczajnie wyraźną smużkę Karkonoszy. Po wczorajszym egzaminie czułam się tak zmęczona, jakbym przerzuciła na własnych plecach 10 metrów ziemniaków, ale dochodzę już do siebie i myśli robią mi się bardzo spokojne i puchate. Karkonosze kojarzę z domami o szachulcowych ścianach i kamiennymi portalami najzwyklejszych drzwi. I popatrz, wczoraj w ramach domóżdżania się po martwicy mózgu wygrzebałam z sieci parę grafik wleńskiego artysty, Jacka Knapa:

Melancholijne? Ciepłe? Znajome? Domowość tych rysunków kojarzy mi się z bajką „O czym szumią wierzby”, brytyjskiej serii Cosgrove Hall i zawsze bezpiecznym domem Borsuka. Podobno serial przestano wyświetlać jako dobranockę, bo dzieci bały się go oglądać. Były tam wykolejone łasice, zielone krajobrazy i był tam bezpieczny dom. Do dzisiaj zachowałam sentyment do kamizelek pod marynarką i zegarków z dewizką. Może jest to nawet wytłumaczenie mojego ukochania filmów kostiumowych, które mają w tle epokę edwardiańską lub późniejszą. Książkę na podstawie której nakręcono serial napisał Szkot, Kenneth Grahame – były to opowieści przed snem dla jego jedynego syna, Alastaira. Coś jak opowieści Milne’a dla Krzysia Robina. Tyle, że Krzyś urósł i się zestarzał, był zdeklarowanym ateistą i zdążył nawet napisać książkę w której zdradzał, że czasem nie znosił Kubusia Puchatka. Alastair nazywany Myszą, niewidomy na jedno oko, popełnił samobójstwo w czasie studiów na Oxfordzie. Dzisiaj badacze literatury twierdzą, że jego ojciec Kenneth był homoseksualistą, orientacja ta była na terenie Anglii i Walii karana do roku 1967, w Szkocji do roku 1981. Ale tylko w przypadku mężczyzn. Na lesbijki nie było paragrafu. Poważnie.

° ° ° ° ° °

Za kilka dni wyruszę z plecakiem w kierunku gór, wtedy z pewnością będę mijała wiele takich domów jak na grafikach Knapa. Wypatruj różowego plecaka i niebiesko-pomarańczowych butów. Na razie wyznaczam sobie parę nieodległych celów i poza zrobieniu dwóch egzaminowych ogonów, które nadal wiszą nade mną jak nieszczęście, mżę o częstszym kontakcie z niemieckim. Nie wiem skąd się bierze w polskiej szkole niechęć do tego języka i w efekcie jego powolne znikanie w programach. Obserwuję ten trend od kilku lat, a tymczasem zachwycam się dziwnymi słowami, które nie mają swojego pojedynczego odpowiednika w naszym języku. Das Fernweh (tęsknota za podróżą, za tym, co oddalone – ma kierunek przeciwny do angielskiego homesickness), die Wanderlust (pragnienie wędrówki, pęd ku odkrywaniu, doświadczaniu nowego), das Kopfkino (odgrywanie w głowie zdarzeń), das Sehnsucht (pragnienie podążające za czymś niedokończonym). Z przymiotników bardzo lubię słowo gemütlich. Podoba mi się to uczucie, gdy próbuję wymówić umlauty, i ekonomiczne słowotwórstwo, możliwość łączenie rzeczownika z czymkolwiek. Die Zweisamkeit. Das Frühjahrsmüdigkeit. Das Zugwagenfensterglas. Robię też zdjęcia niemieckim napisom na starych budynkach, które tu, na Dolnym Śląsku, czasem jeszcze przebijają spod łuszczących się farb.

° ° ° ° ° °

Czy to możliwe, że razem mamy 90? Nie wierzę. Ciągle przed maturą. Nadal chodzimy na ciastko do kawiarni.

Ile masz lat razem z kimś kogo lubisz najbardziej? Może to być kot, albo ulubiony pisarz 🙂

Reklamy

Memoriał po raz XXVII.

Żałuję, że nie mogłam tam być w ten weekend. To lokalny bieg upamiętniający osobę bardzo z osobistych powodów dla mnie ważną. Impreza robi wiele dobrego dla miasteczka, niewielkiej miejscowości z ludnością nie przekraczającą dwóch tysięcy – łatwo zapaść w marazm spędzania czasu przed gadającym pudłem, a we Wleniu biegających na co dzień naprawdę widać.

… sztuka życia z ludźmi jest to wielce pożyteczna umiejętność. Podobnie jak wdzięk i piękność, ułatwia nam ona pierwsze zbliżenie i zażyłość; a tym samym otwiera bramę ku uczeniu się z przykładu drugich i spożytkowaniu, i objawieniu przykładu własnego żywota, jeśli jest w nim coś pouczającego i godnego udzielenia.

Taki cytat z Prób Montaigne’a. Wszystko ucieka z głowy, przecież to była moja pierwsza magisterka, a patrzę na te słowa, jakbym pierwszy raz je czytała. Obrazy, dźwięki, miłości, twarze też uciekają. Podobno z zapachami jest trochę lepiej, zapachy uderzając przywołują emocje gwałtownie i żywo.

W memoriale wzięły udział także dzieci. Widziałam na zdjęciach ich zacięte buźki – dzieci walczą inaczej niż dorośli, nie udają jeszcze, że im nie zależy – gdy przebierają nóżkami, robią to jak pieski: z prawdziwym zaangażowaniem, z radością zwycięzcy i smutkiem przegranego. Zapachy może przypomną im jakieś radości tego dnia, ale nie przypomną osoby pana Michała, bo znać go przecież nie mogły. Minęło całe pokolenie, jego twarz umyka pewnie i tym, którzy dobrze go znali.

Wróciłam dzisiaj do kilkustronicowej książeczki i do tego zdjęcia:

Michał Fluder

I już sobie przecież obiecałam „nie pisać żadnych kolejnych słabych tekstów w tym miesiącu”, z drugiej strony jak się bardzo chce … to można. A bardzo chcę, chociaż najmądrzejsze to mam w głowie cytaty. Są w tej książeczce kawałki listów pana Michała, wychowawcy sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”. Znam parę jego obrazów, parę rzeźb, widziałam też opasłe albumy ze sztuką, które kupował w czasach PRL-u. Wiem, że za własne pieniądze sadził drzewa i krzewy wokół Wlenia. I na chmury patrzył.

Straciłem jedną brzózkę – ktoś ściął ostrym narzędziem oraz jeden klon złamany, no i jeszcze na samym początku jakiś gościu przejechał Fiatem przez sosnę ozdobną.*

Pamiętał o swoich drzewach, które syzyfowo sadził dla wszystkich. Chodził wokół nich, obserwował jak rosną. Myślę, że są tam nadal we Wleniu, te jego drzewa, zupełnie już dorosłe i samodzielne. Teraz przyszło mi do głowy, że przypomina mi mojego tatę, który pamięta pogodę podczas sadzenia każdego ze swoich drzew.

Z mojego kuchennego okna widok na Góry Kaczawskie osłonięty chmurami prawie ołowianymi, bo altostratus opacus i stratus fractus całkowicie pokrywa nasze podsudeckie pejzaże.

No więc sprawdzam te chmury, akurat wyskakuje jakaś niemiecka strona. Ale opacus istnieje („Diese Altostratus-Unterart beschreibt den dicken As. Sonne und Mond sind durch diese Wolke hindurch nicht mehr zu sehen” – tak piszą). A, to już wiem jakie to są chmury, piękne, ale głupie, gdy chce się coś zobaczyć. Zalesione pagórki bawią się w chowanego i guzik widać, albo nawet nie. A tak w ogóle, ciekawe czy wiedział, że jego nazwisko to też lokalna nazwa die Kriechen-Pflaume, śliwki domowej, damaszki. Albo że brzmi dokładnie jak toponimiczne przezwisko nadawane w anglo-saksońskich czasach osobie, które mieszkała nad okresowym potokiem w południowych hrabstwach.

Chodzę po starych ruinach, cmentarzach i staram się coś odnaleźć – atmosferę czegoś utraconego, co bezpowrotnie od nas odeszło i pozostał nastrój taki sudecki-dolnośląski z pagórkami i górami.

Strata jest na Dolnym Śląsku namacalna, na cmentarzach właśnie, w domach remontowanych bez wyobraźni i miłości, w książkach z których wypadają kartki. Tak mówi człowiek uważny, refleksyjny, przyjaciel, którego stracić żal. Ciekawe czy wiedział czyj jest grobowiec, obok którego teraz jest jego grób. Dawny cmentarz ewangelicki przy ulicy Górskiej – dwie z czterech kaplic grobowych są mocno już uszkodzone. W sieci znalazłam tylko opis grobowca rodziny Ander, ale to nie o ten mi chodzi. Chodzi mi o kaplicę przywołującą na myśli zamek Kórnik. Może by wiedział, znał w końcu dziwne nazwy chmur. Może też po wyjściu z cmentarza patrzył na miasto przez ten szczerbaty płot, tak jak my to robiliśmy na początku kwietnia.

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Wleński memoriał uliczny jest właśnie o tej osobie. Wiem o nim tyle akurat, ile można wiedzieć o kimś, kogo się nigdy nie spotkało. Wyobrażam sobie, że ze zdjęcia patrzy na mnie ktoś zupełnie wyjątkowy, dobry, wrażliwy człowiek, który liczył się dla wielu osób, wielu drzew. Ludzie w weekend pobiegli bez względu na to czy pamiętali, czy nie. Jeśli dobrze się przy tym bawili jest nadzieja, że dzięki temu bieg będzie organizowany przez wiele następnych lat. Lubię w sobie pielęgnować myśl, że nic tak do końca nie znika.

______________________________
* ten i kolejne cytaty z książki-wspomnienia Czesława M. Szczepaniaka.

Domownik. Demitologizacja życia.

W kinie byłam, ale teraz to naprawdę. Stoi przed nim nawet mała maszyna do popcornu.

Byliśmy i w kinie i na filmie, ja z Kraciastym. Dokładnie było nas dwoje na widowni, my oraz nasze herbatki. I tutaj wtrącę smutek, że we wleńskim kinie, naprawdę uroczym, nastawionym na widza (seans jest grany nawet dla jednego) bywa tak mało publiczności. Z całą pewnością było nas tam wczoraj dwa razy mniej niż panów stojących o tej porze przed sklepem z piwem. A na film Tommy Lee Jonesa naprawdę warto było przyjść.

Mnie „Eskorta” ogromnie poruszyła i wśród różnych rozważań mam jedno wielkie pytanie. Jak odebrałaby go osoba, która ma głowę wypełnioną myślami w rodzaju „wszystko dzieje się po coś”. Jesteś fanem motywacyjnych tekstów Beaty Pawlikowskiej? Obejrzyj film i powiedz mi, co myślisz.

W sieci natknęłam się nawet na tekst What Does The Ending Of The Homesman Really Mean? i moją szczerą reakcją było „co za gówno”. No tak, wszystko musi means something. Musi mieć jaką wartość. Gdy ktoś kogoś uratował dostaje za to nagrodę, przemoc wykonana przez bohatera jest uzasadniona, a na końcu będzie morał. Główna bohaterka ma w głowie ułożone, jak życie powinno wyglądać. Na terytorium XIX-wiecznej Nebraski pije płyny z delikatnej porcelany i przebierając palcami po wyhaftowanych klawiszach udaje, że gra na fortepianie. I otóż nasza bohaterka podejmuje wyzwanie: przewozi trzy kobiety, które straciły rozum, do raju o nazwie Iowa. Na początku świta mi myśl: oj, film feministyczny, twarda laska wśród niesprzyjających okoliczności przyrody. Dowiadujemy się przy okazji, że trzy kobiety straciły rozum, bo społeczeństwo było niemiłe. Tu niejeden zechce przymknąć oko na konkrety, np. penisa wsadzonego w celu zapłodnienia, noworodka wrzuconego do dziury w wychodku, kolejne dziecko zabite przez błonicę lub matkę wywleczoną na śnieg, żeby „doszła”. Idźmy dalej, pojawia się jakiś brudas i nasza zacna i silna Bogiem kobieta ratuje go oraz dezynfekuje. Będzie miłość. Po wielkich trudach wszyscy dotrą na miejsce, wariatki dostrzegą swoje życie i to, co się im przydarzyło, w optymistycznych barwach,  bo w końcu wiemy od Beaty, że wszystko wydarza się po coś, brudas od tej pory będzie czysty, a główna bohaterka znajdzie męża. Robi to, co należy, oraz mówi rymowane modlitwy – jak nic, czeka ją nagroda, przynajmniej w postaci ludzkiej pamięci.

(pytanie pomocnicze: jak myślisz, kto ją będzie pamiętał dzień po zamknięciu fabuły?)

Jones to wyreżyserował godnie i dużo się uśmiechał w roli brudasa. W podanym wyżej linku interpretacja jego tańca jako tańca życia wskazuje, że człowiek z lęku przed bezsensem zinterpretuje ładnie wszystko, nawet pijackie podrygiwanie.

Postać grana przez Swank początkowo skojarzyła mi się z jej rolą u innego aktora-reżysera. „Za wszelką cenę” – to był film. Też warto obejrzeć. Ale ten dziwny western opowiada historię bardziej prawdziwą, mało kinową, mało książkową, w ogóle mało cokolwiek.

Polskie tłumaczenie tytułu sugeruje film akcji. Mnie bardziej podoba się oryginał. The Homesman. Bohaterami tego filmu są sami domowi ludzie, ceniący wartość rodziny, pracujący, dbający o swoje ważne cele, jak postawienie domu, spłodzenie potomka, zrobienie dobrego biznesu hotelowego lub bycie dobrą żoną pastora. Bo to ważne, tak? Migająca na chwilę Meryl jest piękna w roli kobiety pełnej dobrych intencji. Podobnie jak postać grana przez Swank, zna ładne modlitwy, których Bóg z pewnością wysłuchuje.  Ciepła, miękka kobieta. I tylko te trzy panie niepokoją. Jakieś takie mało domowe, nie wiadomo, o co im chodzi. A przecież, Bóg dopuszcza tyle cierpienia, ile człowiek jest w stanie unieść. Karma wraca. Proście, a będzie wam dane. Nie lękajcie się. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu.

Tak sobie teraz myślę, że panowie spod sklepu faktycznie nie muszą oglądać tego filmu. Im się już spełniło. Oni chyba wiedzą.

Zanim kliknęłam „opublikuj”, wygrzałam plecy w słońcu. Pięknie dzisiaj jest, a ja wcale nie mam ochoty snuć egzystencjalnych rozważań. Naprawdę, wspaniale zaczął się ten dzień i zastanawiam się teraz, co tu miłego napisać, tak w stylu Beaty, ale tylko trochę, bo nie mam jej zaburzeń. Czyń dobrze i nie czekaj na rezultaty? A więc, czyń dobrze. I nie czekaj.

Wierzysz w Księżyc?

Lubomski przydarzył mi się w zeszłym roku, w maju. Jego „Ambiwalencja” była pierwszym prezentem. Zagrała mi dzisiaj ponownie. Chodź, coś Ci opowiem.

Ostatnio często sprawdzam tablice pływów. Wiem już, że przypływ jest dwa razy w ciągu doby i dzieje się tak za sprawą zmiennej grawitacji Słońca i Księżyca. Największe pływy są w zatokach otwartych mórz – np. na Zatoce Fundy koło Nowej Szkocji, szesnaście metrów. Nowa Szkocja to jest takie miejsce do którego pojadę, gdy już tu ogarnę i po tym, jak zobaczę starą Szkocję, która zresztą też ma ładne pływy. Pływy nie są cały czas takie same, więc tablice pokazują nie tylko kiedy pojawi się przypływ, ale z jaką mocą. Jeśli Słońce, Ziemia i Księżyc są w linii prostej, a jest tak w nowiu i przy pełni, pływy są syzygijne, czyli maksymalne. Jeśli te trzy obiekty niebieskie tworzą ze sobą kąt prosty, pływy są kwadraturowe, czyli słabe. Przypływ występuje dwa razy w ciągu doby, pływy maksymalne i minimalne są po dwa razy w miesiącu. Matematycznie piękne, prawda? Ale nie dla matematyki są tablice, ale dla statków, które gromadzą się przed ujściem rzeki Boyne, An Bhóinn. Zdarza się, że podczas odpływu widzę je na horyzoncie, jak  mówią do siebie ściszonymi głosami i z nudów grzebią kotwicami w mule czekając na przypływ, który da im wejść do portu w Droghedzie, Droichead Átha. Rzeka, która zaczyna być moją rzeką, była znana już Ptolemeuszowi – wg irlandzkiej mitologii, została stworzona przez boginię Boann, bó fhionn. Białą Krowę 🙂 . Krowę, widzisz? I to w niej pływał sobie Łosoś Mądrości, bradán feasa, który jedząc żołędzie spadające z drzewa wiedzy, posiadł całą mądrość świata. Kawałek skóry tego łososia przykleił się do kciuka oprawiającego go Fionna mac Cumhaila, legendarnego wojownika, który potem ssąc kciuk przywoływał moc łososia.

wierzysz w księżyc

Urodziłam się dzień przed nowiem. To musiał być wąziutki sierpik. Sprawdziłam, bo w słowiańskiej mitologii urodzeni podczas nowiu mają się podobno cieszyć szczególnym zdrowiem i siłą. Czy wigilia nowiu się liczy? Yhhh … musi mi wystarczyć, że jestem śliczna, inteligentna i mam szczęście w miłości (wybierz sobie, co wężykiem). W biodrze będzie mnie jednak nadal strzykać – trudno, słyszałeś, Kraciasty? Ale to nawet dobrze się składa, w takiej sytuacji martensy mają więcej sensu niż szpilki. Wracając zaś do Księżyca, w mitologii chrześcijańskiej Księżyc występuje pod nogami Maryi, jako tej, która zwycięża nad zmiennością tego świata. Zmiana jest tu złem, inaczej niż w nauce, gdzie zmiana jest po prostu potwierdzeniem życia. Błogosławieni Ci, którzy mogą się pomarszczyć i osiwieć, bo nadal żyją, żeby opowiedzieć swoją historię. Mogą ssać kciuki lub inne części ciała, wyjmować ości z łososia podczas sobotniego obiadu, nosić dwie różne skarpetki, grać w hurling albo patrzeć jak pracowite statki każdego dnia czekają na wpłynięcie do rzeki stworzonej przez Białą Krowę. Tak jak i w czasie majowego tygodnia roku 1847, gdy trzy statki, dwa z ottomańskich Tesalonik i jeden z pruskiego Szczecina po grzebaniu kotwicami w mule wpłynęły w to wąskie gardło. Na ładunek, zboże i nowość – kukurydzę, pewnie już nerwowo czekali kupcy z hrabstw Louth i Meath, w końcu był to czas Wielkiego Głodu, An Gorta Mór.  Nie było wówczas jeszcze wiaduktu kolejowego, Tarbhealach na Bóinne, który, ukończony 8 lat później, dopełnia od tamtej pory wygląd Droghedy od strony morza. Dzięki temu w mojej historii mogę powiedzieć „pojedźmy brzegiem rzeki, żebym mogła sfotografować Słońce, które zachodzi za przęsło wiaduktu na rzece Białej Krowy”.

A tak w ogóle, to miałam Ci opowiedzieć o moim pierwszym św. Patryku na Wyspie. Opowiadam Ci więc, że pogoda w weekend była okropna, skauci szli w ulicznej paradzie bardzo zziębnięci. Dzielne dzieciaki, sine z zimna, niektóre maluchy prawie płakały, buźki miały wygięte w podkówki. Było kilka klubów młodzieżowych i szkół, pamiętam jak dziewczynka wykrzykiwała „Who are we?”, a koledzy jej odpowiadali. Prawdziwy wyczyn w tym wschodnim wietrze; staliśmy wtedy przy dokach, na samym końcu długiego marszu. Pomimo zimna duch święta unosił się w powietrzu, a maszerujący z laską i sroga miną pan nauczyciel pogroził nam, bo też pewnie uciekliśmy z lekcji. W paradzie jechał nasz sąsiad w swoim zabytkowym lincolnie, pomachaliśmy mu, poznał nas i odmachał nam radośnie. Potem byliśmy na kawie i zostawiłam w kawiarni torebkę. Taki był mój pierwszy św. Patryk. Cieszę, że tu jestem.

W zasadzie nie wiem już jaki był zamysł tego wpisu, poza tym, że chciałam przywołać różne obrazy, np. teraz obraz rzeki Białej Krowy zamienił mi się w zakole rzeki Bóbr. Gdy staniesz w ciemności na moście, słychać jak Bóbr szumi w dole prawie groźnie. Z mostu po którym idziesz na ogródki działkowe widać na dnie rzeki kwitnące, rzeczne chwasty. Tam taki Pan wołał „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?”. A wiesz, że była Bitwa nad Bobrem? W 1813. I Battle of the Boyne? W 1690.

Musisz jeszcze wiedzieć, że dla Szczecina, Stettin, tablice pływów nie mają żadnego znaczenia. Na Bałtyku pływy są w zasadzie niewidoczne. W ten sposób nikogo nie interesuje, czy Księżyc jest w linii prostej czy w kącie prostym. Zapewne, gdy ktoś długo mieszka w Nowej Szkocji, musi mu się to wydawać dość oryginalne podejście.

Na „Ambiwalencji” większość tekstów napisał Sławomir Wolski. Od pierwszego odsłuchu lubowałam się w „Już nie płynę”. Od dzisiaj gra mi również ta poniżej,  piękna piosenka, która poza Księżycem, kojarzy mi się z pulsowaniem morza. Nie narzekajmy, że piękne polskie teksty i melodie się skończyły. Płaćmy godnie ludziom za nagrywanie takich płyt, wychodźmy z domu na koncerty.

Na korzeni grubym sznurze,
w rękach ziemi niczym drzewo,
wbrew logice i naturze
uporczywie patrzę w niebo.

Zasypiasz już od tego mojego gadania?
Dobrej nocy.

Coś dobrego. Wleń.

Trudno jest ogarnąć pęd życia. Różnych miejsc nie znamy, potem stają się one nagle częścią naszej własnej legendy.

We Wleniu, Lähn, są ludzie, którzy tworzą wiele dobrego, motywowani okolicznościami otaczającej go przyrody, wzruszeniem, wspomnieniami. Kręcą się tutaj filmy amatorskie, piszą się wiersze, powstają książki. Jeśli w nim mieszkasz i to o czym mówię jest dla Ciebie nowością, powiadam Ci, zmień ścieżki, którymi chodzisz.

miasteczko Wleń

Miasteczko jest malowniczo położone w zakolu rzeki Bóbr, która w tym miejscu idealnie nadaje się do spływów kajakowych. Jego panoramę można dojrzeć z górującej na wygasłym wulkanie baszty zamku Wleński Gródek, Hedwigsburg, jednego z najstarszych zamków murowanych w Polsce, o którym więcej poczytać można na stronie wlen.org. Basztę widać z miasta doskonale, gdy sezon jesienny na dobre zdejmuje liście z drzew na wleńskich pagórkach. Być może tak samo widoczne były kiedyś wleńskie szubienice.

Jak jasno wynika z pierwszego zdjęcia, punk we Wleniu nie umarł, a w miasteczku można przy odrobinie szczęścia napotkać czterdziestokilkuletnie relikty tej subkultury noszące szelki wyłącznie dla stylu.  Bywa, że uliczki zapadają się wieczorem w smogu, który niszczy cerę kamiennej Gołębiarki o wielkiej stopie. W centrum jest Cafe Bar Magnolia – miejsce gdzie można smacznie i tanio zjeść, patrząc przy tym przez okno na sennie poruszających się użytkowników miejskiego ryneczku i klientów sklepu, którzy vis-a-vis kupują chleb od Płońskiego. Po drugiej stronie rynku, na przedłużeniu tej samej ulicy, tym razem pod nazwą Chopina, jest Kino za Rogiem mieszczące się na piętrze wleńskiego domu kultury. Gdy spojrzy się z niego przez okno, wyraźnie widać, że ulica Chopina jest ulicą Politajewa. Zmiana nazwy nie jest efektem jędrnej działalności ostatniej miotły, o nie. Politajew miał być rzekomo ofiarą bohaterskiego wyzwalania miasta w 1945, pamięć ludowa umieszcza go a to na furmance, a to na rowerze. Całkiem możliwe też, że nie istniał, ale choć w ten sposób bogu ducha winny, nazwisko miał nadal zbyt wschodnie, co jest interesujące, biorąc pod uwagę, że powojenni osadnicy Wlenia też z daleka. Zachowała się jeszcze poprzednia nazwa ulicy na urokliwym choć mocno zmęczonym domu pod numerem 9, widocznym właśnie z okien domu kultury. Dom stoi pusty i zawsze zastanawiam się, czy w swoim środku nie kryje zielonego drzewa, które bawi się kafelkami w przedpokoju, a w słoneczne dni wygląda przez kuchenne okno.

Pisanie o mieście zaczynam od pięknej sprawy książkowej i od tego, że komuś coś chce się robić. Obydwu książek nie przeczytałam, więc chcę się na ich temat wypowiedzieć ^^. Pierwsza jest taka:

View this post on Instagram

myśli się o panu. #MichałFluder #mójwleń

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Ma 18 stron, zawiera w sobie tekst i wiersze Czesława Mirosława Szczepaniaka. Książeczka jest wspomnieniem o Michale Fludrze, miejscowym pedagogu, malarzu i społeczniku. Wydano ją w 1991 roku, bogowie wiedzą w jak małym nakładzie. Na okładce już widać żółtawe plamki, być może jakieś wesołe pleśnie. Wesołym pleśniom na razie nie smakuje zawartość – bardzo mnie to cieszy, bo zamierzam zdążyć przed nimi i przeczytać o panu Fludrze, tak bardzo związanym z wleńską okolicą. W miasteczku organizowane są biegi uliczne jego imienia, w tym roku po raz XXVII; wrócę jeszcze do tego tematu.

Druga książka pisana jest ręką Ani Komsty. To książka kucharska „Kulinarne opowieści. Wleń. Ze Wschodu na Zachód” wzbogacona o wspomnienia i anegdoty ostatnich żyjących dolnośląskich Kresowiaków. Ania zbiera w tej chwili fundusze na jej wydanie. Tutaj można zobaczyć jak autorka opowiada o swoim projekcie. Sama niewiele mam wspólnego z kresową kulturą, porusza mnie natomiast pasja pozytywnego utrwalania pamięci o czasach minionych. Kultura jedzenia zamknięta w ładnej szacie graficznej – na taki efekt końcowy tego projektu liczę i trzymam za to kciuki*.

___________________________________
* nie jest to artykuł sponsorowany, na tym blogu w ogóle takowych nie ma. nie jestem też Anią. podziwiam jej zapał oraz talenta kucharskie, i chciałabym, aby ta książka powstała. tekst z korektą Kraciastego – jedynej osoby, którą pytam o zdanie na temat tego, co piszę.