Jedno zdjęcie. Doświadczenie.

Żadna szczególna myśl nie naprowadziła mnie na to niepozorne zdjęcie, chociaż teraz widzę, że łączy się z nim wiele wątków. Na przykład to, że ekspresowo rozstaję się z  miejscem na którym czytam „muzułmanie nas, białych, nienawidzą i nami gardzą, to jest fakt niepodważalny”. Albo to, że jestem tu gdzie teraz jestem, chociaż jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że trwanie tam, gdzie byłam poprzednio, będzie dobrym komentarzem do pewnej sytuacji.

Deutsch Hammer, 4 maja 2015.

Deutsch Hammer

Wieczorem siedzimy na wycieraczce w wejściu do młyna-hotelu w którym mieszka tylko nasza grupa, tutaj dwóch Polaków i dwóch Austriaków. Nie pamiętam co robiliśmy wcześniej, ale z pewnością było to świętowanie codzienności po kolejnym udanym dniu. Wolfie (z prawej) opowiadał o Brechcie, Stanisławskim i Grotowskim, tłumaczył ideę pure theatre. W ciągu dnia pił dużo mocnej kawy i zajadał się czekoladą, wieczorami, tak jak tutaj, snuł swoje historie o życiu wartym przeżycia lub z nogami na stole słuchał piosenek w językach, których nie znał. Przez te kilka dni w zasadzie nie plotkowaliśmy o ludziach, zajęci sprawami wyższego rzędu. Pamiętam szczególnie jedno posiedzenie przy herbacie, gdy Młoda tłumaczyła mi po angielsku, który znała w stopniu niżej średnim, fabułę Harry’ego Pottera. Znajome, zwyczajne miejsce stało się polem dla duchowego odrodzenia. W tym wszystkim bawiło mnie, że mieszkam i jem za darmo, a w pracy odnotowywali moją obecność, chociaż wcale mnie tam nie było. Gdy już do tej pracy dotarłam (dotarliśmy) pomarańczowym autobusem, czułam się jak Kosmitka pozdrawiająca wolkańskim salutem zapóźnioną kulturowo społeczność. Dif-tor heh smusma! Żyjcie długo i w dostatku! Społeczność nie odpowiedziała, przestraszona, że mówię w obcych językach. I tego właśnie dnia zrozumiałam, że do nich nie należę. Nie poczułam też z tego powodu ani odrobinu smutku.

Smutek przyszedł później, gdy rozjechaliśmy się do swoich spraw. Minie w tym roku pięć lata, a ja dbam, aby nie odejść od tego dnia zbyt daleko, cały czas mam go na uwadze, kątem oka sprawdzając czy nadal tam we mnie jest, chociaż  może się wydawać, że był to tylko sen.

Jedno zdjęcie nie byłoby pełne bez piosenki, której tekstu nie rozumiem. Nigdy nie chciało mi się jej przetłumaczyć, bo to akurat nie jest ważne.

Jedno zdjęcie. Ptak.

Cozumel, 17 lutego 2011.

To mała, piękna wyspa mrugająca światłami przy wschodnim wybrzeżu Półwyspu Jukatan. Jej nazwa pochodzi z języka Majów, po hiszpańsku brzmi Isla de las Golondrinas. Wyspa Jaskółek. Od strony lądu widać z Cozumelu miasto Playa del Carmen, od północy i zachodu uderzają w nią ogromne fale otwartego morza. Cykliczne zagrożenie huraganami wymusza tu odpowiednie nastawienie, logistyczne i stanu ducha 🙂 W czasach przedkolonialnych był tu najważniejszy po Chichen Itzy ośrodek kultu i pielgrzymek w tej części Meksyku – święta wyspa Ix Chel, bogini z uszami jaguara. Hernán Cortés, młot na Azteków, zatrzymał się na Cozumelu w roku 1519 w drodze do Veracruz – tubylcy przyjęli go przyjaźnie … wyspiarze bywają inni, bardziej wyciszeni, niedoinformowani o okrucieństwie świata. W XIX wieku o włos kupiliby ją Amerykanie, widząc w zdepopulizowanej wówczas wyspie miejsce na kolonię dla amerykańskich ex-niewolników. Teraz najeżdżają ją głównie pasjonaci nurkowania z północy, którzy zatrzymują się w hotelach all-inclusive, a nowe pokolenie meksykańskich osadników obsługuje te giganty i mieszka w maciupensich domkach.

Przylot zimą na Cozumel 9 lat temu był moim pierwszym kontaktem z Meksykiem. Ptak, którego widzisz, siedzi na oparciu krzesła w otwartej na morze jadłodajni hotelu El Cozumeleño. Pewnie zastanawiam się, co wybrać do jedzenia. Hotel jest ogromny – kilkupiętrowy klocek górujący nad wyspą, z windami przeżartymi morskim powietrzem. Kilka miesięcy wstecz nie przypuszczałam, że kiedykolwiek odwiedzę którąkolwiek z Ameryk. Tymczasem byłam tutaj, bo wysiadłam z samolotu z Toronto przykrytego śniegiem. Towarzystwo było średnie, ale powiedzmy, że to towarzystwo na tamten czas, we wspomnieniach udało mi się je wyekstrahować i zapomnieć bez zbytniego uszczerbku dla całej reszty. Pamiętam za to odgłosy selwy o poranku, pogwizdywania ptaków jak tego na zdjęciu, ciepły podmuch od morza przy śniadaniu, drobnego Maję mówiącego w trzech językach, który oprowadzał nas po ruinach w środku wyspy. Może tam wrócę, bo wiem już, że wszystko się może zdarzyć.

Jedno zdjęcie. Tęsknota za Warszawą.

Ale nie jakąś tam Warszawą, za Warszawą styczniową, taką jaką widziałam w zeszłym roku.

Ursynów, 10 stycznia 2019.

Blogowy pamiętnik mnie informuje:

we Wrocławiu dość ciepło, a tymczasem, gdy wsiadłam we flixbus o poranku, droga stopniowo coraz bardziej biała. jeszcze czekając na autobus zauważyłam, że w polskiej Coście są inne ciasta.  mijałam Luchów. na A1 jakiś karambol, więc skręciliśmy w S8. na zachodnim padał śnieg i kółka walizeczki tonęły w bieli. na szczęście nie straciłam ani na chwilę orientu. z autobusu 517 przesiadłam się do metra na Imielin. trochę było deliberacji przy znalezieniu tego bloku na W…, ale już po 15 kot ugościł mnie herbatą. do tego nadgryziony pierniczek przytaszczony z domu .

W podróży gęstniał śnieg. Miałam na sobie cieplutkie butki kupione przez Kraciastego i pamiętam jak najpierw tuptałam nimi na przystanku autobusowym, a potem wychodząc z metra. Wcześniej byłam w Warszawie dwa razy na „chodzonych” wakacjach, więc gdy tylko znalazłam się w ośnieżonej stolicy poczułam się bezpiecznie, prawie jak na mojej wsi – nigdy nie byłam na tej oto ulicy, ale kierunki do mnie przemówiły. A potem zobaczyłam Kraciastego machającego z okna na piętrze. Byliśmy oboje chorzy, ale jaki przyjemny to był czas. Wystawna kolacja u znajomych, wturliwanie się do cieplutkiego mieszkania po mroźnych spacerach, obiad w Fenicji na Dereniowej, Muzeum Narodowe, kawiarnie w Alejach Jerozolimskich, multikino na Ursynowie i spotkanie z kumplami Kraciastego. Do tego kot nasikał nam do łóżka tylko raz, a wieczorem, właśnie, gdy robiłam to zdjęcie z widokiem na budowę POW, za ścianą u sąsiadów grał telewizor. Lubię dźwięki jakie miasto wydaje z siebie przed snem.

Jedno zdjęcie. Zamek we mgle i dymie.

Zamek Grodziec, 14 października 2014.

Obudziły mnie dzisiaj głosy gawronów latających nad naszym domem i w swojej wyobraźni zobaczyłam obraz, który Ci teraz pokazuję. To był wtorek i przystanek na Zamku Grodziec, Gröditzburg, późnogotyckiej warowni wybudowanej na bazaltowym wzgórzu Pogórza Kaczawskiego. Pogoda była idealna na piesze wędrówki, nieco deszczowa i mglista, ale ciepła. Pod zamkiem dogaszano ogniska.

Najwcześniejsze wzmianki o tym miejscu mówią, że był tu w XII wieku gród obronny tajemniczego plemienia zachodniosłowiańskiego Bobrzan, Poborane. Ostatnim właścicielem przed nastaniem Polski Ludowej był z kolei Herbert von Dirksen, zaufany współpracownik Hitlera. Jeśli uważasz, że magiczne zamki w Irlandii obfocam, koniecznie jedź do Grodźca, bo magia jest wszędzie 🙂 To jedna z budowli na Szlaku Zamków Piastowskich. Pamiętam jak siedziałam na balkonie i robiłam z ukrycia zdjęcia moim koleżankom i dzikiemu ogrodowi na dole. Tak patrzę na nie i widzę, że teraz pasowałabym do nich jak pięść do oka, pozmieniało mi się. To był dzień nauczyciela, po Grodźcu pojechaliśmy do Bolesławca zwiedzić Manufakturę na ulicy Gdańskiej i Muzeum Ceramiki, oraz zjeść obiad w Piwnicy Paryskiej. Gdzieś „pomiędzy” widziałam Ciebie, Joanko, jak maszerujesz po drugiej stronie ulicy w czerwonym płaszczu 🙂

Tamtego lata i jesieni robiłam na drutach, chodziłam z tatą na spacery, czego teraz czasami mi trochę brakuje, miałam też chłopaka, którego nie brakuje mi wcale 😀 Dobry człowiek był, tyle, że nie mój. Trzeba wiedzieć, czego się nie chce, prawda? 😀 …

… nie wiem czy wspominałam, że na koncercie Dezertera napiłam się dosłownie kilka łyczków coli, tyle co kot napłakał. No i jestem od kilku dni uziemiona, żadnych spacerów, robi mi się zimno od wyglądania przez okno. Wczoraj mój chłopak-mąż wybył na ponad trzy godziny w celu przywiezienia z sąsiedniego miasta (12 km away) ruskich pierogów dla swojej obłożnie chorej połowicy. Okazało się, że w ich poszukiwaniu zajechał do innego kraju i oprócz pierogów przywiózł dziewczynie-żonie plecak górski. Czasem trzeba kawał świata zejść, wiele dni przemaszerować pod parasolem patrząc na swoje stopy, tak jak tego dnia, gdy wchodziłam na Grodziec, żeby znaleźć kogoś, kogo się kocha nad życie.

Niedziela zapowiada się słoneczna, niech to szlag …

Jedno zdjęcie. Twarz.

Elounda, Kreta, 10 sierpnia 2014.

Napisałam wówczas:

po tej stronie wyspy jest sporo Rosjan, gdy tymczasem Sougia przeżywa najazd Francuzów, a okolice Chanii Skandynawów i Holendrów. jemy w tawernie na wodzie, Olondi. przyglądam się parze, starszy mężczyzna bawi się kombolói, kobieta ze srebrną biżuterią patrzy na wodę, potem łowi ryby wędką na bułeczki podawane przez kelnera.

Jakże mnie nie obchodzi to czy ktoś na Wimbledonie miał dżinsy czy nie miał, albo czy pięciolatka porwano czy nie porwano. Życie jest o wiele bardziej intrygujące od faktów medialnych.

Jedno zdjęcie. Weihnachtsmarkt.

jarmark bożonarodzeniowy wrocław

Wrocławski Rynek, 20 grudnia 2014.

Moje pierwsze pieczone kasztany jadłam właśnie w tym miejscu. Zresztą początkowo to kasztany miały się pojawić jako wspomnienie jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu. Niewyraźne „kasztany w półmroku”, otoczone wspomnieniem ciepła, chociaż zdjęcie było uwiecznieniem momentu pracowniczego AD 2012 – miałam wówczas pod nadzorem kilka latorośli, które wczesnym wieczorem biegały od straganu do straganu jak kot z pęcherzem. Śniegu było brak, ale chłód dawał się we znaki. I wtedy uśmiechnęła się do mnie skromna pani ze straganu kultowego baru Vega, która zastrzegła sobie, żeby jej zdjęć nie publikować, więc nigdy nie opublikowałam. Naokoło niej wszystko parowało dobrocią, rozgrzałam się jej najlepszą na świecie zupą dyniową podawaną exclusive w plastikowej miseczce. Naokoło mrugały światełka, dymiły stragany z jedzeniem i napitkiem, rękodzieło mieszało się z plastikową tandetą. Tak jest co roku, tak było i cztery lata temu, gdy namówiłam na jarmark moich rodziców. Wiał porywisty wiatr, śniegu ponownie brak, rozkładano już scenę na koncert noworoczny … niestety straganiku z zupą dyniową nie znalazłam, były za to drogowskazy w rodzaju „czy próbowałeś już starej kurwicy?”, ten sam kowal, co zawsze rozłożony ze swoim biznesem kowalskim, grillowane oscypki, których spróbowaliśmy z tatą i inne pierogowo-kiełbaskowe konsumpcje uskutecznione przez naszą trójkę w metafizycznym skupieniu podszytym słuszną radością. Ciągnie się wtedy nosem z zadowoleniem, puszcza ustami kłęby pary … ktoś by mógł powiedzieć dusza, ale w takim razie ma go i kubek grzańca, który tłumaczy sens rękawiczek bez palców … policzki nam czerwieniały i oczy wilgły.  Chłód jest obowiązkowym uczestnikiem jarmarcznego wydarzenia, bez niego skupiska ludzkie wokół straganów z jedzeniem byłyby pozbawione elementu pierwotności … jeszcze jeden hipermarket, tyle, że pod chmurką. Pomiędzy straganami na szczudłach przeszli kolędnicy, były i diabły, była kostucha z którą zmierzyłam się wzrokiem. Nasz dzielny, mały samochód czekał pod archiwum państwowym, zajrzeliśmy na moment na Stare Jatki, tam gdzie stoi jeden z niewielu pomników, które się należały, pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych … zazwyczaj tak robimy, gdy jest nam po drodze: zaglądamy za winkiel, żeby dotknąć świńskiego ucha lub koziego rogu. Miasto wracając do tradycji jarmarcznych dostarczyło mi przeżyć obecności tu i teraz, które teraz mogę przywołać. Nie ma nic lepszego niż być razem, jeść, pić, rozglądać się, uczestniczyć w życiu …

Gdy to piszę przyszedł do nas list z Polski z opłatkiem, życzeniami i skromną książką Szczepaniaka o Wleniu. Autora już kiedyś na blogu cytowałam, a niespodziewany prezent oznacza pewnie, że do tematów poruszanych przez niego powrócę. Jarmark wrocławski zaczęty, więc jeśli przechodziłeś obok, napisz mi jak tam się wszyscy mają. A może byłeś w równie przyjemnym miejscu gdzieś bliżej Twojego u siebie? U mnie w środku nastrój świąteczny w pełni, aż czuję potrzebę pogadania z Kraciastym i wyjaśnienia społeczeństwu czy/jak ateiści świętują. Będzie dyjalog. A Ty, co myślisz? Powinnam być miła, gdy złożysz mi życzenia? 😀

Czasem tęsknię. Ale tak to już jest … gdy ma się dobre życie tęskni się za określonymi rzeczami, nie za wydumanymi sprawami, które nigdy się nie zdarzyły. I to jest zasadnicza różnica, to jest właśnie szczęście.

Jedno zdjęcie. Warszawskie wróble.

Jedno zdjęcie warszawskie wróble

Warszawa, ulica Freta, 1 sierpnia 2016.

Przez dwa lata (rok 16 i 17) w okresie obchodów powstania wyruszałyśmy z psiapsiółkami do stolycy. Wizyty wymiernie zmieniły mój stosunek do tego miasta – stało się mi trochę bliższe, mniej tekturowo-rekonstrukcyjne, mniej związane z moimi osiemnastymi urodzinami, gdy spałam na piętrowym łóżku, a za oknem w Warszawie lał deszcz. Odnalazłam w nim miejsca czarowne i wyprodukowałam własne opinie, np. przyswoiłam Polin i odrzuciłam Muzeum Powstania Warszawskiego, albo też raczej ono odrzuciło mnie. Zdjęcie, które dzisiaj pokazuję, zostało zrobione przed kawiarnią Pożegnanie z Afryką. Chyba pierwszy raz jadłam ciasto marchewkowe, lub przynajmniej smakowało ono na tyle dobrze, że zapamiętałam to wydarzenie. Zleciały się do niego wróble i co odważniejsze brały mi okruszki z ręki. W grupie zawsze znajdzie się ten pierwszy, nieustraszony, ze świdrującymi oczkami, które obserwowują każdy ruch. Po aromatycznej kawie, sycącym ciastku i spacerze wzięłyśmy udział w tworzeniu znaku Polski walczącej na Placu Zamkowym. Potem, na Nowym Świecie, zaszłyśmy do Klubokawiarni Pożyteczna.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma ostatnimi wydarzeniami na ulicy pochłonął mnie faszystowski marsz. Stałam na chodniku w milczeniu … ludzie obok szli tam dokąd mieli iść, jakby było to najnaturalniejsze wydarzenie pod słońcem. Świeżo uprasowane koszule, starannie przygładzone włosy, pewnie uchwycone proporce, dźwięki czyste wyrwane z przepony. Przez miasto maszerowało Hitlerjugend. To było zupełnie niespodziewane przeniesienie w czasie. W sercu wielkiego miasta marsz wygolonych chłopców przetkany gdzieniegdzie dziewczynami, aby odrzucić tak niemiłe wyższej rasie podejrzenie o homoseksualizm. Nie wiem czy to właśnie miało decydujący wpływ na mój odbiór, ale w kolejnym roku moje wrażenia z obchodów rocznicy powstania były bardziej płaskie i nieprzychylne. Nagle dotarła do mnie absurdalna symbolika czerwonych rac z których dym unosi się nad Warszawą. Miasto, które spłonęło nie umie świętować inaczej jak prezentując finezyjność na poziomie przeciętnego kibica Legii.

Przypomniała mi się dzisiaj moja wizyta i wróbelki, bo sporo w mediach o kolejnych obchodach, tym razem święta niepodległości. Są w Warszawie rzeczy drobne i piękne, są też inne, większe i wyższe, które coraz bardziej wdzierają się w miasto swoją betonową retoryką. Finezję znam, poziom przyzwolenia na faszystowskie poglądy również. Teoria rozmija się z praktyką – to, co medialnie jest negowane, gdzie indziej zostaje przyklepane. Za dwa dni Warszawa znowu zapłonie racami … już przyzwyczajono Polaków do tego widoku, więc ilu pomyśli, że to zupełnie idiotyczne i nie na miejscu – jak sądzisz?  I tak oto zeszło mi na politykę, którą się interesuję na tyle na ile interesuję się przyszłością. Czy wiesz, że pomnik Dzierżyńskiego stał w Warszawie 38 lat? Życzę Ci samej dobroci z okazji 100-lecia niepodległości. Nie daj się / nie dajmy się prywatnej frustracji, która jest pożywką dla publicznej nienawiści.

Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Jedno zdjęcie. Nostalgia.

żurawie nostalgia wrzesień

Dom, 21 września 2013, około południa.

Dziesięć kropeczek na niebie to żurawie. Przyciągnęły mój słuch swoim klangorem i obserwowałam za pomocą aparatu fotograficznego jak kołują nad naszym domem, nad Dolnym Śląskiem. Najpierw unosiły się nisko, potem coraz wyżej, aż ich sylwetki spowite zostały przez chmury i zniknęły. Chwilę dłużej pozostało echo ich głosów.

Zdjęć mam kilka, bardzo wyraźnych z kształtami ptaków odciętymi na tle nieba, zdradzającymi gatunek. Wybrałam z wielu to z łysiejącą lipą, która rośnie na środku podwórka i swoimi korzeniami rozsadza ocembrowinę głębokiej studni. Studnia, która nigdy nie wysycha, nawet w tym roku dzielnie walczyła o przetrwanie. Lipa pęka w środku, każdej jesieni zbierają się w jej sercu gnijące liście, które mój tata usuwa coraz bardziej zmartwiony jej lipnym stanem. Naokoło tego zdjęcia sprzed pięciu lat jest wiele innych fotograficznych wspomnień, bardziej nasyconych światłem. Czytałam wtedy Zafona i biografię Fridy Kahlo. W notesie zasuszały się kawałki roślinek z pierwszego pobytu na Krecie. W słońcu grzała się Muszka, która umrze następnego lata w czasie mojej drugiej wizyty w Grecji. Tata zalewał betonem podgrzewaną podłogę do nowej łazienki … kiedy miał trochę czasu spacerowaliśmy po lesie pod pretekstem zbierania grzybów. Popołudniami dużo przyglądałam się kotom, pająkom i motylom. Dom pachniał suszonymi jabłkami, a weekendy poranne podróże na studia często odbywały się we mgle. Jest takie zdjęcie z tego samego okresu, gdy tata siedzi na schodach przy wejściu do domu, pije herbatę z czerwonego kubeczka, zaś naokoło zgromadziły się trzy wpatrzone w niego psie mordy i jedna kocia dupka, która wychyna za winkla. Może kiedyś pokażę. Na razie taka właśnie nostalgia mnie dopadła. Albo to brak porannego słońca, albo powakacyjny spleen. Iść, iść przed siebie.

Jedno zdjęcie. Poranek.

Mam takie zdjęcia, które chciałabym Ci pokazać – historie niezwiązane z niczym, co aktualnie robię. Tam taradam, oto ogłaszam na blogu nową kategorię. Będą co jakiś czas takie właśnie rzeczy …  starowakacyjne, rodzinne, pracownicze, wspomnieniowe, sentymentalne dziwaczki, może też zrobione przez kogoś, ale śpiące w moim albumie. Zainspirowała mnie seria Agnieszki. A wszystko przez to, że gdy u niej patrzyłam na fotograficzne wspomnienia przypominało mi się to ujęcie:

Agia Marina, 7 sierpnia 2014, przed wschodem Słońca.

1. a photo

Wyjazd we trzy laski. To był nasz drugi wakacyjny pobyt z eL na Krecie. Towarzyszyła nam tym razem A. Mieszkałyśmy w niezwykle dogodnym i czystym miejscu, Despina Studios prowadzonym przez George’a Panigirakisa. Miejsce polecam, mam nadzieję zresztą, że sama kiedyś jeszcze tam pomieszkam. Do morza jest stamtąd kilkadziesiąt metrów, z balkonu pomiędzy setkami linii telefonicznych pomachają do Cię Góry Białe, a pod mieszkaniem zatrzyma się podmiejski autobus do Chanii.

To były pierwsze zagraniczne wakacje ever na których rzygałam. Rzygałyśmy we trzy, do dzisiaj nie wiemy dlaczego. Pierwsze na których zamiast lokalnego jedzenia najbardziej smakowała mi pizza zapijana pepsi. Jeden z kilku wyjazdów, gdy obudziłam się z nosem w rudych włosach eL (Kraciasty wie, że sypiam z eL, nie trzeba donosić), z tym, że po raz pierwszy pani sprzątająca obudziła nas w południe i ładnie nas pożałowała mówiąc w swoim narzeczu bidusie bidusie. Jest całe mnóstwo historii, które teraz przepychają mi się w głowie w związku z tymi wakacjami, ale wróćmy do zdjęcia. Razem z eL wyszłyśmy po czwartej rano zobaczyć wschód Słońca i zostałyśmy nagrodzone takim właśnie widokiem jak powyżej. Para śpiąca na leżakach, a obok trochę mokry piesek. I wiesz jakie są pieski – zwierzątko obudziło się, przeciągnęło pod moimi nogami, przywitało się grzecznie i puściło pędem brzegiem morza do dwóch jeszcze takich samych rudych koleżków, którzy wyszli o tej porze na poranny jogging. Oczywiście zrobiłyśmy zdjęcia wschodowi. Było jak zwykle, najpierw „no wychodź, wychodź”, a potem, gdy się zagadałyśmy Słonko wyskoczyło na nas zupełnie niespodzianie. To był dobry poranek, czuły spacer, suche bułki, kozi ser i dżemy. Ciągle jednak myślałam o tej parze. Piesek pewnie wrócił i naniósł na leżak więcej mokrego piasku. Taki piękny widok, i zobacz eL, że ludzie tak mają. Zastanawiałam się dlaczego nie mogę tak i ja. Nie było mi jakoś tam straszliwie smutno, ale długo przetrawiałam tę chwilę, którą ukradkiem uwieczniłam … i coś Ci teraz powiem Czytelniku bardzo trywialnego – z niespodziewanych stron nadchodzą szczęśliwe odmiany losu.

Kiedyś do odtworzenia tej sceny brak mi było wszystkiego, teraz chyba tylko pieska 🙂

Chodź, pokażę Ci górę.

Sporo zastanawiałam się, o czym by tu jeszcze przed Wielką Przeprowadzką. Tym bardziej, że jestem teraz uwięziona w domu i siedzę w papierach napisanych w dwóch nadal mi obcych językach. Więc chodź, pokażę Ci górę. Moją pierwszą. Oczywiście po górze (czyt. zalesionym pagórku z lisimi norami) za domem z której zjeżdżałam na saneczkach.

Schneekoppe. Leży sobie na Czarnym Grzbiecie i posapuje; są dni, gdy oddycha tak mocno, że gdy wchodzisz od strony Domu Śląskiego czerwonym szlakiem, zwiewa z głów czapki i zadziera niedopięte kurtki. Śnieżka jest najwybitniejszą górą Polski, widać ją więc z różnych miłych miejsc, np. gdy w letnie popołudnie pije się kawę przed Pałacem Lenno.

To, prosz bardzo, Śnieżka we wrześniu 2011 roku, z widokiem na Dom Śląski:

Śnieżka 9.2011

Na górze, ludzkie mróweczki pracowicie wchodzą i schodzą w palącym słońcu. Czyż wszyscy nie wpadamy na ten sam pomysł, kiedy jest dobra pogoda i długi weekend? Tutaj moi rodzice pokazują technikę prawidłowego wspinu w parze:

DSC09864

Góra pachnie goframi. Restauracja w statku kosmicznym na jej szczycie opieszale, lecz konsekwentnie chyli się ku upadkowi, więc jeszcze w 2015 roku jadłam tam gofry przy stole, a w zeszłym roku siedząc na podłodze, na szczęście w towarzystwie Kraciastego. Może w tym roku ponownie sprawdzimy trend :).

Zejście szlakiem czerwonym z wietrznej królowej 2,5 roku temu:

Śnieżka 6.2015

Dała nam wtedy górka popalić, posmyrała deszczem, postraszyła czułymi sapnięciami.

Dom Śląski, Schlesierhaus, w którym mieszkaliśmy ostatnio z Kraciastym, wyglądał przed WWII tak:

schneekoppe

Na historycznej pocztówce, którą znalazłam w sieci, widać jeszcze po prawej stronie budynek Obří boudy (Riesenbaude), który zdewastowany po wojnie, został w końcu rozebrany w latach 70-tych. Równina pod Śnieżką wydaje się dzięki temu o wiele dziksza:

DSC09854

A to już lipiec zeszłego roku:

Śnieżka 7.2017

Warto poznać to uczucie, gdy wieczorem niezainteresowani schodzą ze szlaku i góra zostaje z nami sama. Spokój, tylko wiatr i w oddali Karpacz gada.

Chodzę po górach, żeby pobyć z własnym głosem, z głosem ludzi, których lubię. Stanowczo odradzam taki wypad z byle kim. Byle kto się totalnie nie nadaje. Jeśli teraz oczami duszy zobaczyłeś kolejkę do dorożek na Morskie Oko, powiem Ci, że na Śnieżce też bywa tłoczno, a widok z góry paskudzi Hotel Gołębiewski.  Gdy kierujesz aparat na Karpacz, niewiele da się zrobić z tym ersatzem luksusu-dla-słabo-zorientowanych . Ale na szlak można wyjść wcześniej, da się też wybrać mniej popularny. Idzie się i idzie, można wolno, w końcu to nie wyścigi. Zatrzymujesz się, żeby zrobić zdjęcia, pogapić się albo ustalić nazwy tego, co widzisz. Zawsze rozbrajały mnie w tym momencie szkolne wycieczki. „A jak wejdziemy, to co będzie?”. Nic nie będzie. Nie pamiętam nazwiska tego krytyka filmowego, ani filmu o którym mówił, ale sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki „oglądam film, jest cudowny, nudny, i tak sobie myślę, żeby tylko nic nie zaczęło się dziać”. Po nicniedzianiesię idę.

Nie jestem wielkim chodziarzem górskim i nie planuję być, nie mam w zasadzie żadnych osiągnięć, za to lęk wysokości mam i chodzę ostrożnie, jak przestraszony królik ze skoliozą. Ale w domku nad morzem czekają na mnie w szafie buty z membraną gtx, niebiesko-pomarańczowe. Gdybym takich akurat szukała, zapewne bym nie znalazła. A tak, serendipity. I już wiosną będziemy sobie razem gdzieś szli. Cieszę się na tę myśl.