Archiwa tagu: Żydzi

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Reklamy

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Honeymoon (1). Podróż na wschód.

To pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że zastanawiałam się czy nie zostawić wszystkiego bez komentarza 🙂 Pójdę na łatwiznę, myślę sobie, bo tyle słów trzeba napisać na klawiaturze bez liter „e” i „w”. Zbiorę się w sobie …

W zeszłą niedzielę rozpoczęliśmy naszą podróż na wschód z niemałym poślizgiem. Poślizg był związany z problemami dnia poprzedniego, musieliśmy zrobić co musieliśmy zrobić i dopiero późnym popołudniem zjechaliśmy z Dolnego Śląska na obiad kilka km od Praszki. Praschkau, prawie na granicy opolskiego i łódzkiego, miasteczko leży nad Prosną płynącą w kierunku Kalisza i ziem z których pochodzi rodzina mojej mamy. U cioci zastaliśmy teściów, którzy towarzyszyli nam chwilę przed własną podróżą. Posiłek i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia … nigdy do tej pory nie widziałam Kraciastego w wydaniu małoletnim … nie wierzę w parapsychologiczne pierdy i wiem, że to tylko wzruszenie, ale czułam, że znałam tego chłopaka od dawna, że był moim niewidzialnym przyjacielem, gdy miałam 5 lat 😉 Chłopak z moich snów. Dzisiaj nad ranem nasza wieś jak w bajce, cała w morskiej mgle, a mój chłopak ze snów zakłada coś na siebie i idzie szukać kota, który nie wrócił do domu na noc. Nie wybrałabym nikogo innego …

Wracając do podróży … następnego dnia było śniadanie, rozmawialiśmy o ateizmie i dziadku – francuskim komuniście, po czym pora nam było jechać. Poniedziałek. Za oknem deszcz aż do Krakowa. Przejeżdżamy przez Konopiska, gdzie mieszka Kamila, S1 na Myslovitz, potem A4 do Jarosławia. Tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek …

Jesteśmy już na tym naszym wschodzie, pogoda bardziej niż piękna, a ja nie mam ani jednej sukienki. Rynek po południu wymarły, a my kręcimy się w kółko i zachwycamy się … ja robię zdjęcia telefonem, Kraciasty robi swoje aparatem, czasem wchodzę mu w kadr:

Widoki psują zaparkowane w Rynku samochody. Prawie nikt tu nie spaceruje o tej porze (przechodzenie to jeszcze nie spacer), za to samochodów zaparkowanych jest mnóstwo, jakby miasto było pełne ludzi z obłożnie chorymi nogami.

Zupełnie nie szukając znaleźliśmy dawną Dużą Synagogę. Przed wojną Żydzi stanowili tutaj ok. 20% ludności. Jarosław to pierwsze miejsce, gdzie wyraźnie widzę, że po ludziach zostały głównie domy i jakby mniej pamięci … ten wybudowano w 1811 roku.

Pijemy kawę we Fragoli na Rynku i jedziemy dalej (przed tą kawiarnią siedzi siwowłosa pani i delektuje się jakimś napojem, patrzy przed siebie w zadumie – zgaduję w głowie, że nie jest stąd. Nie mylę się, słyszę potem, że mówi po niemiecku). W drodze do pierwszego noclegu minęliśmy Wiązownicę i Majdan Sieniawski. Drewniane domy, trochę ich jest, ale znikają. W którymś mieszkała moja prababcia, w innym może babcia Kraciastego. Gdy robię zdjęcia jednego, zgłasza do mnie pretensje starsza pani. Przepraszam, powinnam była zapytać. Ale w głowie myśli mi się: pewnie ukradłaś. Mówię jedno nazwisko. Niby miejscowa, a nie zna. Inni świadkowie tamtych czasów już nie za bardzo wiedzą kto gdzie mieszkał, tam albo tam. Zapominamy, że zmrok zapada szybko, inaczej niż w Irlandii.

Ostatnie kilometry w kierunku Guciowa pokonujemy w zupełnej ciemności … gdy dojeżdżamy dezorientacja. Są jakieś domy, jest pies, ale jest i latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. Mroczny dom z podwórka wygląda tak:

W przedsionku czai się wielki boiler. Mamy pokój na poddaszu, z ciepłym prysznicem, ręcznikami, czajnikiem … jest wspaniale. Na dobranoc Kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych 😀 O tylu rzeczach nie mam bladego pojęcia.

Sypialnia jest adekwatnie nazwana pokojem wschodnim (jak widzisz, wszystko się nam układa w całość 😉 ). I o poranku mamy z okna taki widok:

Wtorek. Kraciasty wypatruje przez obiektyw aparatu miejscowych, zajętych swoimi sprawami:

Zagroda Guciów prowadzona przez Jachymków to agroturystyka i prywatny skansen, znajduje się na Roztoczu Środkowym, w drodze pomiędzy Zwierzyńcem i Kransobrodem. Na wzgórzu przy wiosce wg badań archeologicznych znajdował się jeden z wielu grodów czerwieńskich z X-XI wieku. Gdy rano wychodzimy przed dom w którym wykupiliśmy dwa noclegi jest pięknie, zielono, cicho.

W zasadzie mieliśmy, przynajmniej ja miałam, plany pomknięcia od razu do jakiegoś większego miejsca, ale po śniadaniu okazało się, że w cenie noclegu mamy też zwiedzanie skansenu i była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyłam trochę rzeczy, które są mi znane z życia mojej prababci, usłyszałam ciekawe historie, inne spojrzenie na świat, od tej wschodniej strony.

W skansenie zobaczyć można również kolekcję meteorytów, tropy dinozaurów, które żyły na terenie Roztocza czy największy amonit w Polsce. Oprowadzał nas lokalny patriota, który może trochę koloryzował, było to jednak oprowadzanie z miłością do zamojszczyzny.

Dopiero po godzinnym spacerze w obrębie skansenu udaliśmy się w kierunku Zamościa. To fragment starej Bramy Lwowskiej (bo jest i nowa) z przedstawieniem Jezusa i niewiernego Tomasza, z których nic sobie nie robią zamojskie gołębie. W kazamacie tej bramy był więziony jakiś czas Walerian Łukasiński:

Stare miasto trochę rozprute, bo od strony z której nadeszliśmy akurat odbudowuje się Kościół Zwiastowania, który przez większość XX wieku pełnił inne funkcje (magazyn, kino, szkoła plastyczna). Coś tam grzebią, jest przy tym dużo hałasu, więc doceniliśmy też inne, spokojniejsze spotkania:

Zamość jest oczywiście piękny, choć w Rynku parasole z nazwami piw zasłaniają nazwy restauracji, co jest dość irytujące. Nazwy piw mnie nie interesują 🙂 Zajrzeliśmy do Padwy na Staszica, żeby się posilić i stamtąd zagadałam do Stacha, czy ma ochotę spotkać się wieczorem gdzieś w drodze. Obok kupujemy dla jednej z naszych cat sitterek małego, czerwonego kota, wiemy, że zbiera.

Miasto zachwyciło mnie wieloma miejscami, jak te ormiańskie kamienice z XVII wieku (od lewej Bartoszewiczów, Pod Małżeństwem i Sołtanowska):

Jaskrawe, każda z własną historią, jeszcze w latach 70-tych wyglądały zwyczajniej, wyraźnie widać było ich dachy i dopiero projekt konserwacyjny przywrócił im attyki (te postrzępione fryzurki na górze), choć nie są one odbudowane na podstawie archiwaliów, a stanowią raczej wariację „na temat”. Pamiętasz pana Wiktora Zina i jego „Piórkiem i węglem”? On ci to był autorem projektu.

Przez Rynek Solny doszliśmy też do najlepiej zachowanej późnorenesansowej synagogi w Polsce. Zbudowali ją w początkach XVII wieku Żydzi sefardyjscy (wypędzeni z Hiszpanii – Polskę zamieszkiwali głównie Żydzi aszkenazyjscy, posługujący się jidysz). Byliśmy tylko na zewnątrz, przyjrzałam się temu drzewu … rajska jabłoń, najprawdopodobniej.

Pod synagogą była też instalacja dotycząca urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg, przypominająca tę postać i fakt świadomego zacierania pamięci i niej.

Krążąc po mieście dotarliśmy do Rynku Wodnego przy którym mieści się trzypiętrowa kamienica nazywana Centralką. Przed II wojną mieszkał w niej i tworzył Bolesław Leśmian. W wybudowanym w 1911 gmachu mieścił się także hotel, który był pierwszym budynkiem w Zamościu oświetlanym żarówkami elektrycznymi 🙂 Współczesnemu rynkowi pan Leśmian przygląda się z drzewa w parku:

Na rogu Centralki jest teraz księgarnia „Dom książki”, kupiliśmy w niej spore tomisko „Sodomy. Hipokryzja i władza w Watykanie” F. Martela wydane przez Agorę. Może uzbiera się kilka książek na post antyklerykalny, kto wie 😉

Tak jak przewidywaliśmy, Stachu nie miał czasu, pomimo to chcieliśmy wieczorem napić się gdzieś kawy „na mieście” i zamiast wracać na nocleg, pojechaliśmy na spacer do Krasnobrodu. Okazało się, że jesteśmy trochę późno jak na standardy miasteczka, zamiast na kawę poszliśmy więc na spacer nad pustoszejący zalew. Kafejki i fastfoodownie były już zamykane … na molu towarzyszyły nam osy na które tym razem reagowałam dość nerwowo. Zmęczenie podróżnicze dawało o sobie znać, widoki wynagradzały jednak wiele …

Przed zmierzchem zajrzeliśmy na chwilę do barokowego kościoła Nawiedzenia, msza chyba się kończyła, ale prowadzący ciągnął temat i nie chcieliśmy mu przeszkadzać. Budowlę ufundowała Marysieńska, znajduje się w niej podobizna Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, malutki metaloryt, który wygląda jak kartka wyrwana z książki. Jego historia sięga powstania Chmielnickiego.

W podróży będzie nam towarzyszył pełniejący księżyc, na tym zdjęciu powyżej też się wepchnął. Tak minął nam wtorek. Jeszcze tylko wizyta w Biedronce, żeby kupić chipsy i możemy wracać pod gont. Rano ponownie budzi nas światło ze wschodu … wstaje dobry dzień. Dobra środa, śniadanie jemy powoli …

Jedno zdjęcie. Auschwitz.

Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, 17 czerwca 2013.

Tego dnia wyruszyliśmy o 6.30, najpierw obóz I, potem II w Brzezince. Gorąco, coraz goręcej, latały nad nami jaskółki i mewy, słońce rozświetlało ulice między budynkami, w środku dziwny chłód, sterty butów, walizek, przedmiotów należących do ludzi z przeszłości. Mówi się o takich rzeczach artefakty. Na szerokich polach Birkenau coś jakby do niektórych zaczęło docierać, jedna latorośl zemdlała. Nie zmienia to faktu, że w drodze powrotnej w autokarze leciała zabawa „powiedz samolot powiedz sa-mo-lot powiedz samo lot”, a Robert widział fatamorganę cepeenu.

auschwitz 2013

Oczywiste jest, że żyjemy. I że było wiele takich sytuacji, nie tylko w Europie, gdy „świat” mądry i pomocny, tak rozgadany na mównicach, nie zrobił nic, aby im zapobiec. To była moja pierwsza i jedyna do tej pory wizyta w tym miejscu. Gdzieś w obozie I rozstrzelano wujka mojego dziadka. W niedzielę minęło 74 lata od wyzwolenia Auschwitz, miejsca, z którego cywilizacja nie może być dumna. Wieczorem chciałam po prostu spokojnie obejrzeć jak wyglądały obchody. Poczulam fetor premierowskiego bąka.

Demon i Pianista.

the pianist polański

Tydzień temu spakowaliśmy do walizki kilka papierowo-płytowych historii. Przyszedł czas na skosztowanie i ostatnie dwa wieczory spędziliśmy na oglądaniu filmów. Tak się złożyło, że każde z nas widziało ten z nich, którego nie obejrzało drugie, było więc i kulturalnie i egalitarnie.

Na początek poszedł „Demon” Wrony. W zeszłym roku z przyjemnością odpaliłam go w Halloween zachęcona etykietką horroru. Przekonałam się, że reżyser wykorzystał jedynie szablon gatunku, żeby z jednej strony wypełnić go swojskimi motywami, z drugiej poruszyć zupełnie inny temat. Rozsypujący się dom na wsi, hojni teściowie, przaśne wesele, wódeczka dobra przy każdej okazji. W tym wszystkim pojawia się trup w ogródku, bardzo zresztą niewyraźnie, a pan młody zaczyna dziwnie mówić. Wrona uraczył nas doskonałymi plenerami, starannym doborem aktorów i nadal aktualną opowieścią o tym jak to jest u nas ze zbiorową pamięcią. Bo chorujemy na jakiś rodzaj amnezji, jest to więc także film o chorobie. Dopiero teraz, za drugim razem, zauważyłam, że starego pana Wentza zagrał Włodzimierz Press, drobny i kruchy. I śmieszna rzecz … byłam przekonana, że postać powiatowego lekarza grana jest przez Jakubika … dopóki na potrzeby tego tekstu nie sprawdziłam danych. Adam Woronowicz, ten od Popiełuszki, doskonały. Wydaje mi się, że każdy aktor mógł tu szeroko pograć … Woronowicz oprowadzający ducha po polu, Tiran doznający przylgnięcia, Grabowski w każdej scenie, Press patrzący na miasto, którego już nie ma. Synagoga to masarnia, masarnia to sklep …

Wczoraj z kolei świetny „Pianista” Polańskiego. Wiem, stary, stary, wszyscy znają, ale ja nie. Pamiętam jakieś okruchy recenzji tuż po premierze filmu, że to wszystko mało emocjonalne, że zdystansowane, że zbyt nieporuszające. Nosz ku….wa. Jak jeszcze można było podkręcić tę historię zbiegów okoliczności? Historia prawdziwa, gdzie człowiek zamożny, znany artysta ubrany w doskonale skrojone, wełniane płaszcze próbuje przetrwać w swoim własnym mieście nękanym pożogą wojny. Z kryjówki do kryjówki z zagrożenia w zagrożenie, aby w końcu poznać Niemca, który lubi muzykę. Znajomość zawarta z powodu puszki z ogórkami. Zastanawialiśmy się z Kraciastym nad losem, który ocala jednych i kończy życie innych. Na Szpilmana przypadło zapewne wielu ludzi, którzy zginęli przechodząc przez ulicę. Wyjdę tylko po chleb. Jeb i już. Nikt nigdy nie połączył wielkich wydarzeń z ich nazwiskiem. Może zresztą i nigdy nie połączył ich nazwiska z rozkładającym się ciałem. Co do tej historii można dołatać, jakąż ekscytację, żeby było lepiej?

Porozmawialiśmy o tym z Kraciastym sporo, dłuższy czas pewne obrazy miałam pod powiekami. Historie poruszyły mnie również dlatego, bo jestem przekonana, że doznaliśmy wielkiego uszczerbku na narodowej tożsamości po eksterminacji Żydów. Jeśli możesz te filmy gdzieś obejrzeć, nie wahaj się – myślę, że są tego warte. Jeśli obejrzałeś, ciekawa jestem Twojej opinii na ich temat.

Piszę to późnym wieczorem, gdy jest już spokojnie i gładko a z piekarnika pachnie rybką. Wyobraź sobie, że tego dnia jednak mieliśmy na wybrzeżu pierwszy, zimowy sztorm. Buka zmierza ku nam krokiem posuwistym, a nam jest dobrze w naszym domku i tylko szkoda mi, że nie zapakowałam do walizki również wszystkich moich Muminków. Muminki przydają się na długie wieczory w których za oknem wieje wiatr.

Dobrej nocy 🙂

Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Žitná 17 i spacer po Pradze.

„To nie jest miejsce dla kotów” – powiedział Kraciasty wyglądając przez okno. Z perspektywy kociej mieszkanko niepoważne: wysoko, duży ruch uliczny nawet nocą, nigdzie ani źdźbełka trawki, kuweta na korytarzu. Na plus przemawiała przystępna cena i lokalizacja, Václavské náměstí za rogiem. Czy zdecydowałabym się drugi raz? Pewnie tak.

Instagram: @świechna

W tej chwili jestem już w naszym domu bez piętra, słucham muzyki i po raz enty poprawiam ten tekst. We wtorek poza oczywistą przyjemnością spaceru po Pradze, chodziły mi po głowie treści na temat komentarza do tekstu na pewnym blogu. Komentarz dotyczył Wandy Tkaczyk-Stawskiej, a konkretnie był zarzutem, że pani ta jest za stara, aby demonstrować jakieś tam swoje opinie w Sejmie czy też pod nim. Napisałam kilkustronnicowy tekst o dyskryminacji, potem skróciłam go i umieściłam tutaj, nadal jednak coś mi nie pasowało. Myślę, że od początku chodziło o moją pupę. Temat nie jest wart rozprawki pod tak fajnym zdjęciem z powodu komentarza o tak niskiej jakości merytorycznej.

Łatwo się emocjonuję przejawami dyskryminacji, nazwijmy to wrodzonym wyczuciem sprawiedliwości. Po drugie sądzę, że Tkaczyk-Stawska będzie pamiętana jednak trochę dłużej niż autorka komentarza, który był czystym przejawem ageizmu, i że nie potrzebuje w tym mojej pomocy. Po trzecie brak konsekwencji w poglądach nie pomaga w drążeniu sprawy; zaciesz z każdego słowa Wojtyły, nawet gdy pod koniec życia przemawiając wykazywał oznaki postępującej demencji powoduje, że argument „ze starości” tylko dlatego, że się z kimś nie zgadzamy traci swoją moc*. Można zarzucić, że ktoś jest głupi … są ludzie zwyczajnie głupi, którzy myślą, że zmądrzeli, bo się zestarzeli. Ale to argument do innego tematu na innym blogu 🙂

Mam nadzieję, że protestujący w Sejmie  osiągną swój cel i fundusze pozwolą im cieszyć się wolnością. Życzę im tego, trzymam za nich kciuki. Niepełnosprawność nie oznacza, że nie macie prawa walczyć o swoje, że musicie być skazani na plugawą „wspaniałomyślność” głupców, którzy zarzucają Wam zmanipulowanie, ponieważ uważają, że człowiek niepełnosprawny to człowiek pozbawiony rozumu. Na tym kończę streszczenie pięciostronnicowego tekstu.

* * *

W Pradze byliśmy krótko, dwa razy w odstępie kilku dni, tak naprawdę przejazdem pomiędzy praskim lotniskiem a Wrocławiem. To nie był mój pierwszy raz tutaj, ale pierwszy chodzony tak, jak to należy robić w takim miejscu. W drodze do domu postanowiliśmy wziąć dwa noclegi na starym mieście. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogonił nas deszcz i bardzo dobrze, że tak się stało, bo z już zapakowanymi walizkami nie weszlibyśmy sami z siebie pod tą rzeźbę. Oto, proszę bardzo Kůň, którego autorem jest David Černý:

kawiarnia Lucerna

Na dworze deszcz, a my siedzieliśmy w kawiarni starego kina Lucerna pijąc kawę po turecku i patrzyliśmy przez okno na zad padłego konia świętego Wacława. Pałac Lucerna – żelbetowy szkielet, styl art nouveau – został zaprojektowany z początkiem XX wieku przez dziadka Václava Havla. Rzeźba kunia powstała z kolei pod koniec wieku i jest postmodernistycznym komentarzem do monumentu św. Wacława Josefa Myslbeka stojącego nieopodal, na placu Wacława. Wyobraź sobie taką autoironię w Warszawie.

Myślę, że następnym razem przyjdziemy tu zupełnie planowo, poza tym bardzo chciałabym obejrzeć w Kinie Lucerna jakiś niemy film. Taki seans w historycznym miejscu (kino działa od 1907 roku) to byłoby coś wspaniałego 🙂

Praga synagoga Meisela

Drugi dziwny pomnik, tym razem odwiedzony nieprzypadkowo, sfotografowaliśmy dzień wcześniej w dzielnicy żydowskiej. Skierował nas do niej miły, starszy pan z widocznymi oznakami Parkinsona, bileter z Synagogi Maisela, Maiselova synagoga. Dostałam od niego mapkę, więc po początkowym kluczeniu, od Maisela doszliśmy pod Kafkę bez problemu.

Praga pomnik Kafki

Pomnik Jaroslava Rony, Kafka idący przez miasto na bezgłowej postaci, pojawił się przy ulicy Dušní osiemdziesiąt lat po śmierci pisarza. Tuż za nim znajduje się Španělská synagoga inspirowana architekturą Alhambry. Synagoga jest najmłodsza w tym rejonie, ale stoi podobno w miejscu, gdzie była Altshul, pierwsza żydowska bożnica w mieście.

Właśnie jest remont budynku w którym urodził się Franz, więc tam akurat nie mogliśmy uczynić żadnych pięknych zdjęć (centrum Pragi sprawiało wrażenie remontowej paniki przed sezonem). Zaczęła mnie bardzo intrygować postać Franza i zastanawiam się czy żyje jakiś potomek kafkowskiej rodziny, czy ktoś w ogóle ocalał z zagłady. Jego dwaj bracia zmarli jeszcze w dzieciństwie, ukochana siostra Ottla zginęła w Auschwitz, starsze Ellie i Valli przeniesiono do łódzkiego getta, Litzmannstadt, a stamtąd podobno do Chełmna, Kulmhof am Nehr, gdzie zmarły.

Cieszy mnie bardzo myśl, że Kafka pisał po niemiecku, roję sobie teraz, że przynajmniej w taki sposób poćwiczę język, gdy przestanę w końcu dukać i zacznę coś rozumieć.

Robiąc kółko od Kafki minęliśmy cmentarz żydowski:

Praga cmentarz żydowski

Nie mieliśmy czasu aby stać w kolejce, w murze natomiast zostawione jest okienko do świata zmarłych, przez które Kraciasty zrobił to zdjęcie. Starý židovský hřbitov to najstarszy kirkut w Europie, spoczywają tutaj tysiące praskich Żydów, w tym Mordechaj Meisel, XVI-wieczny filantrop.

Kiedy byliśmy w Pradze tydzień wcześniej i mieliśmy tylko tyle czasu, żeby przespacerować się nocą po dzielnicy, zrobiłam z kolei to zdjęcie:

Instagram: @świechna

To budynek w bezpośrednim sąsiedztwie synagog Staronová (najstarszej aktywnej synagodze w Europie, zbudowanej jeszcze w stylu gotyckim) i Vysoká sfinansowanej przez Meisela, być może wzorowanej architektonicznie na synagodze Wysokiej z krakowskiego Kazimierza. Za chwilę jest cmentarz i dwie inne synagogi. Tak mały obszar a tyle historii do opowiadania, że czuję niedosyt przebywania w tym miejscu. Za krótko. Wygląd Josefova podobnie jak całej centralnej Pragi jest efektem asanacji – wielkiej przebudowy na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony pogrzebało to wiele zabytkowych ulic, z drugiej dało dzielnicy secesyjny wygląd, taki jak w tym miejscu, ponad kwitnącym drzewkiem.

Praga 3

Oprócz tego, we wtorek po południu idąc mostem Karola natrafiliśmy na uroczystości związane z Janem Nepomucenem i musieliśmy się przebijać przez spory tłum uczestników procesji i gapiów, a wieczorem z Małej Strony obserwowaliśmy na niebie pokaz świątecznych, sztucznych ogni. Przypuszczam, że w Polsce na tę okoliczność zamknięto by cały most – Czechy to jednak bardziej normalny kraj, chociaż ludzie pracujący w usługach i urzędach mają podobny, postkomunistyczny smutek na twarzy.  Poza tym miasto nie jest jakoś rewelacyjnie przystosowane do potrzeb osób na wózkach, rzucało mi się to w oczy może właśnie dlatego, że spacerowałam w rytmie myśli o proteście w polskim Sejmie i kółek mojej walizki. Gastronomicznie, wstyd to przyznać, najlepiej wypadł nam fast food na Staroměstské námesti. Dopiero tam, pod parasolami i następnego dnia, gdy było deszczowo mogliśmy usłyszeć na mieście więcej czeskiego języka. Lokalni amatorzy tanich trunków i tutaj mają swoje ulubione miejsca – gdybyśmy spędzili na spacerach kilka dni, zapewne zaczęlibyśmy rozpoznawać ich twarze i codzienne rytuały. Nieczuli na architektoniczne piękno i historię na której siedzą i o którą się potykają, jak wszystkie pokolenia wykluczonych przed nimi, zajmowali się swoją własną, codzienną mizerią. Ostatnio więcej się im przyglądam.

Przywitała nas Praga turystami i upałem, pożegnała deszczem dnia codziennego i kawą. Rozrzewniłam się od tego i zatęskniłam trochę za krakowskim Kazimierzem. Bo takie zdjęcie można byłoby zrobić i tam:

Instagram: @świechna

Dzisiaj kupiłam pork pie i bardzo się cieszę tym szykownym kapelutkiem. Następny spacer po jakiejkolwiek żydowskiej dzielnicy będzie w kapeluszu z piórkiem lub jesiennym suszem. Tymczasem zostawiam Cię z Nohavicą:

Jaromir Nohavica – Minulost

________________________
* Po czwarte do poczytania „Ageizm a funkcjonowanie i rozwój ludzi starszych” Trempały. Łatwo można znaleźć w sieci w pdf, a na stronie piątej tej pracy zaskakujący wniosek: najbardziej ludzi starszych nie lubią starsi ludzie.

Freilichen Purim.

Irlandia stanęła, zapadało nas śniegiem, podwiało wiatrem od morza; jedząc owsiankę czytam o sztormie Emma i widzę go przez okno. Wiatr tarmosi drzewko, które przedwczoraj przycięli panowie od przycinania.

Chciałam dzisiaj podrzucić kilka filmów o Żydach, ale może innym razem, bo filmy głównie smutne, a Purim wesołe. Święto wszystkich, którzy przeżyli i żyją dalej, więc także każdego, kto może przeczytać ten tekst. Czy to miał być blog lajfstajlowy? Miał być. Zapewne powinnam więc coś o minimalizmie teraz zapuścić, o slołlajfie, hygge, lagom i generalnym obrzydzeniu do konsumpcjonizmu. O tym, że mam tylko dwa kremy do twarzy, ale za to współpracuję z wydawnictwami, które przysyłają mi do „recenzji” jakieś gnioty, o których po roku nikt więcej nie usłyszy. Że właśnie piekę bezglutenowy sernik bez sera. Czy coś. Ty, który żyjesz na glutenie, seksie, nie recenzując marnych książek i chodząc na bezcelowe spacery nad morzem, nie trać ducha. Mam trzy kremy, wiem co mówię.

Powiem Ci, że Irlandia potrafi sprostać moim oczekiwaniom. Wczoraj zamknięto nam przed nosem dwa urzędy (bad weather, panie, bad weather), ale za to nakarmiono nas za rozsądną cenę irlandzkim jedzeniem (ziemniaki, kapusta, marchew, kurczak, hej). To, co w Polsce uważamy za zdobycz slołlajfu, tutaj jest luzem lub uprzejmością. Domy są najczęściej niskie, przyczajone pomiędzy zielenią osłaniającą od wiatru. Stare drzwi mają półokrągłe, szklane zwieńczenia. Piękne widoki na morze wyskakują na nas, gdy wyjeżdżamy zza jakiegoś pagórka z pastwiskiem pachnącym krowią kupą. (właśnie widzę, jak nasz antyczny sąsiad wyszedł w zadymce w krótkim rękawku, żeby przynieść sobie drew na opał). Wszystko jest mniej więcej blisko, tak jak i mniej więcej blisko jest wybrzeże i wiatr od morza. Coś czuję, że mogę lubić to miejsce tak, jak lubię Czechy. (obecnie w naszym małym domku często koncertuje Nohavica; minulost to takie ładnie brzmiące słowo). W duchu minimalizmu to w zasadzie wszystko, co chciałam napisać. Namoczyłam fasolkę, tylko nie wiem, co z niej jeszcze będzie. Napisz jak tam się masz.

irish winter

Wspomnienie o Shoah.

27 stycznia –  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu – ustanowiony w rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Dla mnie osobiście przypomnienie, że do 1945 roku Polska była krajem multikulti, z wieloma religiami i wieloma językami zupełnie naturalnie obecnymi w przestrzeni publicznej.

Od jakiegoś czasu jestem zainteresowana historią i kulturą polskich Żydów i pewnie znajdzie to odzwierciedlenie na tym blogu. A dzisiaj chciałam Ci polecić książkę Jerzego Majewskiego stworzoną z prasowego cyklu „Warszawa nieodbudowana” i wydaną przez Agorę:

DSC01834
DSC01835

Dwa lata temu wybrałam się z nią do stolicy, gdzie zwiedziłyśmy z przyjaciółkami m.in. muzeum Polin„Żydowski Muranów i okolice” – tak już będzie, że podlinkuję Ci zawsze  miejsce, gdzie można książki kupić, bo przecież one nie spadają z nieba – to dość nietypowy przewodnik po mieście, pozycja dwujęzyczna, więc może zainteresuje osoby uczące się języków. A samo muzeum niezwykłe, wymaga dłuższego czasu, namysłu, zdecydowanie nie jest na dzień, w którym zaplanowaliśmy oblecieć jeszcze pół miasta.

DSC01387

Krótki  film zrobiony przez dr Benjamina Gasula pokazuje okolicę Nalewki, głównej handlowej ulicy żydowskiej Warszawy, tuż przed wojną, latem 1939:

Tak było. Tego świata już nie ma. Zgadzam się z tym, że życie jest ciągłą zmianą oraz wiem, że świat mojej zgody do tego nie potrzebuje, ale przeraża i smuci mnie myśl, że nie mamy tej historii w naszej zbiorowej pamięci. Jest za to watolinowy, jednorodny, zafałszowany obraz wynoszony ze szkoły. Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili przed wojną ok. 10% naszego społeczeństwa, w tym w Warszawie licząc ostrożnie ponad 1/4 mieszkańców. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że jesteśmy wymieszani i część z nas, jak bohater „Cudu purymowego” Cywińskiej, ma bezpośrednio żydowskich przodków nawet o tym nie wiedząc. Tymczasem rośnie nam pod bokiem wyjęta z dupy (bo powiedzieć wyssana z palca byłoby zbytnią uprzejmością) wizja Polski jednorodnej narodowo i religijnie jako rzekomej wielowiekowej tradycji. Brzmi to niemiło? No cóż mogę poradzić. Educate yourself and embrace the reality 🙂